Haken no Kouki Altina PL: Tom 4 Rozdział 4

From Baka-Tsuki
Jump to: navigation, search

Rozdział 4: Płonąca wieża[edit]

Dojście z miasta leżącego u stóp góry do fortu Gray Bridge zajęło im niecałe dwie godziny. Zdążyli tuż przed zmierzchem.


Co będzie, jeśli zatrzymają nas przy wejściu? - zamartwiał się Bastian. Jednak fortem dowodził wujek Elise, która dotychczas wiele razy go odwiedzała, dlatego też strażnik przy bramie od razu ich rozpoznał. Złożył dziewczynie jednocześnie kondolencje po śmierci królowej i poprowadził przez kamienny korytarz.

Forteca Bridge została zbudowana na południowej części góry, pomiędzy dwiema rzekami. Za twierdzą znajdowało się zbocze, a przed nią głęboki wąwóz, ponad którym prowadził kamienny most. Góry za fortem były pokryte grubą warstwą śniegu, więc jedyną prowadzącą do niego drogę stanowił właśnie ten most.

Powinny istnieć jeszcze jakieś inne sposoby, żeby się tu dostać - pomyślał Bastian. Wnioskując po rozmiarze zamku, zapewne znajduje się w nim tysiąc do tysiąca pięciuset osób. Zdobycie go byłoby wyjątkowo trudne.

Elise spytała wciąż obserwującego teren chłopaka:

- Taki zamek to rzadki widok, Bastianie?

- Nie.

- A jest w nim coś wyjątkowego?

- Nie. Po prostu gdy widzę jakąś fortecę, zawsze zaczynam myśleć nad sposobami, jak ją zdobyć.

- Nikt nie pomyślałby o czymś takim...

- Naprawdę?

Budynki wewnątrz miasta dzieliły się na dwa typy. Pierwszym były budowle wydrążone wewnątrz skały, używane przez żołnierzy, resztę stanowiły ceglane budynki, jak dla przykładu wieże. W Belgarii forty miały zwykle jedną, obserwacyjną, w Wielkiej Brytanni natomiast posiadały ich zawsze cztery.

Nie tylko forty, ale i miasta mają tyle wież. Po co im tak dużo?

Strażnik poprowadził ich do najwyższej z nich, a konkretnie do prostego pokoju, w którym znajdował się tylko stół i krzesła. Siedzący tam mężczyzna wstał, mówiąc z uśmiechem:

- To wspaniale, że nic ci nie jest... Elizabeth.

- Wujku!

Elise, przepełniona emocjami, pobiegła w jego kierunku. Mężczyzna także ruszył w jej stronę.

- To wspaniale, że udało ci się tu dotrzeć w jednym kawałku.

Pięćdziesięcioletni Bruno Carlos Victoria z powodu trwającego okresu żałoby był ubrany na czarno, co sprawiało, że wyglądał jak członek jakiejś sekty. Poza tym jego prosty strój pasowałby raczej do markiza albo pułkownika.

Elise zaczęła płakać ze szczęścia, martwiący się o jej życie wujek także prawie się rozpłakał.

- Cóż... W końcu możemy odpocząć - stwierdził z ulgą Bastian.

- Wszystko dzięki tobie - dodała Elise.

- Nie. To przez wysiłek, jaki włożyłaś w podróż. Ja tylko podałem ci pomocną dłoń.

- Nawet jeśli, gdyby nie ty, ja...

- Rozumiem. W zamian po dotarciu do Queen’s Tower przeczytaj moje arcydzieło i wyślij mi swoją opinię!

- Ach, oczywiście.

Elise się uśmiechnęła, wycierając jednocześnie łzy.

Bruno Carlos i Bastian podali sobie ręce. Uścisk mężczyzny po pięćdziesiątce był bardzo silny, jak przystało na kogoś, kto codziennie ciężko trenuje.

- Nie wiem, jak mam ci dziękować. Jestem ci dozgonnie wdzięczny za pomoc, jakiej udzieliłeś Elise.

- Nie przywykłem do podziękowań. Musimy jeszcze dotrzeć do stolicy. Przed nami wciąż daleka droga.

- Tak... Właśnie... Jeżeli chodzi o to... Muszę ci coś powiedzieć.

- Tak?

- To bardzo ważne.

- Rozumiem. - Bastian pokiwał głową, puszczając dłoń mężczyzny.

Bruno Carlos spojrzał na Elise.

- Elizabeth, możesz pójść do jadalni? Żołnierz cię tam zaprowadzi. Ja muszę omówić coś z Bastianem.

Liz zrobiła niepewną minę, więc Bastian powiedział:

- W porządku, idź.

Co takiego chcesz mi powiedzieć? Szybciej, mów. Chcę zjeść z Elise - pomyślał chłopak.

Elizabeth na odchodne rzuciła jeszcze:

- Do zobaczenia, Bastianie.

Po tym, jak wyszła, ten spytał:

- O czym chcesz rozmawiać?

- Jesteś Belgarianinem, tak? - Bruno Carlos przeszedł od razu do sedna.

Bastian pokręcił głową.

- Heeeeh, wydało się.

Nawet jeżeli nosił okulary przeciwsłoneczne, jego pochodzenie zdradzało już samo imię. Co więcej, mówił z wyraźnym belgarskim akcentem.

Widać przede mną długa droga do opanowania brytańskiego języka - pomyślał.

- Jesteś na ustach całej armii. Nawet jeżeli cywile o tobie nie słyszeli, plotki na twój temat rozchodzą się pomiędzy żołnierzami.

- Ach, rozumiem.

W końcu z wielką łatwością pokonał doskonale wyszkoloną Glendę.

Bruno Carlos pokręcił głową, robiąc zakłopotaną minę.

- Ja... chciałbym szanować przyjaciela Elizabeth, ale co sobie żołnierze pomyślą?

- Co...

- Coraz więcej osób pragnie wojny, bo myślą, że to poprawi naszą sytuację ekonomiczną.

- Naprawdę? Nikt się temu nie sprzeciwia? O tym, co tak naprawdę zyskali, przekonają się dopiero po rozpoczęciu wojny.

- Ja się jej sprzeciwiam.

- W przeciwnym razie miałbym spory problem!

Gdyby Bruno Carlos zmienił teraz zdanie, Bastian i Elise znaleźliby się w bardzo trudnej sytuacji.

- Królowa Charlotte często przytaczała jako przykład sytuację dwóch wiosek.

- Ach, Elise też to opowiadała! Więc to królowa ją tego nauczyła.

- Wszyscy pacyfiści znają tę historię i zgadzają się z nią.

- Ja też ją rozumiem. Co prawda, Belgaria bez przerwy prowadzi wojnę, jednak wierzę, że sytuacja byłaby lepsza w czasach pokoju.

Jednocześnie Bastian pamiętał o Latreille, który uważał, że prowadzenie wojen jest niezbędne do przetrwania Belgarii.

Bruno Carlos westchnął.

- W każdym razie obywatele nawołują do wojny. O ile się nie mylę, Elizabeth także jest pacyfistką i się jej sprzeciwia.

- Oczywiście.

Dlatego właśnie opuściła szkołę wraz z rycerzami, po czym o włos nie straciła życia z rąk żołnierzy popierających wypowiedzenie wojny. W zamian za ocalenie obiecała przeczytać książkę Bastiana. Noc spędzili w zajeździe w Applewood, gdzie następnego poranka dowiedzieli się o śmierci królowej. Dodatkowo armia cały czas ścigała Elizabeth, co doprowadziło do starcia z rycerzem o imieniu Glenda, ucieczki z miasta i spotkania przyjaznego handlarza, który zawiózł ich w miejsce, gdzie obecnie się znajdowali.

- Elise na pewno sprzeciwia się wojnie.

- Jednak poddani nie pójdą za królową, która ma belgariańskiego przyjaciela, który w dodatku nosi to samo imię co książę tamtego państwa.

- Co?!

Bastian nigdy wcześniej o tym nie pomyślał.

Bruno Carlos kontynuował:

- Uznaliby, że królowa nie jest pacyfistką, tylko marionetką w rękach Belgarii.

- O co tu niby chodzi... Jestem...

Nie... to nie pomoże, on i tak to powie.

- Gdybyś był najemnikiem albo po prostu kimś, kogo wykorzystywała, aby tu dotrzeć, problem by nie istniał. Jesteś jednak jej przyjacielem, w końcu pochodzisz z Belgarii!

- Ach...

Pod Bastianem załamały się nogi. Sądził, że wszystko się skończy, kiedy dotrą do stolicy, jednak dla Elise sama jego obecność stanowiła problem.

- W cieniu królowej nie może być żadnego belgarianina. Inaczej parlament, mimo że Elizabeth została wybrana przez jej wysokość Charlotte na swoje miejsce, może ją po prostu odrzucić.

- ...

Bastianowi odebrało mowę. Nigdy taka możliwość nawet nie przyszła mu do głowy.

- Elizabeth jest dla ciebie ważna, prawda? W takim razie na pewno się ze mną zgadzasz - kontynuował mężczyzna pewnym siebie tonem. To nie był rozkaz ani obarczenie winą. Bastianowi przypomniał się jego dziadek.

- W końcu tylko jej pomagałem. Jeżeli moja obecność stanowi dla niej problem, rozwiązanie jest proste.

Bruno Carlos z niecierpliwością czekał na dalsze słowa Bastiana.

- Moje zniknięcie wszystko rozwiąże.

Zapadła cisza.

Nie chciał tego, jednak takie było najlepsze rozwiązanie tej sytuacji.

Bastian położył dłoń na okularach i odwracając się, rzucił:

- Resztę zostawiam w pańskich rękach.

- Nie chcesz się z nią pożegnać?

- Żołnierze pragnęliby ujrzeć nową królową płaczącą nad rozstaniem z jakimś Belgarianinem? Nie.

- Masz rację.

Wizja tak niespodziewanego i ponurego pożegnania sprawiła, że Bastian strasznie spochmurniał. Zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później będą musieli się rozstać, jednak sądził, że dotrą razem przynajmniej do stolicy.

- Mam jej coś przekazać?

- Hmm? Ach, proszę...

Bastian sięgnął po swoją książkę, którą miał u pasa, jednak jego dłoń zatrzymała się w powietrzu.

Gdyby wręczył jej książkę napisaną w belgarskim... Na pewno by ją przeczytała, jednak to wywołałoby jednocześnie zamieszanie podczas okresu, w którym miała przejąć tron. Oczywiście powodem tego byłaby wspaniałość jego dzieła. Ciągłe myślenie o tej książce mogłoby przysporzyć Elise sporo problemów, a nawet doprowadzić do odrzucenia przez parlament. Poza tym, gdyby dostała ją od kogoś tak upartego jak Bruno Carlos, pewnie nawet by jej nie przyjęła.

Nie... Skoro to prezent dla członka rodziny królewskiej, pewnie najpierw by ją przejrzeli.

Książka reprezentowała uczucia autora. Chciał, by przeczytała ją konkretna osoba, nie jakiś obcy.

To byłby dopiero wstyd!

Bastian skrzywił się, kładąc w końcu rękę na piersi.

- Nic... Nie chcę jej nic przekazać.

- Doprawdy? To może przynajmniej jakąś wiadomość?

- Huu... Święty rycerz rozpoczął nową podróż, gdyż wzywała go ciemność gromadząca się gdzieś w oddali.

Bruno Carlos pokiwał głową, pytając:

- To jakiś kod?

- Nie, przepraszam. Proszę zapomnieć o tym, co powiedziałem.

Nie powinienem używać tak poważnego tonu. Ta kwestia lepiej pasowałaby do ucieczki z ojczyzny - pomyślał Bastian.

Bruno Carlos chciał dać mu trochę złota, jednak chłopak odrzucił tę propozycję i po prostu wyszedł z pokoju.

- Cóż, ta podróż była naprawdę zabawna.

- Przekażę jej - odparł Bruno Carlos z bólem. Kiedy drzwi zamknęły się za Bastianem, dodał: - Przepraszam.


Elise dotarła do okrągłej jadalni z okrągłymi stołami; nawet krzesła miały tam taki kształt.

Bastian musi być głodny, więc pewnie przybiegnie tu, jak tylko skończą - pomyślała.

Jednak długo się nie pokazywał, przez co zaczęła mieć złe przeczucia i spróbowała wrócić do pokoju wujka, jednak tam została zatrzymana przez strażnika.

- To rozkaz dowódcy. - Po usłyszeniu tego po raz trzeci zaprzestała prób wejścia do środka.

Była kłębkiem nerwów, ale w końcu uznała, że skoro chodzi o Bastiana, na pewno wszystko skończy się dobrze i że to on pewnie zamartwia się o nią.

Jakiś czas później jej wujek wyszedł z pokoju, odwołując natychmiast żołnierzy.

Elise spytała niepewnie:

- On...

- Przepraszam, że czekałaś, Elizabeth.

- Wujku, on...?

- Jeżeli chodzi ci o Bastiana, dla twojego dobra odszedł. Powiedział, że ta podróż była naprawdę zabawna.

Po usłyszeniu tych słów Elise chciała wybiec przez drzwi.

- Niemożliwe!

- Nie możesz! - Zatrzymał ją gniewny krzyk. - Zrobił to dla ciebie! Rozumiesz, Elizabeth?!

- A-Ale...

Elise to pojmowała. Gdyby była blisko z Belgarianinem, mogłoby to przysporzyć jej wiele problemów. Mimo to łzy zaczęły spływać po jej policzkach.

- A-Ale nawet się nie pożegnał. Jest taki samolubny...

- Chcesz pozwolić, aby żołnierze zobaczyli, jak płaczesz? Jego poświęcenie ma iść na marne? Jeżeli nie wypełnisz woli królowej Charlotte, ja... - Bruno Carlos nagle urwał.

- He? - Elizabeth dostrzegła łzy w oczach wuja.

- Przepraszam.

- Wujku?

- Idź coś zjeść. Podróż musiała być ciężka. Powinnaś też się wykąpać.

Elise zrozumiała, że może jedynie posłuchać polecenia, jednak jej serce się sprzeciwiało i nie potrafiło zaakceptować takiego pożegnania.

- Siadaj.

Bruno Carlos podniósł przewrócone krzesło. Siadając, podparł się ramieniem, wyglądając przy tym jak pochmurne dziecko, a następnie podał Elise łyżkę.

- Taki posiłek ci odpowiada? Nas, żołnierzy, uczy się, że jedzenie i odpoczynek należą do naszych obowiązków. Tobie chyba też to wpojono.

- Tak.

Jednak łyżka wydawała się Liz wyjątkowo ciężka, a zupa przed nią, mimo że z pewnością była pyszna, wyglądała jak talerz pełen błota.

Dziewczyna poruszała ustami, nic ponad to.

- Bastian naprawdę odszedł?

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.

Bastian?! - W sercu Elise zrodziła się nadzieja, jednak głos dochodzący zza drzwi należał do obcej osoby.

- Raport!

- Poczekaj chwilę.

Bruno Carlos wstał z krzesła i otworzył drzwi. Stojący za nimi żołnierz natychmiast się ukłonił.

- Przepraszam, że przeszkadzam w posiłku.

- Księżniczka Elizabeth jest zmęczona, przejdźmy do innego pokoju.

- Tak jest!

- Niedługo wrócę - powiedział Bruno Carlos i wyszedł, zostawiając Elise samą.


Bastian biegł przed siebie. Na początku był załamany, jednak później wezbrała w nim złość.

- Aaaaa!

Krzyczał, próbując rozładować nagromadzone emocje i zanim się zorientował, znalazł się w pobliżu miasta. Drogę, która wcześniej zajęła im dwie godziny, pokonał w zaledwie dziesięć minut.

Kiedy słońce schowało się za horyzontem, Bastian był już na jednej z ulic miasta, gdzie jedne sklepy zamykały działalność, a inne dopiero ją otwierały.

- Witam! Proszę spróbować!

Jeden z handlarzy starał się przyciągnąć jego uwagę.

- Ja?

Przy drodze stał kamienny piec z pieczonymi ziemniakami, w tym także słodkimi.

- Jesteś uczniem, prawda? To rzadki widok w tych stronach! Może świeżego, pieczonego słodkiego ziemniaka?

- Ziemniaka? Nie mam przy sobie pieniędzy... Ach, może to się nada. - Bastian zdjął swoje okulary przeciwsłoneczne. - Mogę dać je w zamian?

- Aaaach?! Nawet wszystkie moje ziemniaki nie są tyle warte!

- Nie, w porządku.

- Nie mogę! Handlarz musi być szczery. Wolę nie brać większej zapłaty, niż powinienem.

- Doprawdy?

- Tak! Właśnie! Weź jeden za darmo, bo zaraz padniesz mi tu z wycieńczenia.

- Przepraszam...

- Jeżeli chcesz zapłacić, wystarczy symboliczny grosz. Co powiesz na jednego funta?

- Tak drogo?! Gdzie się podział uczciwy handlarz?

Kupiec się zaśmiał.

Minęło jednak wiele czasu od ostatniego posiłku Bastiana. Chłopak usiadł na krześle stojącym przy odwróconym koszu, który pełnił rolę stolika, a handlarz podał mu pieczonego ziemniaka na patyku - wciąż gorącego, jednak zdecydowanie niedosolonego.

Pyszny!

Po tym, jak skończył, handlarz powiedział:

- To się nazywa apetyt. Masz kolejnego!

Drugiego ziemniaka Bastian także pochłonął w mgnieniu oka. Jadł je tak szybko, że do stoiska zaczęli schodzić się ludzie, myśląc, że tutejsze przysmaki są aż tak smaczne. Mimo tak późnej pory biznes kwitł i już po chwili wszystkie miejsca przy stoisku były zajęte. Jeżeli sprzedawca dawał chłopakowi jedzenie, licząc na taki właśnie efekt, musiał być naprawdę zdolnym kupcem.

Bastian czuł się pełen. Rozładował się wcześniej, biegnąc z krzykiem, a teraz zjadł i jego przygnębienie powoli znikało.

Westchnął głęboko.

- Heh. Cóż, może tak będzie lepiej. W końcu przyjechałem tu się uczyć i uciec od intryg w mojej ojczyźnie. Nie mogę angażować się w politykę tego kraju.

Wierzę, że wujek Elise bezpiecznie dostarczy ją do stolicy.

Ciągle miał ją przed oczami.

Zszokowane miny po jego słowach, pełną determinacji twarz, kiedy odrzucała jego pomysły, oraz opanowanie, kiedy mu docinała.

He? Czemu myślę o takich rzeczach? Czyżbym oszalał? Nie mam lepszych wspomnień? - Rozmyślając, spojrzał w bok, gdzie najwyraźniej coś się działo.

- Hej! Dwadzieścia porcji!

- Już! Proszę chwilę poczekać!

Stała tam grupa najemników.

Ponad dziesięciu. Miasto jest ich pełne...<i>

Bastian uniósł brwi i spytał handlarza:

- Czemu w tym mieście przebywa aż tylu najemników? Zawsze tak było?

Sprzedawca stojący do niego plecami, zajęty pieczeniem kolejnych porcji jedzenia, odpowiedział:

- Nie, zwykle nie. Dla mnie to pierwszy raz, ale dzięki dowódcy jednostki gromadzącemu najemników interesy w mieście kwitną.

- Gromadzi ich? Szykuje się do wojny?

- Niby skąd mam to wiedzieć?

- No tak...

Od strony najemników dobiegł śmiech.

- Jestem naprawdę wdzięczny, że najęli nas tuż przed wojną.

- Dobry interes!

- Racja! Hahaha!

- Ej, robi się ciemno, uczniowie powinni chyba iść do domu.

<i>Sądząc po akcencie, nie są stąd. Pewnie ściągnięto ich z daleka, co znaczy, że Bruno Carlos przygotowuje się do wojny.

Serce Bastiana prawie stanęło.

- Czemu pacyfista... sposobi się do wojny?

Słysząc to, najemnicy wybuchnęli śmiechem.

- Pacyfista?! Hmph, te śmieci już dawno temu zostały wyrzucone z armii!

- Co?

- Spójrz! To nowy miecz, a to nowa strzelba. Można je dostać w całym kraju. Nie przegramy z nikim, ani z Belgarią, ani z Hispanią!

- Racja!

Bastian wstał.

- To jakieś żarty?! On... Co on zamierza zrobić z Elise?!

Spojrzał w stronę góry, gdzie dostrzegł rząd pochodni przesuwających się w kierunku fortecy.

- Hę? Co jest?

Sprzedawca spojrzał w tę samą stronę.

- Nie sądzę, żeby o tej porze szli tam jacykolwiek najemnicy. To pewnie jacyś wojskowi.

Bastian wiedział, że nie ma czasu dłużej tam zostać, i po prostu ruszył przed siebie.

Ale byłem lekkomyślny!


================================================


Elise zaskoczyła informacja, że czeka na nią jakiś gość - w końcu jedynie Bastian wiedział o jej obecności w forcie.

Może to burmistrz tego miasta? Czyżby ktoś już się o mnie dowiedział?

Elise spytała o to Bruno Carlosa, jednak nie otrzymała odpowiedzi.

- Lepiej nie kazać im czekać zbyt długo.

- Rozumiem.

Elise wzięła kąpiel, a następnie przebrała się w wieczorową suknię. Ta nie była jednak koloru niebieskiego (taką jej matka przygotowała na wypadek objęcia tronu), lecz czerwona, zupełnie jakby zabarwiona winem. Dodatkowo nie brakowało jej falbanek, a bok znaczyło cięcie odsłaniające nogi, przez co Liz czuła się strasznie niezręcznie.

Czyżby wujo gustował w takich strojach? - Nie mogła zrozumieć, dlaczego podarował jej taką suknię.

Bruno Carlos w milczeniu poprowadził ją krętymi schodami na najwyższe piętro wieży, a następnie zapukał do drzwi. Otwierając je, powiedział:

- Naprawdę przepraszam.

Elise, rozumiejąc nagle, jak wielki błąd popełniła, znieruchomiała, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa.

Na sofie, stojącej na środku pokoju, siedziała księżniczka Margaret.

- Dobry wieczór, Liz. Jak zdrowie?

- Księżniczka Margaret...

- Ufufu. Pomiń tytuł. Może i nie jesteśmy ze sobą blisko, ale rodzina to rodzina.

- Ach, ta sukienka...

Margaret miała na sobie taką samą sukienkę. Jej czarne włosy wyglądały na niej, jakby ktoś wlał kilka kropel atramentu do wykwintnego wina.

- Wspaniale, doskonale w niej wyglądasz. Bałam się, co zrobić, gdyby nie przypadła ci do gustu - powiedziała z delikatnym uśmiechem.

- Ach, dziękuję.

- Coś nie tak? Nie chcesz usiąść?

- Dobrze.

Elise zebrała w sobie odwagę i weszła do środka.

Margaret poklepała miejsce obok siebie, jednak Elizabeth wahała się przed zajęciem wskazanej jej miejscówki.

- Wolę postać.

Margaret nie dotknął fakt, że Elise stanęła w pewnej odległości od niej; cały czas uśmiechała się serdecznie.

W okrągłym pokoju były trzy okna oraz drzwi, strzeżone teraz przez Bruno Carlosa. W środku przebywał także rycerz ubrany na biało, stojący nieruchomo jak jakiś posąg. Miał niebieskawe włosy i jasnoniebieskie oczy, a u pasa przypięty dobry miecz.

Kiedy Margaret zauważyła, że Elise na niego spogląda, powiedziała:

- Masz wyjątkową okazję, przedstaw się.

Rycerz, składając ukłon, rzekł:

- To zaszczyt cię poznać, księżniczko Elizabeth. Jestem Oswald Coulthard, porucznik i oficer operacyjny w sztabie armii Wielkiej Brytanni.

Mężczyzna roztaczał wokół siebie przerażającą atmosferę.

- Elizabeth Victoria, miło mi.

Margaret wyciągnęła rękę, dotykając palcem brzucha rycerza.

- Ufufu, to Oswald powiedział mi, że tu będziesz. Naprawdę jest wszechwiedzący.

- Och, moja szlachetna księżniczko, twój pokorny sługa nie zasługuje na takie pochwały. Jestem tylko nędzną żabą w studni. Księżniczka Elizabeth dotarła tutaj pół dnia wcześniej, niż sądziłem.

- Doprawdy? Więc będę cię teraz nazywać żabcią.

Elise straciła siłę w nogach.

- Czyli... Wszystko... Przewidział wszystko? Jak?

- Bez obaw, nie dałaś nam żadnych wskazówek. Po prostu nie miałaś innej opcji.

- Ale... To przecież...

To była naprawdę ciężka podróż. Graham i sześciu rycerzy oddało życie, aby ją bronić, Bastian także ryzykował wiele, byle jej pomóc. Elise zrobiła wszystko, co w jej mocy, żeby tam dotrzeć, tylko po to, by dowiedzieć się, że tańczyła jak marionetka w takt muzyki granej przez Oswalda. W dodatku jego spojrzenie było całkowicie wyprane z emocji, a w oczach nie dało się dostrzec ani dumy, ani współczucia, po prostu patrzył się na Elizabeth.

- Królowa Charlotte często o tobie wspominała. Mówiła, że jesteś inteligentny, łagodny, bez osobistych aspiracji, stawiający pracę ponad własne problemy.

- Doprawdy? Wasza wysokość mi schlebia. - Te słowa jednak postawiły Elise na baczność. - Jesteś taka sama jak królowa Charlotte, nie potrafisz patrzeć na rzeczy pełnowymiarowo. Ten kraj przekroczył już punkt bez powrotu, po tym spotkaniu zrobił nawet parę kroków dalej. Frakcja pacyfistów to dla nas jedynie przeszkoda.

Elise zacisnęła zęby.

- Więc według ciebie ten kraj jest obecnie pełen orędowników wojny? To trochę dziwne, że tak wielu ludzi w zaledwie kilka lat radykalnie zmieniło poglądy.

- W rzeczy samej, nie mogę temu zaprzeczyć.

- Czego chcesz w zamian za poświęcenie tych wszystkich istnień podczas wojny?

Oswald położył dłoń na brodzie, jednocześnie się uśmiechając.

- Królowa Charlotte spytała mnie o to samo. Moją odpowiedzią było bogactwo.

- To...

Margaret wzruszyła ramionami.

- Cóż za nieszczęście. Myślenie o pieniądzach nie ma sensu. To byłoby naprawdę przykre, gdyby Oswald nie rozumiał, że nie pragnę rzeczy, które posiadam.

- Ależ rozumiem. Jednak twój wierny sługa jest osobą przyziemną i ma proste pragnienia.

- Cóż za zawód.

Margaret lekko stuknęła Oswalda.

Elise wróciła do próby wybadania ich intencji.

- Naprawdę chodzi o bogactwo? To miałoby sens, jednak nie sprawiasz wrażenia osoby kierowanej pragnieniem zdobycia fortuny.

- Hoo. Rozgryzłaś mnie już przy pierwszym spotkaniu.

- Gdybyś był chciwy, Margaret nigdy nie chciałaby z tobą pracować.

- Och?

- Właśnie! Nie wiedziałam, że Liz tak dobrze mnie zna. Czuję, jakbyś była w stanie przejrzeć mnie na wylot. Aż moje serce zaczyna szaleć.

Oswald pokiwał głową z podziwem.

- Cóż za spostrzegawczość. Chociaż czego innego by oczekiwać od osoby wybranej przez królową Charlotte? Muszę przyznać, iż jestem ignorantem. Księżniczko Elizabeth, nie brak ci inteligencji. Dokładnie tak, jak mówisz, nie chodzi mi jedynie o bogactwo.

- Czyli?

- To kwestia samej wojny. Pieniądze są niezbędne do jej prowadzenia. Konflikt z Belgarią ma posłużyć do zdobycia funduszy na dalsze kampanie. Wojna bez końca, aż moje ciało się rozłoży, wszyscy żołnierze i szlachta padną trupem, aż ten kraj stanie na krawędzi upadku. Do tego właśnie jest mi potrzebna wojna, a by ją prowadzić, trzeba mieć fundusze.

- Och, jakże ciekawe, dzięki temu nie będę się w ogóle nudzić.

Elise otworzyła szeroko oczy i wykrzyczała w stronę Oswalda:

- C-Co?! Ty nie żartujesz?!

- Jestem jak najbardziej poważny.

- Dlaczego?!

- Ponieważ wypełniał rozkaz władczyni tego kraju, księżniczki Margaret.

- Co?!

Margaret śmiała się, trzymając się za brzuch, co brzmiało wyjątkowo złowrogo.

Elise kipiała gniewem do tego stopnia, że z oczu zaczęły wypływać jej łzy.

Oni... Oni bawią się krajem! Robią to wszystko tylko po to, żeby zabić nudę!

Dziewczyna spojrzała w stronę drzwi.

- Bruno Carlos! Porzuciłeś swoje pacyfistyczne poglądy, żeby służyć takim ludziom?! Gdzie się podział dumny żołnierz, broniący Wielkiej Brytanni?!

- Najmocniej przepraszam. Nawet gdybym się im sprzeciwił, skończyłoby się po prostu na zmianie dowódcy tego fortu.

- Arrrr...

Margaret patrzyła, jak Oswald podchodzi do stolika i nalewa herbaty do filiżanki, jednocześnie mówiąc:

- Ten prosty oficer już dawno temu zrozumiał, że tworzenie organizacji przypomina grę w szachy, nie chaos wojny. Na polu walki nie ma królowych mogących skakać przez całą planszę. Z drugiej strony możemy przejmować pionki po stronie wrogiej królowej, wywierając presję na jej armię od wewnątrz, dzięki czemu zyskujemy jeszcze więcej jednostek. Przeciwnik ma ograniczone możliwości, by na to odpowiedzieć, zatem powtarzając ten proces kilka razy, w końcu przejmiemy koronę bez walki.

Margaret wzięła kubek i upiła trochę herbaty.

- Cóż za rzadkość, Oswaldzie. Zwykle nie wdajesz się w takie dyskusje. Musisz mieć dziś wyjątkowo dobry humor.

- Proszę o wybaczenie.

- Nie szkodzi. Teraz moja kolej na rozmowę. Ej, Liz, jaką osobą jest ten Bastian, z którym podróżowałaś?

- He? Skąd...?

- Sprawdziliśmy szkołę. To belgarski szlachcic, jednak samo jego imię przykuwa uwagę, gdyż jest takie samo jak trzeciego księcia tego kraju. Co więcej, podobnie jak on posiada czerwone oczy i nadludzką siłę.

- T-To tylko... przypadek.

- Cóż za pech, że nie mogliśmy go poznać, gdyż Bruno Carlos go odprawił. Jaka szkoda, ciekawe czeeemu?

- N-Najmocniej przepraszam. Raporty mówiły, iż jest wyjątkowo spostrzegawczy. Dla dobra waszej wysokości nie mogłem pozwolić, żeby się do was zbliżył - odpowiedział Bruno Carlos, składając pokłon.

Margaret klasnęła w dłonie.

- Liz, zjedz z nami! Przygotowałam coś specjalnie dla ciebie! - Księżniczka zmieniła nagle temat. Miała w zwyczaju tak robić, kiedy rozmowa zaczynała ją nudzić.

Elise cofnęła się o parę kroków.

- Nie... Nie jestem głodna, dopiero jadłam.

- Naprawdę? Ale i tak chciałabym, żebyś ze mną zjadła. W końcu to twój ostatni posiłek, Liz. - Margaret ogłosiła wyrok śmierci tonem, jakby zapraszała kuzynkę na herbatę.

Elise cofnęła się jeszcze bardziej, aż w końcu dotknęła plecami okna.

- Och...

Wieża zwężała się ku górze, a że byli na jej najwyższym piętrze, dziewczyna nie miała dokąd uciec.

Oswald postawił kubek na stoliku.

- Dziś jest dwudziesty, za dwa dni kończy się Cichy Tydzień i odbędzie się pogrzeb królowej Charlotte.

- D-Doprawdy? Chciałabym tam być. Prawdę mówiąc, muszę za wszelką cenę tam się zjawić.

- Dla waszej wysokości wystarczy, byś dotrzymała towarzystwa królowej - powiedział Oswald, sięgając do miecza.

Margaret otworzyła pudełko, pokazując truskawkową tartę. Elise miała nadzieję, że jest chociaż słodka, ponieważ nie przepadała za gorzkim jedzeniem. Nie wiedziała jednak, że kuzynka celowo wybrała smak, którego ona nie lubiła.

Nie miała drogi ucieczki.

- C...Co... Co wy planujecie?

Margaret się uśmiechnęła.

- Nie wiem, jak Oswald, ale ja jedynie chcę zabić nudę. Ciekawe jednak, jak to jest być szczęśliwym.

- Mój raison d’etre to twoje szczęście.

W tym momencie przez okno wpadło światło, zupełnie jak błysk pioruna, a chwilę później dobiegł brzęk tłuczonego szkła.

Oswald wyjrzał przez okno.

- Więc wrócił. Widać Glenda zawiodła.

- Oj, widać ten wyrok śmierci powinien być jednak wykonany.

- Zrozumiałem.

Nad płonącym zamkiem unosił się ciemny dym.

Chwilę później zza drzwi dobiegło pukanie.

- Raport! Pilny raport!

- Mówże w końcu!

Słysząc wybuch złości Bruno Carlosa, żołnierz powiedział:

- Tamten chłopak wrócił do zamku! Pokonał porucznik Glendę, a następnie sforsował bramę!

- Co?!

Ta wiadomość zszokowała jedynie Bruno Carlosa. Reszta osób w pokoju znała możliwości bojowe Bastiana.

Chwilę później nadszedł kolejny raport.

- Podczas walki z intruzem wybuchł magazyn amunicji! Mimo zmobilizowania całej jednostki nie jesteśmy w stanie ugasić pożaru.

- Głupcy! Przecież tam jest też ropa!

- Wybuchła, kiedy pożar się rozprzestrzenił!

- Ch...

To nie był jednak koniec raportu.

- Oddziały od pierwszego do trzynastego zostały wybite, intruz zbliża się do głównej wieży!

- Dowódco, proszę się wycofać. Obecnie trzydziestu żołnierzy przygwoździło go, ostrzeliwując kolejno rzędami, jednak już teraz mamy doniesienia o poległych w ich szeregach...

Bruno Carlos wykrzyczał:

- Przecież to tylko nastolatek! Jakim cudem tracimy ludzi?!

- To... Po tym, jak ukrył się za ścianą, spadły na nich części budynku! Widziałem go osobiście. Wcześniej nie miał nic w rękach. Nie wiem, skąd on mógł wziąć katapultę, by ostrzelać nas gruzem.

- Co to za brednie?! Jeśli nie przestaniecie zmyślać, osobiście wystrzelę was z katapulty prosto do rzeki!

Dla normalnego człowieka ta sytuacja była po prostu nie do uwierzenia. Intruz nie miał przy sobie żadnej broni, dysponował po prostu nadludzką siłą i szybkością, a to sprawiło, że żołnierze zaczęli panikować.

Oswald wzruszył ramionami.

- Widać to tylko kwestia czasu.

- Ojej, chyba mamy kłopot. Czyżby w tym kryzysie moje życie było zagrożone?

- Tym nie musisz się martwić, ma pani.

Elise po wysłuchaniu raportu nabrała nadziei, a kiedy odgłosy wystrzałów ucichły, jej serce zaczęło szybciej bić i zrobiło jej się gorąco.

On... tu jest?

Dziewczyna sięgnęła do rączki okna, a następnie otworzyła je uderzeniem łokcia. Znajdowali się w wieży stojącej na wysokiej górze, tak więc wiał tam silny wiatr. Chwilę po otworzeniu okna do środka wdarł się ciemny dym i wstrętny smród, co utrudniało oddychanie.

Margaret krzyknęła:

- Nie! Moje włosy!

- Hmm...

Oswald wyciągnął miecz i stanął przed Elizabeth w pozycji do walki, albo raczej zasłonił Margaret.

- Wasza wysokość, proszę się nie ruszać.

- Czemu?

- On już tu jest - odparł, patrząc na wieżę stojącą naprzeciwko.

Elise wychyliła się przez okno, spoglądając na odległą ziemię i strzelających żołnierzy, i krzyknęła:

- Bastianie!

Prawie natychmiast otrzymała odpowiedź.

- A więc to jednak tu.

Dziewczyna spojrzała w górę.

Na wyciągnięcie ręki, nie, raczej tuż przed nią pojawiła się twarz chłopaka.

- Wciąż żyjesz? Nic ci nie jest? Zrobili ci coś?

- Ach...

Elise zalała się łzami.

- Bastianie...

Miał brudną twarz oraz poszarpane, zakrwawione ubrania. Trzymał kilka strzelb, część pod pachą lewej ręki i jedną w prawej dłoni.

- Cz-Czemu płaczesz?! Boli cię coś?!

- Ni-Nie płaczę... T-To od dymu.

- Ach. Wspaniale, że zdążyłem na czas.


================================================


Bastian był już u kresu sił.

Poruszał się szybciej od elitarnych rycerzy, jednak nie od pocisków, choć potrafił przewidzieć tor ich lotu i zrobić unik, zanim jeszcze zostały wystrzelone. Kiedy walczył z wieloma przeciwnikami naraz, musiał przewidywać trajektorię kilku kul w tym samym momencie, jednocześnie biorąc poprawkę na ograniczoną przestrzeń do uników i możliwość, że kolejny pocisk może być wymierzony w miejsce, w które się uchylił. Dzięki swojej nadludzkiej szybkości udawało mu się omijać grad kul, jednak długotrwały wysiłek w końcu go spowolnił i został dwukrotnie trafiony w plecy. Z przodu wyglądał dobrze, ale gdyby go dotknąć, ręka stałaby się cała czerwona od krwi. Nie miał szans wytrzymać dłuższej walki, zwłaszcza że żołnierze broniący fortu otrząsnęli się z szoku. Gdyby teraz ze spokojem go otoczyli, to byłby jego koniec.

Wziął kilka głębokich oddechów.

- Czyżby to... księżniczka Margaret?!

Dziewczyna wychyliła się zza broniącego jej rycerza.

- Jahoo! W końcu się spotykamy!

- Wasza wysokość, to niebezpieczne!

Rycerz zasłonił jej głowę.

- Oswaldzie, co ty wyprawiasz?

- To nie czas na powitania. Ten chłopak samodzielnie sforsował obronę fortu... znacznie przewyższając przewidywania twego skromnego sługi.

Margaret odparła z uśmiechem:

- Jesteś bezużyteczny, panie rybo.

Bastian wymierzył broń w rycerza, wiedząc, że ten się nie ruszy, bo wtedy pocisk mógłby trafić w księżniczkę.

- Żołnierze nie stawiali zbyt wielkiego oporu. Może nie chcieli bronić złej księżniczki, ale wiedzieli, że jeśli się sprzeciwią, ucierpią także ich rodziny?

Oswald pokręcił głową.

- Morale jest tu wysokie, po prostu brak im wyszkolenia do walki z kimś tak szybkim i silnym, jak wasza wysokość Bastian.

- Silny? Chyba zaraz się zarumienię... A, i nie jestem księciem! - Bastian poprawił okulary przeciwsłoneczne. Oczywiście przeciwnik znał jego prawdziwą tożsamość, jednak ten wciąż grał swoją rolę.

Oswald miał bardzo poważną minę, jednak róg jego ust skrzywił się lekko.

- Twoje możliwości można wręcz uznać za oszukiwanie, jednak nawet ty samotnie niewiele wskórasz.

Elise krzyknęła, wychylając się daleko za okno:

- Bastianie, za tobą!

- Uuuuch.

Chłopak szybko kucnął, czując tuż nad swoją głową cięcie, które skróciło przy okazji zasłony w oknach.

Bastian wypuścił broń trzymaną pod lewą ręką, jednocześnie obracając się i strzelając ze strzelby w prawej dłoni. Kula sięgnęła celu, trafiając stojącą za nim Glendę w ramię.

- Ughhh... W... Wciąż mogę walczyć - wydukała, zasłaniając ranę.

- To naprawdę ty?

Walczył z nią wcześniej przy bramie. Nie chciał jej zabić, tylko wyłączyć z dalszej potyczki. Jej obecność tutaj sprawiła, że zaczął się zastanawiać, czy Wielka Brytannia ma kogoś o nadludzkich możliwościach jak on. Z zadumy wyrwał go krzyk. Spojrzał w stronę okna, z którego wypadała Elise, trzymając się jedynie jego krawędzi.

Oswald podszedł do niej z mieczem w dłoni.

- To nieelegancki sposób, ale pora w końcu zakończyć to przedstawienie.

- Nie, stój!

Bastian w mgnieniu oka przeanalizował wszystkie możliwości.

Podnieść broń i strzelić? Nie, Elise zginie, zanim dosięgnę strzelby. Rzucić sztyletem? Podziałałoby, gdyby Oswald był niewyszkolony, ale to świetny żołnierz i uniknie ostrza albo je zablokuje, a to nie pozwoli mi jej ocalić.

- Księciu Bastianie, twój powód do walki zaraz zniknie!

- Nie... Nie jestem cholernym księciem!

Bastian rzucił się w stronę okna, wyciągając rękę przed siebie.

- Elise, skacz!

- Bastianie!

Rozkaz chłopaka ją zaskoczył, ale posłuchała go bez cienia zawahania i zanim ostrze Oswalda dosięgło celu, leciała już w dół.

- Skoczyła...

Bastian podbiegł do okna, wyciągając rękę w stronę znikającej w dole dziewczyny w czerwonej sukni.

- Elise!

- Bastianie!

Haken no Kouki Altina - Volume 04 - 233.jpg

Ona także wyciągnęła rękę, aż w końcu ich palce się zetknęły. Bastian, sięgając jeszcze dalej, chwycił ją, a następnie objął prawą ręką. Drugą dłoń i nogi skierował w stronę ściany wieży, żeby wyhamować upadek, co było możliwe dzięki konstrukcji budowli zwężającej się górze, a następnie chwycił krawędź okna na jednym ze środkowych pięter.

W normalnych okolicznościach taki wyczyn byłby dla niego drobnostką, jednak ciężar dwóch osób i siła upadku odbiły na nim swoje piętno; z pleców chłopaka dobiegł głośny trzask.

- Ghhh!

- Bastianie, nic ci nie jest?!

- Nic... Szybko, zaraz zaczną strzelać.

- Dobrze!

Elise nie brakowało krzepy, była wręcz jedną z najlepszych pod tym względem osób w szkole, więc bez problemu chwyciła okno i podciągnęła się do środka. Chwilę później dołączył do niej Bastian. Przez chwilę leżeli na podłodze, łapiąc oddech.

- Heeeh, heeeh, hee....

Ból pleców Bastiana był tak silny, że chłopak nie mógł poruszyć nawet mięśniem.

Leżąca obok niego Elise zalała się łzami.

- Znowu mnie ocaliłeś.

- Heeh, heeeh, heee... Czyżbyś... się poddała?

- He?

- Dziś jest dwudziesty.

- Tak.

- Teraz... Nie damy rady dotrzeć do stolicy na piechotę, ale wozem moglibyśmy zdążyć.

- Racja. Nie poddam się. Dla dobra wszystkich osób, które mi pomagały.

- Tak trzymaj!

Bastian w końcu zebrał siły, podnosząc się z ziemi. Jednak ten widok zszokował Elise.

- Bastianie... Te rany...?!

- Nie przejmuj się nimi. To tylko rezultat moich błędów. Skoro o tym, powinniśmy ruszać, bo nas otoczą.

- Racja. - Głos dziewczyny drżał, jednak nie było w tym nic dziwnego. Sam Bastian doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego stanu, a ilość krwi, jaka została w miejscu, w którym leżał, wystarczyłaby do przekonania każdego, że kogoś tam zabito.

- Cóż, prawi są pod protekcją wróżek, więc nic mi nie będzie.

- Skoro masz siłę żartować, z pewnością wszystko z tobą dobrze.

Wyszli z pokoju, kierując się w dół po spiralnych schodach.


Na parterze wieży czekali na nich żołnierze, więc Bastian wziął Elise na ręce. Dziewczyna wstydziła się, ale zdusiła to w sobie. Następnie wyskoczyli przez okno tamtego pokoju. Sytuacja była jednak o wiele poważniejsza, niż myśleli. Elizabeth nie ważyła wiele, jednak Bastian ledwie łapał oddech, nie wspominając już o obfitym krwawieniu. Jednocześnie nie mógł używać rąk, ponieważ niósł swoją partnerkę, co wykluczało także stoczenie się po wieży oraz jakąkolwiek obronę w wypadku ataku.

Chłopak zagryzł zęby.

- Niedobrze...

- Nie za bardzo się przemęczasz?! Nawet ty...

- He? O czym ty mówisz? Dostaniesz klapsa, jeśli to powtórzysz.

- Ale...

- To było w moim dziele! Jeżeli bohater niesie swoją partnerkę, to jakim sposobem może walczyć mieczem?! Ma cztery ręce?!

Podobną scenę napisał w swojej powieści, jednak teraz, kiedy sam znalazł się w podobnej sytuacji, zrozumiał, że nie do końca ją przemyślał. Ze wstydu chciał zapaść się pod ziemię.

- To przecież niewykonalne! Jeżeli tego nie zmienię, rozgniewam tylko czytelników!

- Dlatego właśnie ciągle nazywam cię idiotą. Czemu wyskakujesz z tym w takiej chwili?!

- Hahaha, jakiej? To brzmiało, jakbym miał jakiś problem.

- He?

- Jestem we wrogim zamku, otoczony przez żołnierzy wyposażonych w nową broń. Mimo kilku ran postrzałowych niosę księżniczkę na rękach. Ledwie drobnostka, nic więcej.

- Ty...

- Kłopoty nadejdą, jeżeli przyjdzie nam się zmierzyć z nieomylnym przeciwnikiem albo kiedy zostaniemy zmuszeni do pokonania dłuższego dystansu bez osłony.

- Przechwałki w takiej chwili... Naprawdę jesteś wyjątkowy.

- To żadne przechwałki, mówię poważnie!

Trzymał na rękach Elise i to wystarczyło, żeby czuł się niewiarygodnie lekki. W tej chwili zmęczenie, rany postrzałowe i otaczający zewsząd przeciwnicy - wszystko to nie miało najmniejszego znaczenia.

W końcu dotarli do zewnętrznej ściany zamku. Bastian przerzucił Elizabeth na plecy i wdrapał się po kamieniach. Ściany miały powstrzymać wrogów przed wspinaczką, jednak nikt nie mógł przewidzieć, że będzie je forsować ktoś na tyle silny, że dałby radę podciągnąć się na tak małej powierzchni, jaką stanowiły cegły na prawie gładkiej ścianie. Zresztą dla Bastiana taka wspinaczka była łatwiejsza od pokonywania kruchych klifów w górach, a poza tym uznał to za dobry materiał do książki.

Jeżeli jednak pominąć pobudzenie spowodowane bliskością Elise, sytuacja wyglądała następująco.

Ściany fortu Gray Bridge były dobrze zaprojektowane do obrony przed przeciwnikami, dzięki czemu równie skutecznie broniły przed dostaniem się do środka, jak i wydostaniem się z twierdzy. Z drugiej strony dowództwo także pogrążyło się w chaosie - większość żołnierzy otrzymała jedynie rozkaz, by bronić twierdzy. Ledwie mała grupka wiedziała, że ma zatrzymać uciekinierów. Tak więc sieć bezpieczeństwa twierdzy była cała w lukach i nie miała szans w starciu z tak silnym przeciwnikiem. Straż przyboczna Margaret skupiła się na gaszeniu płonącej karocy; nawet nie zauważyli, że księżniczka znalazła się w niebezpieczeństwie. Zresztą właśnie dlatego Oswald nawet nie brał ich pod uwagę przy tworzeniu swoich sił zbrojnych.

Bastian pokonał strażników na szczycie muru, właściwie to ich z niego zepchnął (jeżeli mieli szczęście, przeżyli upadek). Chłopak jednak nie mógł się tym przejmować, skoro jego życie wisiało na włosku. Oni też byli żołnierzami, wyszkolonymi, żeby zabijać, tak więc powinni być przygotowani na śmierć.

W normalnych okolicznościach w świetle księżyca majaczyłyby co najwyżej sylwetki postaci, jednak płonąca wieża działała jak wielka pochodnia i nawet miasto u stóp góry rysowało się wyraźnie.

- Wiedziałem, jednak musimy pokonać ten most.

- Jak to zrobiłeś, kiedy przebijałeś się do środka?

- Walczyłem jeden na jednego z tym rycerzem, Glendą. Doszliśmy tak do samej bramy, po czym zepchnąłem ją do rzeki i wdrapałem się po ścianie. Nie sądziłem tylko, że nas dogoni. Nie była mokra, więc pewnie nie spadła na samo dno wąwozu.

- Rzeka...

- Sądzisz, że wskoczenie do niej będzie lepszym wyjściem niż przekroczenie mostu?

- Przecież to by nas zabiło!

- Racja. Skok by podziałał, ale teraz...

Z powodu obfitych deszczy w ostatnich dniach rzeka przybrała na sile, dodatkowo znajdowała się daleko w dole i trudno było dostrzec jej szczegóły w ciemnościach, tak więc istniała duża szansa, że trafią na kamienie.

- Ale... przerażające.

Bastian się obejrzał. Żołnierze byli zajęci gaszeniem pożaru fortu, tak więc pościg mieli na razie z głowy. Chłopak wyczuwał jednak obecność wojskowych dookoła, którzy z jakiegoś powodu nie atakowali, a jedynie stali, wstrzymując oddech.

- Czekają, aż wejdziemy na most?

- Możliwe.

W tym momencie ziemia się zatrzęsła, a brama fortecy otworzyła. Bastian już pokonał ścianę, więc nie miało to dla niego znaczenia poza zatrzymaniem pościgu, jednak pojawił się w niej rycerz w białej zbroi.

Oswald krzyknął:

- W końcu dotarłeś do murów! Musisz teraz jedynie pokonać most. Tylko że to niewykonalne, bo padniesz pod gradem kul! - Bastian oczywiście wiedział, o czym mówi. - Jednak strzelanie do uciekającego jest wbrew honorowi! Co ważniejsze, nie mogę pozwolić, byś nadal po nim deptał, niszcząc mój wizerunek w oczach pięknej księżniczki Margaret.

Bastian objął mocno Elise. Taktyka przyciągnięcia uwagi przeciwnika z jednej strony, po czym zaatakowania go od tyłu była w końcu powszechnie znana. Dlatego zaczął rozglądać się za wrogimi siłami.

- Nic... Nie planują nas zaatakować?

- B-Bastianie?!

Elise nie miała nic przeciwko temu, że cały czas ją niósł, jednak to nagłe, mocne objęcie przez Bastiana strasznie ją zażenowało, a widok zarumienionej Elizabeth zawstydził i jego, przez co odsunęli się od siebie.

- Ech, zostań blisko. Jest wystarczająco jasno, żeby mogli nas zauważyć.

- D-Dobrze.

Poprawiła sukienkę. To nie był dobry czas, żeby zachowywać się jak para gołąbków.

Bastian krzyknął do Oswalda:

- Jestem! Czego chcesz?!

W ten sposób ujawnił swoją pozycję, ale chwilę wcześniej pokonał kilku żołnierzy, więc i tak wiedzieli, gdzie się znajduje. Dlatego właśnie pokazał się wrogi dowódca.

- Skoro na szali leży moja reputacja, wyzywam cię na pojedynek! Po wielkim ciosie, który nam zadałeś, stałbym się pośmiewiskiem, gdybym polegał na naszej przewadze liczebnej oraz terenie!

- Zgłupiałeś?! Co my możemy z tego mieć?

- Jeżeli wygrasz, puszczę cię wolno, a nawet odeskortuję do stolicy.

- Co takiego?!

- Czy takie warunki ci odpowiadają? Nawet jeżeli nam umkniesz, nie dasz rady dotrzeć do stolicy na czas. Doskonała propozycja, nieprawdaż?!

- I mam ci uwierzyć?!

- Me słowo w rzeczy samej jest niewiele warte. Jednak to obietnica złożona przez świętą księżniczkę Margaret!

Bastian nie słyszał słów żołnierzy, ale wyczuł, że w twierdzy nagle zawrzało.

Księżniczka prawdopodobnie obserwowała całe zajście.

- Pozwól mi to przemyśleć! - Po tych słowach spojrzał na dziewczynę u swego boku. - Elise, jaką osobowość ma Margaret? Odniosłem wcześniej wrażenie, że nie traktuje tego wszystkiego poważnie.

Członkowie rodzin królewskich często ukrywali swoją tożsamość, chcąc wyjść anonimowo na miasto, jednak po raz pierwszy ktoś powitał go „jahooo”.

Elise odpowiedziała niepewnie:

- Prawdę mówiąc, to dziwniejsza osoba, niż sądziłam. Nie mam pojęcia, co chodzi jej po głowie. Nawet pozycja królowej niewiele dla niej znaczy, póki jest szczęśliwa. O tym całym Oswaldzie nie mogę nic powiedzieć.

- Czyli ta propozycja może być prawdziwa?

- To może być pułapka.

- Nie sądzę. Naszą jedyną drogą jest most, który musielibyśmy pokonać pod ostrzałem żołnierzy. Jakiej innej pułapki by potrzebowali?

- Zgodzisz się?

- Tak.

Elise nagle się na niego rzuciła.

- Nie idź!

- Heee? Czemu?!

- Zabierz mnie ze sobą. Proszę. Ni-Nie chcę więcej patrzeć, jak staje ci się krzywda.

- Na to nic nie poradzę. Nie ma tu żadnego bezpiecznego miejsca w zasięgu wzroku.

Po krótkim przemyśleniu sprawy doszedł do wniosku, że gdyby zostawił tu Elise, nie miałaby szans, jeśli znienacka zaatakowaliby ją żołnierze. Być może taki właśnie cel przyświecał całej tej sytuacji.

- Elise, idziemy! Dokopię temu białemu rycerzykowi i jutro udamy się do stolicy!

- Dobrze!


================================================


Zeszli z murów, stając przed Oswaldem. Za nimi płonęła forteca, a za jej otwartą bramą czekali żołnierze wyposażeni w nową broń. Księżniczka Margaret też prawdopodobnie obserwowała całe zajście z ukrycia. Nie mieli szans uniknąć pocisków, gdyby spróbowali przebiec ten dystans. Gdyby Bastian dysponował koniem, mógłby spróbować sforsować drogę z Elise na rękach, jednak...

- Naszą jedyną opcją jest pokonanie cię i zmuszenie Margaret do dotrzymania słowa.

- Przez cały ten czas broniłeś Elizabeth. Muszę ci pogratulować dotarcia aż tak daleko.

Oswald był spokojny. Bastian wyczuł, że pewność siebie jego przeciwnika nie wzięła się znikąd, i sięgnął po swój sztylet.

- Naprawdę nie chcę tego używać...

- Czy to Vite Espace Trois? A więc naprawdę jesteś księciem Bastianem.

- Przestań w końcu. Nie wiem, co to takiego.

Bastian poprawił okulary, po czym kazał Elise się cofnąć.

Jeżeli ich przeciwnicy odwołają swoje słowa... Jeśli otworzą ogień, Oswald także zginie pod gradem pocisków, tak więc mógł jedynie liczyć na dobrą wolę Margaret.

- Nadchodzę.

Bastian zaszarżował.

Oswald w tym samym czasie wyciągnął miecz, nadający się bardziej do pchnięć niż standardowo do cięć, po czym stanął w pozycji do walki. Jego ostrze wyglądało, jakby mogło się złamać od pojedynczego uderzenia o pancerz, jednak Bastian miał na sobie jedynie szkolny mundurek.

Kiedy chłopak dobiegł do przeciwnika, wyprowadził kopnięcie. Takie rozpoczęcie walki gwarantowało zaskoczenie rywala i mogło zapewnić zwycięstwo w pierwszym ciosie, jeśli udałoby mu się złamać nogę w kolanie swojego oponenta. Nawet gdyby nie doszło do takiego urazu, na moment ograniczyłoby to ruchy wroga. Nie wspominając już o tym, że atak z zaskoczenia był kluczowy w tej walce, gdyż mieczem można o wiele łatwiej przejąć inicjatywę.

Jednak Oswald zachował spokój.

- Tutaj?

Po czym wyprowadził szybki cios. Bastian się uchylił, ale i tak oberwał w bok.

- Ghhh!

- Och, zrobiłeś unik. Co powiesz na to?

Zanim Bastian odzyskał równowagę, w jego stronę został wyprowadzony kolejny atak, który na szczęście dał radę zablokować sztyletem. Nie poczuł przy tym, że w cokolwiek uderzył.

Oswald, wycofując swoje ostrze, powiedział:

- Chociaż to nowoczesny stop, ostrze jest cienkie i wolałbym uniknąć bezpośredniego starcia z elfim srebrem.

- Serio? Cholera... Jesteś szybszy ode mnie?

Najpierw Oswald uniknął kopnięcia, a następnie wyprowadził cios, przed którym Bastian nie dał rady się uchylić. Oczywiście na Belgarianina zapewne miały wpływ zmęczenie i odniesione rany, jednak bez cienia wątpliwości można było stwierdzić, że rycerz Margaret posiada doskonałe wyszkolenie.

- Muszę odnieść zwycięstwo dla dobrego imienia mej pani, nie mogę się hamować.

- Interesujące!

Bastian, nie chcąc przegrać w walce na szybkość, zrobił krok do przodu i wyprowadził zamach, jednak w tym samym momencie ostrze Oswalda znalazło się tuż przed jego twarzą, o włos mijając nos. Celem chłopaka była ręka jego oponenta, jednak ponieważ ten wycofał ją po wyprowadzonym ciosie, atak jedynie drasnął ramię wroga. Nie tracąc impetu, Bastian wyprowadził uderzenie lewą ręką, jednak i ono zostało zablokowane, tym razem przez lewą rękę przeciwnika.

W przeciwieństwie do prostych pchnięć Bastiana ruchy Oswalda wyglądały, jak gdyby zataczał koło, zupełnie jakby...

- Przewidujesz moje ruchy?!

- Chociaż wasza wysokość ma nadludzką szybkość i siłę pozwalającą kruszyć skały, porusza się jak całkowity amator.

- Co? Amator?!

Bastian wyprowadził kolejne cięcie i ponownie kopnął, jednak raz jeszcze jego ataki zostały sparowane.

- Ku...

Podobne uczucie miał jedynie podczas starć z dziadkiem Eddiego. Z jego punktu widzenia inni przeciwnicy poruszali się jak muchy w smole, więc nie musiał odczytywać ich posunięć. Dostosowywał swoje działania do ruchów ich mięśni oraz oczu, w ten sam sposób unikał wystrzelonych kul. Jednak aktualny przeciwnik Bastiana był wyjątkowo silny, nie robił zbędnych ruchów, przewyższał go szybkością, a w dodatku przewidywał każdy jego cios, czyniąc jego ataki kompletnie nieskutecznymi.

O nie, on jest naprawdę silny!

Wszystkie wcześniejsze walki były dla Bastiana dziecinną zabawą, teraz jednak Oswald prawie pokonał go ledwie kilkoma ciosami. Rany chłopaka otwierały się coraz bardziej, a ciało stawało się cięższe. Całe to starcie można porównać do wykorzystania najkrótszej drogi na swojej ulicy i obrania okrężnej trasy w nieznanym mieście. Biegł z pełną szybkością, jednak trafił na zbyt wiele ślepych zaułków i ostatecznie dotarł do celu o sekundę za późno.

Musiał jakoś odzyskać inicjatywę, jednak wszystkie jego ruchy były blokowane, a ciosy parowane, przez co z czasem jego sytuacja jedynie się pogarszała. Oswald potrafił odczytać każdy jego ruch, ale jak on to robił? To dlatego, że Bastian używał sztyletu o ograniczonych możliwościach ataku? Ale czemu były ograniczone? Oczywiście dlatego, że przeciwnik uderzy pierwszy dzięki większemu zasięgowi. Tylko co się stanie, jeśli trafi?

- Nie boję się ciebie!

- Cóż, pora to kończyć.

- Kukuku, pozwól, że pokażę ci moją prawdziwą siłę! Moc ciemności, drzemiącą w mym ostrzu!

- Więc zmierzę się z prawdziwą siłą księcia Bastiana czy mocą ciemności?

- Jednym i drugim!

Bastian przyjął pozycję do walki, wstrzymał oddech, a następnie ruszył z pełną szybkością.

- Hiaaaa!

- Głupota.

Zgodnie z oczekiwaniami Bastiana jego przeciwnik postanowił przyjąć natarcie i gdyby Belgarianin kontynuował atak, zostałby posiekany na drobne plasterki.

- I co z tego?!

Chłopak nie przerwał szarży.

Oswald wykorzystał okazję, żeby uniknąć natarcia, i sztylet minął go na bezpiecznej odległości, ale nie to było celem Bastiana. Dopiero po chwili do rycerza dotarło, co się dzieje.

- Co?

- Odetnę ci rękę!

Oswald zrobił krok w przód, zatapiając ostrze w ciele Bastiana, ten jednak w tym momencie wyprowadził cios Vite Espace Trois.

Most zalała fontanna krwi.

- Co powiesz na to?!

- Khhh, głupota...

Cięcie było zbyt płytkie, żeby odciąć Oswaldowi rękę, jednak wystarczyło, by wypuścił z niej miecz.

Bastian z kolei zyskał kolejną obficie krwawiącą ranę.

Teraz!

Z mieczem wciąż wbitym w brzuch wycofał się i chwycił Elise w pasie.

- Hiaa?! Bastianie?

- Uciekamy - wyszeptał jej do ucha.

Ruszył biegiem, a następnie zeskoczył z mostu.

- Hiaaaaaaa!

- Aaaaaaaa!

Ich krzyki rozniosły się echem w dolinie.

Zeskoczyli ze środka mostu, z dala od ścian twierdzy. Chwilę później rozległ się plusk, więc udało im się trafić do rzeki.

Oswald uśmiechnął się, dociskając ranę na ramieniu.

- Brawo, księciu Bastianie.

Podbiegli do niego żołnierze.

- Nic panu nie jest?

- Pułkowniku, jak rana?

- Jest pan cały?!

Chwilę później dołączył do nich medyk oraz księżniczka Margaret, która szła powolnym krokiem, więc dotarcie do Oswalda zajęło jej sporo czasu. Wyglądała na szczęśliwą.

- Nie wygrałeś, panie rybko.

- Jest mi niezmiernie żal, iż zawiodłem moją panią.

- To było niesamowite. Pozwolił ugodzić się w brzuch, żeby móc skoczyć do rzeki?

- W rzeczy samej. Zmieszały mnie jego słowa i dałem mu szansę.

- Oj, nie zamierzasz się tłumaczyć? Wiedziałeś już, co zamierza, ale i tak pozwoliłeś zranić się w rękę.

- Pozwól, iż wyjaśnię. Gdybym odsunął rękę, szybciej upuściłbym miecz na ziemię, co oznaczałoby moją porażkę.

W tym czasie medyk rozciął rękaw Oswalda i obmył wodą jego krwawiącą rękę.

- Pułkowniku, czy palce panu zdrętwiały?

- Cięcie nie było aż tak głębokie.

- Racja. Powinien pan dojść do siebie w kilka dni.

Margaret przyłożyła palec do rany rycerza.

- He?!

Nawet Oswald nie mógł zdusić takiego bodźca. Nagle zdrętwiał i musiał zagryźć zęby, żeby jakoś znieść ból.

Margaret radośnie obserwowała jego reakcję.

- Boli cię.

- Tak. Jednak szczęście spowodowane dotykiem pięknej księżniczki jest silniejsze niż ten ból.

- Jesteś naprawdę beznadziejny, panie rybo. Wszędzie dym i pył. Chcę wziąć kąpiel.

- W takim razie wracamy do stolicy?

Księżniczka obejrzała się w stronę płonącej fortecy i zaśmiała.

- Tak. To już mnie znudziło.

Po czym polizała zakrwawiony palec.


Wróć do Rozdział 3 Strona Główna Idź do Epilog