Zero no Tsukaima wersja polska Tom 2 Rozdział 1

From Baka-Tsuki
Jump to: navigation, search

Rozdział pierwszy: Sekretna łódka[edit]

Louise leżała na łóżku. Śniła, że jest z powrotem w domu rodzinnym (gdzie się urodziła), odległym o trzy dni jazdy od Tristainskiej Akademi.

Młodą Louise z jej snu spotykamy nieopodal domu.

-Louise, gdzie jesteś? Pokaż się migiem! - zawołała jej mama. W jej śnie, Louise została zganiona za jej słabe wyniki w nauce magii. Była stale porównywana z jej siostrami, które osiągały znacznie lepsze efekty niż ona.

Dziewczynka dostrzegła spod krzaków parę butów.

-Panienka Louise jest naprawdę kiepska w posługiwaniu się magią!

-Całkowicie się zgadzam. Czemu nie może być taka jak jej uzdolnione siostry?

Louise, słysząc to, przygryzła wargi... Poczuła się smutna i przybita. Służba zaczęła ją szukać wśród roślinności. Louise zrobiła wszystko co tylko mogła aby uciec. Wycofała się do miejsca nazywanego przez nią “Sekretnym Ogrodem” – nabrzeże centralnego jeziora.

Sekretny Ogród był jedynym miejscem gdzie Louise czuła się bezpiecznie. Było tam przyjemnie cicho, bez żywej duszy mogącej zmącić spokój. Kwiaty kwitły wszędzie a ptaki przysiadały na ławkach w pobliżu jeziora. A pośrodku jeziora znajdowała się wysepka z małym domkiem z białego marmuru.

Tuż przy wyspie była mała łódka pierwotnie używana do wypoczynku, obecnie porzucona i zapomniana. Jej starsze siostry wyrosły i były zajęte studiowaniem tajników magii. Jej ojciec, emerytowany żołnierz, spędza czas na spotkaniach z pobliską szlachtą. Jedyną pasją jej ojca były polowania. Natomiast jedyne co interesowało jej matkę to jak najlepiej wychować i wyuczyć jej córki, nie przejmowała się niczym innym.

Tak więc, poza Louise, nikt już nie zaglądał nad zapomniane jezioro, nie wspominając o małej łódce. Dlatego też zawsze gdy Louise została za coś zganiona, przychodziła w to miejsce.

We śnie Louise - a właściwie jej młodsza wersja - wskoczyła do łódki i skuliła się pod przygotowanym zawczasu kocem.

Gdy schowała się pod kocem, ze spowitej mgłą wyspy wyłonił się szlachcic odziany w pelerynę.

Szlachcic miał około szesnastu lat. We śnie Louise miała jedynie sześć lat, więc między nimi było całe dziesięć lat różnicy.

-Płakałaś, Louise? - Nie mogła dostrzec jego twarzy schowanej pod wielkim kapeluszem.

Ale Louise wiedziała dokładnie kogo miała przed sobą: to Viscount, szlachcic, który właśnie odziedziczył ziemie nieopodal jej posiadłości rodzinnej. Louise poczuła wewnętrzne ciepło i zmieszanie; Viscount był mężczyzną z jej snów. Zazwyczaj spędzali razem bankiety, co więcej, ich rodzice właśnie zaaranżowali ich zaręczyny.

-Czy to ty, Viscouncie?

Louise mimochodem zakryła twarz; nie chciała aby jej wyśniony mężczyzna widział jak płacze. Było to naprawdę krępujące.

-Zostałem na dzisiaj zaproszony przez twojego ojca w związku z zaręczynami.

Słysząc to, Louise poczuła się jeszcze bardziej zakłopotana, na tyle, że nie śmiała nawet podnieść głowy.

-Naprawdę? Ale to nie jest możliwe, Viscouncie.

-Louise, moja mała i krucha Louise, czyżbyś mnie nie lubiła? - powiedział żartobliwie.

Louise łagodnie potrząsnęła głową i powiedziała - Nie, to nie tak. Po prostu jestem jeszcze taka mała i wciąż niegotowa ...

Na twarzy u spodu kapelusza objawił się uśmiech i równocześnie w stronę Louise została wyciągnięta dłoń.

-Viscouncie...

-Panienko, proszę chwycić mnie za rękę. Szybko, bankiet zaraz się zacznie.

-Ale...

-Czyżbyś znowu została skrzyczana? Nie martw się. Porozmawiam z twoim ojcem. - powiedział Viscount.

Louise przytaknęła, wstając sięgnęła po rękę Viscounta. "Ale duża dłoń, czyż nie są to wymarzone ręce do trzymania?"

W momencie w którym miała chwycić dłoń Viscounta, nagły powiew wiatru strącił kapelusz z jego głowy.

-Eee?! - Louise spojrzała zdumiona na jego twarz. Ponieważ był to sen, Louise wróciła do jej normalnej szesnastoletniej siebie.

-Co... Co ty tu robisz?...

Osobą spod kapelusza nie był Viscount, ale jej towarzysz - Saito.

-Louise, chodź szybko.

-To bez znaczenia czy pójdę czy nie... Dlaczego tu jesteś?

-Nie bądź taka ograniczona umysłowo, czyż nie zakochałaś się we mnie? - odpowiedział Saito zuchwale ubrany w ubranie Viscounta.

Ktoś mógłby się zastanawiać skąd wziął tyle pewności siebie.

-Nie bądź głupi, miałam wtedy po prostu mętlik w głowie, lepiej przestań śnić!

-Przestań robić wymówki, moja Louise.

-Kto jest 'twoją Louise'?!

Saito udawał, że tego nie usłyszał, co więcej: podszedł do niej bliżej.

-Co próbujesz zrobić, idioto?!

Ignorując jej narzekania, Saito kontynuował, unosząc Louise z łodzi w ramiona.

-Dlaczego to jesteś ty? - zapytała we frustracji uderzając Saito. Ale chłopak wcale się nie zdenerwował, w zamian jego uśmiech się jedynie rozszerzył. Louise zaczerwieniła się z zakłopotania. Nie znała dokładnej przyczyny, ale czuła się dobrze w ramionach Saita. To tylko bardziej zaniepokoiło Louise.


* * *


Saito leżąc na swoim leżu powoli otworzył oczy. Bliźniacze księżyce akurat były w pełni i rozświetlały cały pokój. Louise, śpiąc w swoim łóżku, mamrotała przez sen jakby miała koszmar.

Saito miał nadzieję, że Louise się jeszcze nie obudzi. Wstał po cichu i powoli zbliżył się do śpiącej Louise.

Derflinger chciał coś powiedzieć do Saito, ale ten to w porę spostrzegł i przerwał mu - Ciii... - Saito przyłożył palec do ust odwracając się w stronę miecza.

-Nie chcesz abym coś powiedział? Dlaczego?

-Ciii... - Saito potrząsnął głową i ponownie przyłożył palec do ust patrząc na Derflingera wyraźnie zirytowany.

-Nie wybaczę ci ignorowania mnie. Na dodatek mój partner budzi się w środku nocy i nie chce mi podać żadnej przyczyny... Zaczynam być na ciebie zły!

Po powiedzeniu tego Derflinger zatrząsł się jakby był naprawdę wściekły. "Cóż za kłopotliwy miecz".

Obudzona kołataniem miecza, Louise obróciła się i otworzyła oczy.

Serce lekko podskoczyło u Saito.

Siadając Louise zaczęła besztać Saito.

-Nie bądź taki pewny siebie! Lepiej zabierz się za porządki, nie widzisz kurzu ogarniającego wszystko dookoła? Nie mów mi tylko, że już to zrobiłeś, ty tępy chowańcu, jesteś takim ignorantem!

Ciało Saito zamarło, jakby zostało na nie rzucone zaklęcie utwardzające.

Jednak po złajaniu Saita, Louise położyła się ponownie i zasnęła. Najwyraźniej mówiła jedynie przez sen. Nawet w snach Louise rozkazywała Saitowi. Saito jednocześnie odczuł ulgę i zdołowanie.

Derflinger, który przez cały czas przyglądał się Saitowi, westchnął.

-Mówi przez sen, huh? Ale nie brzmi to jak muzyka dla twoich uszu, Saito.

Chłopak wpatrywał się ze złością w Derflingera, który nieomal zniszczył jego plan, szybko podzszedł do niego i powiedział

-Lepiej siedź cicho, kretynie!

-Naprawdę przeginasz, nie wybaczę ci tego! Jeżeli mój partner chce abym był cicho, to z pewnością będę cicho! Ale nagle budzić się w środku nocy i to tak potajemnie. Na pewno spotka cię zasłużona kara nawet jeżeli w końcu podasz mi swoje powody...

Ciekawskość u Derflingera można porównać jedynie z tą u jego partnera. Wygląda na to, że chce poznać powód, dla którego Saito wstał w środku nocy, niezależnie od konsekwencji.

Saito westchnął, a następnie wskazał na śpiącą Louise.

-No i co z tą szlachecką córką?

-A jak sądzisz partnerze?

Saito ułożył ręce na kształt serca.

-Co to oznacza?

-To symbolizuje miłość.

-Ta dziewczyna cię lubi, partnerze?

-Tak.

-Skąd o tym wiesz?

Saito wstał i bezszelestnie zatańczył.

-Aaa... odnosisz się do balu?

-Widziałeś wyraz twarzy Louise podczas naszego tańca, prawda?

-Taa, widziałem.

-Jej twarz się tak zaczerwieniła... - Saito powiedział jakby oszołomiony.

-Taa, była niezwykle czerwona.

-Wyglądało na to, że chciała trzymać moje ręcę i już nigdy ich nie puścić.

-Jesteś pewny!?

-Derf, jesteś tylko kawałkiem metalu, wiec nigdy nie zrozumiesz serca dziewczyny. Jeżeli dziewczyna patrzy na chłopaka w ten sposób, oznacza to niewypowiedziane na głos wyznanie miłości. - powiedział Saito stukając w miecz.

-Prawda, jestem jedynie mieczem i nie rozumiem niektórych relacji międzyludzkich. Ale skoro tak twierdzisz, partnerze, musi to być prawda.

Saito przytaknął uradowany i powiedział: -Naprawdę jesteś wrażliwy, Derflinger!

-Więc, mój dobry partnerze, skoro jesteś pewny, że ciebie kocha, to czy postarasz się, aby została twoją dziewczyną?

-Tak! Jestem pewien, że mnie kocha i chciałbym aby była moją dziewczyną!

-To niebywałe. Jestem tu już jakiś czas i to pierwszy raz gdy słyszę aby towarzysz miał romans ze swoim mistrzem. Jesteś niesamowity!

-Ah... jakie wspaniałe uczucie. Powiedz coś jeszcze...

-Partnerze, jesteś fantastyczny!

Saito wstał i optymistycznie zapytał:

- Derf, kto jest najprzystojniejszym chłopakiem na tym świecie?

-Oczywiście ty, partnerze.

-Kto jest najwspanialszą osobą niewładającą magią?

-Oczywiście ty, partnerze.

Pochwały płynęły prosto do głowy Saito. Poczuł się jakby świat się do niego uśmiechał. Ktoś mógłby pomyśleć, że ma on problemy ze swoim IQ.

-Louise naprawdę ma szczęście, że się w niej zakochałem. Taki wspaniały i przystojny...

-Jeżeli ta rozwydrzona dziewczyna naprawdę cię lubi, to dlaczego nawet we śnie na ciebie krzyczy?...

Derflinger chciał kontynuować ale Saito mu przerwał.

-Ponieważ Louise jest niezwykle uparta. Nie okaże swoich uczuć tak łatwo.

-Jesteś pewny?

-Gdybym po prostu do niej podszedł i ją w prost o to zapytał, na pewno by odpowiedziała: 'O czym ty mówisz? Głupi chowańcu!'

-Skoro tak mówisz, czyżbyś rozgryzł jej wnętrze, partnerze?

-Naturalnie! Mimo, że wciąż zaprzecza, w rzeczywistości desperacko pragnie abym ją ‘zdobył’. Wprawdzie zdążyła się we mnie bez reszty zakochać, ale Louise jest bardzo zawzięta, przez jej dumę nie powie mi bezpośrednio, że do mnie coś czuje.

-Partnerze, musisz być geniuszem, skoro udało ci się to wywnioskować.

-Wiesz, muszę godnie reprezentować Ziemię i sprawić aby aby ta dziewczyna z Halkeginii była moja. Rozumiesz mnie, Derf? Więc mógłbyś wyświadczyć mi przysługę i nie odzywać się przez chwilę?

Derflinger ponownie się zatrząsł, ale tym razem miało to oznaczać zgodę.

-W takim razie pozostanę cicho.

Saito podziękował Derflingerowi i ponownie zbliżył się do Louise.

Dziewczyna nadal głęboko spała. "Nie ważne, z której strony nie spojrzeć na śpiącą Louise, nadal wygląda tak pięknie jak zazwyczaj." Saito wziął głęboki oddech; pokój był wypełniony słodkim zapachem.

"Blask księżyców oświetlał śpiącą Louise ."

Saito, trzęsąc się lekko, zdjął koc z Louise.

Blask księżyców oświetlał śpiącą Louise ubraną w koszulę nocną. Wydawać by się mogło, że mimo stroju dotykając ją wyczujemy jej gładką i jędrną skórę. Co prawda znikomo ale jej piersi również się ukazały. Na dodatek, Louise nie lubiła nosić bielizny podczas snu. Saito doskonale o tym wiedział - w końcu to on przygotowywał jej bieliznę każdego ranka.

Saito był tak poruszony, że łzy nieomal wypłynęły z jego oczu. "Od tej chwili ta drobna i śliczna dziewczyna nareszcie będzie moja" pomyślał. Oczekiwał tego momentu od tygodnia, a dokładniej od pamiętnego balu.

Zacierając ręce, Saito zbliżył się ponownie do śpiącej Louise i powiedział do siebie -Smacznego… - po czym wtulił się w nią.

-Ach, Louise, Twoja skóra jest na prawdę taka gładka i jędrna. Ha ha… Saito, ty głupku…

Saito nie wiedział dlaczego nazwał siebie głupkiem, ale czuł się coraz bardziej podniecony tą całą sytuacją.

Bez zastanowienia objął Louise i pocałował ją w policzek. Louise nie wyglądała jakby miała się zaraz obudzić; miała bardzo twardy sen.

-Louise, moja droga Louise, Twoja twarz; masz najśliczniejszą twarz na świecie...- Kontynuując, gdy właśnie miał unieść koszulę nocną Louise, nagle się zbudziła. Saito najpierw się przeraził, ale szybko przyszedł do siebie i przytulił mocno Louise.

-Co... Co ty wyprawiasz?!

Louise natychmiast pojęła co się działo i zaczęła szamotać się by uwolnić się z ramion Saita.

-Nie możesz po prostu się nie ruszać?

-Czemu... czemu... mnie obejmujesz?

-O czym Ty mówisz? Myślałem, że mnie lubisz!?- Saito przyglądał się Louise we frustracji; Louise poczuła się tak zdenerwowana, że zapomniała na chwilę o wyrywaniu się z uścisku.

-Co?...

Saito położył ręce na ramionach Louise i spytał -Czyż nie zakochałaś się we mnie?

-Co... co za brednie próbujesz mi wmówić?

-Wszystko w porządku Louise, rozumiem co czujesz. Jestem tym, który rozumie Cię najlepiej. Nie denerwuj się, po prostu się odpręż.

Saito zaczął powoli zbliżać usta do Louise; twarz Louise stawała się coraz bledsza.

"Ja, zakochana w tobie??"

Louise przypomniała sobie sen, z którego przed chwilą się obudziła. Saito zachowywał się dokładnie jak w tym śnie, przez co im więcej patrzyła na Saita, tym była bardziej na niego zła. Zarówno Saito z jej snu jak i Saito w rzeczywistości rozwścieczał ją i to bardzo. Można to nazwać białą furią.

Louise zaczęła dygotać ze złości, ale Saito nieopacznie wziął to za przejaw strachu przed czymś, czego wcześniej nie doznała.

-Nadal jesteś nerwowa.. to również mój pierwszy raz. Zrelaksuj się w czasie gdy będę się rozbierać...

Louise poczuła jak Saito złapał ją za talię...

Z prędkością ognistej salamandry łapiącej swoją ofiarę, Louise podniosła prawą nogę, uderzając tym samym Saita między nogi.

-Aaał!

Saito natychmiast poczuł jak jego kręgosłup przeszył rozdzierający ból od jego pachwiny aż do mózgu. Nie mogąc znieść bólu, zaczął się ślinić i bezwładnie stoczył się z łóżka Louise na podłogę. Louise powoli wstała i wzięła bicz, który zazwyczaj leżał przy jej łóżku.

Saito, widząc bicz, próbował uciec, ale Louise dzierżąc bicz zdążyła postawić stopę na głowie Saita.

-Możesz mi wyjaśnić, co chciałeś mi przed chwilą zrobić?!

Saito, powoli otrząsając się z bólu, z trudem powiedział -Nie jesteśmy właśnie jak kochankowie szepczący sobie do uszu słodkie słówka?

Louise silniej naciskając na głowę Saita odpowiedziała -To jedynie twoje pobożne życzenie...

-Czy to oznacza, że się pomyliłem…? Nie poczułaś czegoś do mnie?

-Kto tu do kogo coś poczuł?

-Nie lubisz mnie, Panienko Louise?

-Haha… Proszę, podaj mi przyczynę, dlaczego tak pomyślałeś, ale postaraj się to wyrazić jasno i klarownie, w przeciwnym wypadku nie mogę przewidzieć co się z tobą stanie…

-Więc, podczas balu patrzyłaś na mnie, twojego towarzysza, tymi usychającymi z miłości oczami.

Louise czerwieniąc się odpowiedziała -Więc to dlatego pomyślałeś, że się w tobie zakochałam i wspiąłeś się do mojego łóżka?

-Dokładnie, Panienko Louise. Czy twój pokorny towarzysz naprawdę się pomylił?

-Zdecydowanie się pomyliłeś, nigdy nie słyszałam, aby chowaniec miał czelność wspinać się do łóżka swojego pana.

-Wezmę to pod uwagę następnym razem.

Louise westchnęła i powiedziała do Saita jakby się nad nim litowała -Nie będzie następnego razu...

-Mistrzu, spójrz! Spójrz! Bliźniacze księżyce świecą dzisiaj tak pięknie!...- Saito powiedział w desperacji.

-W każdym razie, jest już poniewczasie…- Louise powiedziała głosem dygoczącym ze złości.

Przy świetle księżyców, krzyki Saita z bólu były słyszane z odległości wielu kilometrów…


* * *


W trakcie gdy Saito był bity na kwaśne jabłko, daleko od akademii Fouquet gapiła się bezczynnie na sufit Więzienia Genueńskiego. Była magiem klasy trójkąta, zatrzymaną przez Saita i resztę dwa dni temu za kradzież “Berła Zniszczenia”. Ponieważ była znana ze zrabowania wielu cennych rzeczy od niewyobrażalnej ilości szlachciców, została umieszczona Więzieniu Genueńskim, najlepiej strzeżonym więzieniu w mieście Tristan.

Termin rozprawy sądowej został wyznaczony na nadchodzący tydzień. Jako, że zhańbiła szlacheckie imię na taką skalę, najprawdopodobniejszym wyrokiem był wyrok śmierci lub (w najlepszym wypadku) wygnanie. W obu wypadkach, nie mogłaby już dłużej być w Tristanii.

Na początku myślała o ucieczce, ale później porzuciła tę myśl.

W jej celi nie było nic poza tandetnym łóżkiem i drewnianym stolikiem. Nawet sztućce były z drewna. Sprawy wyglądałyby inaczej gdyby znalazła cokolwiek metalowego… Chociażby łyżkę.

Mimo tego nadal chciała znaleźć sposób aby przy użyciu alchemii zmienić mury więzienia lub kraty w ziemię, ale bez jej różdżki (która została skonfiskowana) lub jakiegoś substytutu, nie było to możliwe. Magowie są naprawdę bezsilni bez ich różdżek. Co więcej, na mury jak i kraty więzienne zostały rzucone specjalne zaklęcia odporności na magię, więc nawet wykorzystując alchemię nie byłaby w stanie uciec.

-To podłe z ich strony aby zamykać w tak obskurnym miejscu taką skromną szlachciankę jak ja.- zrzędziła Fouquet. Wtedy pomyślała o młodzieży, która ją zatrzymała "Ten chłopak jest całkiem silny... Nie mogę uwierzyć, że jest zwykłym człowiekiem. Kim właściwie jest ten chłopak? Chociaż.. Mnie już to nie dotyczy..." Pomyślała.

-No... Czas spać...- Fouquet położyła się i zamknęła oczy. Jednak po chwili znowu je otworzyła.

Fouquet usłyszała jak ktoś schodził do lochów, w których się znajdowała. Usłyszała również dźwięk typowy dla butów z ostrogami. Zrozumiała, że nie pochodzi on od nadzorcy, skoro strażnicy nie noszą ostróg. Fouquet natychmiast usiadła.

Przed jej celą pojawiła się osoba w czarnej pelerynie, jej twarzy nie można było dostrzec, ponieważ przykrywała ją biała maska. Ale długa różdżka wystawała spod peleryny, był to niewątpliwie mag.

Fouquet powiedziała dosyć pogardliwie -Jestem zaskoczona tymi odwiedzinami w środku nocy!

Osoba w białej masce nie odpowiedział, w zamian spojrzał na Fouquet chłodnym wzrokiem.

Fouquet instynktownie wiedziała, że ten przybysz został wynajęty, aby ją zabić. Część szlachciców, których okradła, musiała uważać, że proces w sądzie to tylko strata czasu i pewnie wynajęli zabójcę aby przyspieszyć przebieg wydarzeń. Niektóre spośród rzeczy jej ofiar, pochodziły z kradzieży, więc prawdopodobnie aby prawda nie wyszła jaw, postanowiono ją uciszyć.

-Jak zresztą sam widzisz, to miejsce nie nadaje się zbytnio na przyjmowanie gości. Chociaż pewnie nie jesteś tu na filiżankę herbaty, mam rację?- powiedziała Fouquet.

Dodała w duchu: "Mimo, że nie mam różdżki, nie poddam się bez walki. Znam się nie tylko na magii; Jestem też dosyć dobra w bezpośredniej walce. Dopóki pozostanie za kratami i będzie chciał użyć magii z zewnątrz, jestem bezsilna. Muszę go więc zwabić jakoś do celi."

Wtedy mężczyzna w pelerynie powiedział -To ty jesteś Fouquet Krusząca Ziemię?

Jego głos był donośny i młodzieńczy.

-Nie jestem pewna, kto dał mi to przezwisko, ale tak, jestem Fouquet Krusząca Ziemię.

Przybysz uniósł lekko ręce na znak, że nie ma złych zamiarów.

-Chciałbym ci coś powiedzieć.

-Co to ma być?- Fouquet odpowiedziała zdziwionym tonem. -Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że chcesz przemawiać w mojej obronie. Co za dziwak.

-Chętnie się za tobą wstawię, droga Matyldo z Południowej Gothy.

Twarz Fouquet pobladła. "To imię, o którym niemal zapomniałam, a właściwie zostałam zmuszona aby o nim zapomnieć. Nie powinno być na tym świecie osoby znającej to imię…"

-Kim ty właściwie jesteś?

Mężczyzna odpowiedział pytaniem na pytanie -Matyldo, czy chciałabyś powtórnie służyć Albionowi?

Fouquet tracąc do reszty panowanie nad sobą odpowiedziała -To niemożliwe! Nigdy nie będę sprzyjać komuś, kto zabił mojego ojca i zajął mój dom!

-Nie zrozum mnie źle, nikt nie proponuje ci służby dla albiońskiej rodziny królewskiej. Niedługo zostaną obaleni.

-Co masz przez to na myśli?

-W kraju ma miejsce rewolucja. Zamierzamy obalić bezsilną rodzinę królewską i zastąpić ich takimi zdolnymi szlachcicami jak my.

-Ale czy nie należysz do Tristańskiej szlachty? Co w ogóle obchodzi cię rewolucja w Albionie?

-Jesteśmy stowarzyszeniem szlachty bez kraju martwiących się o przyszłość Halkeginii. Chcemy zjednoczyć Halkeginię i odzyskać Ziemię Świętą, na której założyciel Brimir postawił już swoją stopę.

Fouquet powiedziała nie ukrywając ironii -Nie pleć bzdur. Skoro tak się sprawy mają, po co to twoje stowarzyszenie mnie potrzebuje? Jestem jedynie więźniem.

-Teraz potrzebujemy utalentowanych magów bardziej niż kiedykolwiek; czy nam pomożesz, Fouquet Krusząca Ziemię?

Fouquet machnęła ręką i odpowiedziała -Proszę, przestań bujać w obłokach…

Nie usłyszawszy odpowiedzi kontynuowała -Chcecie zjednoczyć Halkeginia? Królestwa Tristanii, Germanii, Albionu, and Galii, oraz mnogość małych królestw, które nieustannie toczą ze sobą wojny, połączenie ich jest marzeniem ściętej głowy. No i jeszcze odzyskanie ziemi świętej, jak zamierzacie walczyć z tymi wszystkimi potężnymi elfami?

Ziemia święta była w posiadaniu elfów żyjących na południu Halkeginii od setek lat. Odkąd tam się osiedliły, ludzie przeprowadzali niezliczone krucjaty w celu odzyskania ziemi świętej, ale za każdym razem ponosili sromotną klęskę.

Elfy, wyróżniające się wyraźnie odstającymi uszami i niezwykłą kulturą, przewyższają ludzi zarówno długością życia jak i biegłością w zaawansowanej magii. Wszystko to czyni z elfów niezwykle skutecznych wojowników. Wydawało się niemożliwe, aby człowiek mógł pokonać elfa.

-Nie darzę miłością szlachty i nie mam żadnego interesu w zjednaczaniu Halkeginii. Odzyskiwanie ziemi świętej... Jak dla mnie elfy mogą zostać tam gdzie są, byle z dala ode mnie!

Mężczyzna w czarnej pelerynie wziął swoją różdżkę i odpowiedział -Dam ci wybór, Fouquet Krusząca Ziemię.

-Nie zaszkodzi jej wysłuchać.

-Przyłączysz się do nas, albo...

Fouquet dokończyła zdanie za niego -Albo zaraz zginę? Mam rację?

-Dokładnie. Skoro znasz już nasz sekret, nie mogę sobie pozwolić na zostawienie cię przy życiu.

-Wy, szlachcice, jesteście naprawdę bandą zarozumialców. Nigdy nie zważacie na uczucia innych- Fouquet powiedziała lekko chichocząc -Zgrabnie to ujmując: zapraszacie mnie, abym się do was przyłączyła, ale w rzeczywistości nie mam żadnego wyboru, prawda?

Przybysz odpowiedział również chichocząc -Dokładnie.

-Pozwól mi więc zostać częścią waszej organizacji. Nie lubię, gdy ktoś nie umie porządnie wydawać rozkazów.

-Więc w drogę.

-Jak w ogóle nazywa się ta wasza organizacja?

-Naprawdę chcesz się do nas przyłączyć, czy tylko się ze mną przekomarzasz?

-Po prostu chcę wiedzieć dla kogo od teraz będę pracowała.

Mężczyzna wyjął z kieszeni klucz i otwierając drzwi celi Fouquet odpowiedział -Rekonkwistadorzy.

Przekład[edit]

Tłumaczył: Amenhoreptus


Cofnij do Rozdziału 8 z Tomu 1 - Berło zniszczenia Powrót do strony głównej Naprzód do Rozdziału 2 z Tomu 2 - Smutek Jej Królewskiej Mości