Zero no Tsukaima wersja polska Tom 1 Rozdział 5

From Baka-Tsuki
Jump to: navigation, search

Rozdział 5: Ognista Kirche[edit]

Noc po tym, jak Saito dokumentnie zawstydził Louise w sali zajęciowej swoim mówieniem przez sen, Louise bezceremonialnie wyrzuciła jego kupkę siana na korytarz.

- Co ty wyrabiasz?

- Byłby kłopot gdybym znowu wślizgnęła ci się do łóżka, prawda?

Wyglądało na to, że wciąż była zła o to, co zaszło w klasie. – Ale poza pokojem jest dość zimno przez przeciągi.

- No cóż, z pewnością pojawię się i ogrzeję cię w twoim śnie. - odpowiedziała Louise, unosząc swoje kształtne brwi. Co za zawzięta dziewczyna. Była zdecydowana zmusić Saita do spania na korytarzu bez względu na nic.

Zabrał swój koc i wyszedł na korytarz. W chwili gdy opuścił pokój, drzwi zamknęły się z głośnym trzaskiem. Wiatr zawiał przez otwarte okno, przyprawiając Saita o dreszcz.

Narzekając na ziąb, Saito obwinął się kocem i położył na sianie. Chłód kamiennej podłogi sączył się do jego ciała. „Grzejników też nie ma. Zamarzam.”

„Karze mnie tylko przez sen!” Saito kopnął w drzwi Louise. Rzecz jasna, nie było odpowiedzi.

Saito zaczął obmyślać plan zemsty. „Nadcinanie majteczek tym razem nie wystarczy.” Kiedy leżał drżąc w kocu i zastanawiał się jak mógłby się odegrać na dziewczynie...

Drzwi do pokoju Kirche otworzyły się.

Wypełzła zza nich jej salamandra, Płomyczek, z płonącym ogonem wydzielającym lekko ciepło. Dwójka patrzyła na siebie nawzajem. Salamandra przysunęła się bliżej do Saita, który bezwiednie zaczął się oddalać.

- C-co ty robisz?

- Kyurukyuru. – mruknęła kojąco. Wyglądała niegroźnie zanim nie zacisnęła paszczy na rękawie Saita, potrząsając głową jak gdyby chcąc by za nią poszedł.

- Hej, puszczaj! Podpalisz mój koc! – powiedział Saito do natarczywego Płomyczka, który tylko pociągnął mocniej.

Pokój Kirche był otwarty. „Próbuje zaciągnąć mnie do środka?” Robił dokładnie to. „Nie sądzę żeby Płomyczek ciągnął mnie dla zabawy. Co Kirche może ode mnie chcieć?” Saito usilnie myślał nad powodem. „Może chce mnie tylko zganić za kłótnię z Louise.” Zupełnie niczym w transie, Saito wszedł do pokoju Kirche.


* * *


Wewnątrz panowały egipskie ciemności, nie licząc delikatnego blasku Płomyczka. Głos Kirche rozkazał z ciemności - Zamknij drzwi. - Saito posłuchał.

- Witaj w moim pokoju.

- Trochę tu ciemno.

Usłyszał jak Kirche strzeliła palcami. Zaczynając od stojącej najbliżej niego, lampy zaświecały się jedna po drugiej idąc w kierunku Kirche, niczym światła na ulicy.

Zanurzona w delikatnej poświacie, Kirche usiadła na swym łóżku z niepewnym wyrazem twarzy. Miała na sobie atrakcyjną bieliznę, czy raczej nic poza nią. Jedno było pewne: podtrzymywane tylko przez seksowny biustonosz, jej piersi były wielkości melonów.

- Nie stój tak. Chodź do mnie. - Kirche zagruchała swoim najbardziej zniewalającym głosem.

Saito poszedł chwiejnym niczym we śnie krokiem do Kirche.

- Usiądź.

Saito usiadł obok niej tak, jak mu kazała. Jego umysł był wypełniony niemalże nagim ciałem Kirche.

- O-o co chodzi? - Saito zapytał nerwowo. Kirche patrzyła tylko na niego, kołysząc swymi płomieniście rudymi włosami. Przy słabym świetle lamp brązowa skóra Kirche wyglądała szalenie erotycznie, jak gdyby starając się pochwycić Saita na swoje rozkazy.

Kirche westchnęła długo i potrząsnęła z obawą głową.

- Pewnie uważasz mnie za podłą, nikczemną kobietę.

- Kirche?

- To oczywiste że tak myślisz. Rozumiesz? Moje runiczne imię to ‘Ognista’.

- Wiem o tym.

„Jej dekolt w tym staniku jest taki seksowny...”

- Moje pożądanie rozpala się równie łatwo co siano... dlatego tak nagle wezwałam tu ciebie. Rozumiesz to? Czy nie jest to złe z mojej strony?

- To rzeczywiście bardzo złe. – Saito odpowiedział niepewnie. Żadna dziewczyna z zagranicy nigdy nie rozmawiała z nim tak otwarcie, więc był dość zdenerwowany.

- Ale... jestem pewna, że mi wybaczysz.

Kirche spojrzała na Saita wilgotnym wzrokiem. Każdy mężczyzna widząc to dałby się ponieść najpierwotniejszym instynktom.

- C-co wybaczę?

Kirche chwyciła nagle dłoń Saita, otoczyła ją swymi ciepłymi dłońmi, po czym zaczęła powoli gładzić jego palce, przyprawiając go o dreszcze na grzbiecie.

- Kochanie ciebie, najdroższy. Moje uczucie do ciebie jest takie nagłe.

- Tak, rzeczywiście nagłe! – Saito miał mętlik w głowie. „Musi sobie żartować.” Mimo tego, co pomyślał, twarz Kirche wyglądała poważnie.

- Dostojeństwo, z jakim pokonałeś Guiche, jest... po prostu... super... jak u bohatera z legend. Ja... w tamtej chwili zakochałam się w tobie. Możesz w to uwierzyć? Samo to przyciągnęło mnie do ciebie! Pasja! Och, to miłość pełna pasji!

- Pa-pasji, co? Uh...

- Moje runiczne imię, ‘Ognista’, też jest pełne pasji. Od tamtego dnia piszę miłosne piosenki! Miłosne piosenki! Tylko dla ciebie... Saito. Pojawiasz się w moich snach każdej nocy, więc poprosiłam Płomyczka żeby sprawdził jak się miewasz... och, jestem taka zawstydzona. Ty też tak uważasz, prawda? Ale to wszystko ze względu na ciebie!

Saito po prostu sobie siedział, nie wiedząc co powiedzieć.

Kirche uznała jego milczenie za przyzwolenie, i powoli, z zamkniętymi oczyma, zbliżyła swe usta do Saita. „Jest taka seksowna. To znaczy... Louise też jest atrakcyjna. Ale jeżeli chodzi o seksapil, to nie może się równać z Kirche. Chociaż Louise jest naprawdę słodka, to w tej kwestii wiele jej brakuje.”

„Kirche uznała jego milczenie za przyzwolenie, i powoli, z zamkniętymi oczyma, zbliżyła swe usta do Saita.”

Mimo tego Saito odepchnął ramiona Kirche. Miał poczucie, że coś złego stanie się jeśli tego nie zrobi.

Kirche spojrzała na Saita z zaskoczeniem, jak gdyby pytając ‘Dlaczego?’. Saito odwrócił wzrok od jej ciała.

- Cóż... z tego, co zrozumiałem...

- Hmm?

- Ty... zbyt łatwo się zakochujesz. – wyjąkał Saito, trafiając z czuły punkt Kirche. Jej twarz natychmiast oblała się czerwienią.

- Tak... sądzę, że jest we mnie więcej... pasji niż w innych. Nic na to nie poradzę. Miłość jest niespodziewana i rozpala mnie tak szybko...

W tym momencie przerwał jej głos zza okna.

Do środka zaglądał wzburzony przystojniak.

- Kirche... Przyszedłem się upewnić, bo nie pojawiłaś o ustalonej porze...

- Berisson! Spotkamy się więc dwie godziny później!

- To nie to, na co się zgodziliśmy! – Byli na trzecim piętrze. „Wygląda na to, że ten Berisson unosi się w powietrzu za sprawą jakiegoś zaklęcia.”

Kirche nonszalancko wyjęła spomiędzy swych piersi różdżkę i machnęła nawet nie patrząc na niego. Płomień wystrzelił z pobliskiej lampy i niczym wąż skoczył na dżentelmena.

- Co za denerwująca sowa.

Saito przyglądał się temu w szoku.

- Eh... nie słyszałeś tego, prawda?

- Uh... kto to był?

- Tylko znajomy. W każdym razie... teraz, moją najgłębszą, najgorętszą miłością jesteś ty, Saito...

Kirche ponownie zbliżyła swe usta do niego. Saito, czując ogarniającą go nieodpartą pokusę, nie poruszył się.

Wtedy to ponownie im przeszkodzono.

Bystro wyglądający mężczyzna zaglądał do pokoju ze smutkiem.

- Kirche! Co to za gość? A co z naszą gorącą nocą?

- Styx! A może tak za cztery godziny?

- Kto to jest, Kirche?

Styx denerwował się i kiedy już miał wejść do pokoju, Kirche ponownie machnęła różdżką. Ogień ponownie wystrzelił z lampy, uderzył chłopaka i posłał go na ziemię.

- ......Jak rozumiem to też był tylko znajomy?

- Nie tyle ‘znajomy’, co ktoś, o kim tylko słyszałam. Cóż, nie chcę marnować naszego czasu. Ktokolwiek powiedział ‘noc długą jest’, nie wiedział jak szybko wstaje słońce.

Kirche znów zbliżyła się do Saita. I ponownie zza okna rozległ się głos. Zniecierpliwiony Saito odwrócił się.

Troje ludzi zaglądało do środka i powiedziało jednocześnie to samo.

- Kirche! Kto to do cholery jest?! Mówiłaś, że nie masz żadnych kochanków!

- Manican! Ajax! Gimli!

„Łau... pojawiło się pięć różnych osób.” - Saito był pod wrażeniem.

- Więc... za sześć godzin. - Kirche rzuciła z irytacją.

- To już ranek!!! – trójka powiedziała razem.

- Płomyczku. - Kirche spokojnie zawołała salamandrę, która spała w rogu. Płomyczek zionął ogniem w kierunku trójki przy oknie, posyłając ich na ziemię.

- A to są...?

- Oni? Nawet ich nie znam. Ale, co najważniejsze, kocham ciebie!

Kirche złapała dłońmi twarz Saita i dotknęła jego ust.

- N...nhhhh...

Saito wpadł w panikę. Pocałunek Kirche nie był nieprzyjemny, lecz pełny uczuć. Saito nie sprzeciwił się gdy przycisnęła go do łóżka.

Wtedy to...

Tym razem były to drzwi. Ktoś otworzył je kopnięciem.

Saito myślał, że to kolejny chłopak. Był w śmiertelnym błędzie. Mając na sobie cienką piżamę, Louise przyglądała się im dwojgu stojąc w progu.

Kirche zerknęła na Louise nie odrywając ust od Saita.

Louise ruszyła ku Saitu i Kirche, przewracając po drodze kilka lamp. Dłonie Louise ruszały się szybciej niż jej usta. Zadziwiające jest to, że jej nogi poruszały się szybciej niż jej dłonie.

- KIRCHE! - Louise ryknęła w kierunku Kirche. Kirche zachowała się, jak gdyby dopiero zdała sobie sprawę z jej obecności, i zsunęła się z Saita machając ze wzburzeniem dłonią.

- Nie widzisz, że jesteśmy tutaj dość zajęci, Vallière?

- Zerbst! Czyjego chowańca ty dotykasz?

Saito był w rozterce. Brązowe oczy Louise błyszczały od dzikiego gniewu.

Kirche uniosła dłonie ponad głowę. Stojąc między tymi dwoma, Saito mógł tylko panikować. Wyglądało na to, że pozwolenie Kirche na pocałowanie go niesamowicie rozgniewało Louise.

- Miłość i ogień są przeznaczeniem rodziny Zerbst. Płonie ono w naszych ciałach. Naszym życiowym celem jest przyjęcie tego żywiołu. Powinnaś o tym wiedzieć. - Kirche wzruszyła ramionami, kiedy Louise trzęsła się w gniewie.

- Chodź tutaj, Saito. - Louise gapiła się na swojego towarzysza.

- Och? Louise... z pewnością jest on twoim towarzyszem, ale ma też swoją własną wolę, nie sądzisz? Uszanuj proszę jego wybór. - Kirche powiedziała na boku.

- O-ona ma rację! To, z kim się zadaję, to moja sprawa! - dodał Saito.

Louise podniosła głos. - Ty... do jutra oberwiesz magią od co najmniej dziesięciu szlachciców! Nie przeszkadza ci to?!

- Och, to żaden problem. Nie widziałaś jaki dobry był na Dziedzińcu Vestri?

Louise machnęła prawą dłonią. - Hmph... może i dobrze sobie radzi z mieczem, ale to nie pomoże mu kiedy zaatakują go kule ognia z tyłu i wietrzne wiry z przodu.

- To nie problem! Ochronię go! - Kirche spojrzała z uczuciem na Saita.

Ze względu na słowa Louise Saito zaczął się zastanawiać.

„Jeśli ci goście którzy odwiedzili nas przez okno dowiedzą się o mnie, to mogą mnie zaatakować. Kirche nie będzie mogła mnie pilnować przez cały czas, nawet jeżeli sama tak twierdzi. Poza tym Kirche często zmienia zdanie. Chronienie mnie szybko jej się znudzi.”

Po spokojnym przemyśleniu wszystkiego Saito wstał z niechęcią.

- Aww...wychodzisz tak szybko? - Kirche zerknęła ze smutkiem na Saita, z włosami rozpuszczonymi na plecach i błyszczącymi oczyma wypełnionymi łzami zawodu. „Kirche to niesamowita piękność... gdyby taka dziewczyna była ze mną, może byłoby warto obrywać magią z lewa i prawa?” - Saito myślał dziko.

- To jej zwyczajna taktyka! Nie daj jej się zwieść. - Louise złapała dłoń Saita i wyszła.


* * *


Z powrotem w swoim pokoju, zamknęła bez słowa drzwi i zwróciła się ku Saitu. Zagryzając wargę, posłała mu mordercze spojrzenie.

- Niczym bezpański pies w rui... – jej głoś drżał. Dłonie Louise ruszały się szybciej niż jej usta, a jej stopy ruszały się szybciej niż jej dłonie. Zanosiło się na to, że jej głos zacznie drżeć jeszcze bardziej. Gniew wypełnił jej twarz.

- C-co znowu?

- Uważałam cię niemalże za osobę. Widocznie byłam w błędzie.

- Żartujesz sobie, prawda? - „Jasne. Uważała mnie za osobę? Co bym o tym nie myślał, to i tak wygląda to na kłamstwo.”

- A ty poszedłeś merdać ogonem do tej wiedźmy Zerbst... - Louise sięgnęła po coś do szuflady w biurku. Po bat.

- Uhh...P-panienko... - Saito zaczął się jąkać.

- Psy należy traktować jak psy. Byłam dla ciebie zbyt delikatna.

- Ale dlaczego bat? - Saito patrzył na bat w dłoni Louise. Był solidnie zrobiony.

- Nie będę marnować na ciebie końskiego bicza. Jesteś tylko psem.

- Psem, huh?

Louise zaczęła chłostę.

- Au! To boli! Przestań, ty wariatko!

- Co? W czym ona jest lepsza? Co w niej takiego dobrego? - Louise krzyczała i chłostała.

Saito spostrzegł okazję i złapał Louise za ręce. Opierała się, ale siła dziewczyny była niewystarczająca. Saito trzymał ją za nadgarstki póki nie przestała.

- Ahh! Puszczaj ty głupku!

- Czy ty... - Saito spojrzał na Louise. Brązowe oczy odpowiedziały spojrzeniem. Z bliska takiej twarzy nie można się oprzeć.

„Urocza. Kirche to piękność, całkiem seksowna. Ale Louise jest jak czyste płótno. Bez żadnej drobinki kurzu...czyste płótno. Tylko że jej charakter jest trochę...” Nie ważne jak Saito by to ujął, i tak wolał Louise. Serce zaczęło mu bić szybciej. „Jest zazdrosna? Może się we mnie podkochuje?” Takie myślenie czyniło Louise w oczach Saita jeszcze piękniejszą. Biorąc wszystko pod uwagę, Saito w romansowaniu jest równie kiepski co Kirche.

- Jesteś zazdrosna? Lubisz mnie? - spytał Saito. – Byłaś zła ponieważ nie chciałem spać z tobą i zachowywałem się tak względem Kirche? Och, nie zauważyłem. Przepraszam. – Pochylił głowę i uniósł podbródek Louise.

- Myślę, że ty też nie jesteś zła. Wiesz, kiedy pomogłaś mnie opatrzyć byłaś naprawdę...

Ramiona Louise zadrżały.

- ...jako mężczyzna muszę przejąć inicjatywę. Dzisiaj będę spać na twoim łóżku więc nie będziesz musiała przychodzić do mojego.”

Prawa stopa Louise ruszyła niczym pocisk i trafiła Saita między nogi.

- ......ahhh....ohhh....... - Saito upadł na kolana, zalewając się zimnym potem. „Och... to bolało. Chyba umrę. To NAPRAWDĘ bolało.”

- Lubię? Ja… ciebie… co? - Louise z gniewem nadepnęła mu na głowę.

- Czy...czyżbym się pomylił?

- Oczywiście! – nie przestawała deptać.

- W-w porządku! Pomyliłem się!

Wciąż dysząc ciężko, Louise usiadła na krześle i skrzyżowała nogi. Po zawziętym torturowaniu przez dłuższą chwilę Saita, jej nastrój odrobinę się poprawił.

- Jasne... możesz się umawiać z kim tylko chcesz. Ale pod żadnym pozorem nie wolno ci spotykać się z tą kobietą.

- D-dlaczego? - Saito podskakiwał dookoła starając się zmniejszyć ból.

- Po pierwsze, Kirche nie jest Tristainką; jest szlachcianką z sąsiedniej Germanii. Samo to czyni umawianie się z nią nieakceptowalnym. Nie znoszę German.

- Skąd mogłem o tym wiedzieć?

- My dom, Vallière, ma posiadłości na graniczy z Germanią, więc pierwsi stajemy do walki przeciw Germanom w wypadku wojny. Co gorsze, naprzeciwko nas po drugiej stronie granicy znajdują się rodzinne tereny Kirche. - Louise zacisnęła mocno zęby. - Tak więc rodzina Zerbst jest naszym zaprzysiężonym wrogiem.

- A nazywają siebie rodziną pełną pasji.

- Niską, niewartą uwagi rodziną. Prapradziadek Kirche ukradł ukochaną mojego prapradziadka! To było ponad 200 lat temu.

- To spory kawał czasu.

- Co więcej, Zerbst nieprzerwanie oczerniają Vallière. Narzeczona mojego prapradziadka została porwana z tego powodu.

- Huh?

- Mojego prapradziadka! Ot tak sobie stracił żonę.

- Dobra, nieważne... czyli w sumie chodzi o to, że twoja rodzina straciła kochaną osobę na rzecz rodziny Kirche?

- To nie wszystko. Straciliśmy rachubę ilu to członków rodziny zginęło podczas wojen.

- Jestem tylko zwykłym małym chowańcem... nie jestem wart bycia ukradniętym.

- Nie. Nie pozwolę Kirche odebrać zwykłego ptaka. W takim wypadku okryłabym wstydem swych przodków. – Mówiąc to, Louise nalała sobie szklankę wody i wypiła ją za jednym razem. – Dlatego nie zgodzę się na Kirche.

- Twoi przodkowie nie mają ze mną nic wspólnego.

- A właśnie że mają! Jesteś moim towarzyszem, prawda? Tak długo jak karmi cię rodzina Vallière, masz słuchać moich rozkazów.

- Towarzysz to, towarzysz tamto - Saito patrzył na Louise z niezadowoleniem.

- Masz z tym jakiś problem?

- Nie, ponieważ jeśli nie będę ciebie słuchać to nie przeżyję, tak więc będę musiał się z tym pogodzić... - Saito zacisnął usta i usiadł z łoskotem na podłodze.

- I myślę, że powinieneś mi podziękować.

- Podziękować za co?

- Jeżeli wyda się, że prostak jest kochankiem Kirche, myślisz że zdołasz przetrwać?

Saito pomyślał o mężczyznach, których Kirche przegoniła niczym muchy... „Gdybym to był ja… jak bym się czuł?” Saito przypomniał sobie również o swej walce z Guiche i dreszcz przebiegł mu po plecach.

- ...Louise.

- Co?

- Daj mi miecz. Miecz. - Saito chciał bronić siebie.

- Nie masz jakiegoś?

- Skąd miałbym mieć? Ten z tamtego razu należał do Guiche.

Louise skrzyżowała ramiona. – Jesteś szermierzem?

- Nie... nigdy wcześniej nie trzymałem żadnego.

- W tamtej walce wyglądałeś na utalentowanego.

- Mimo tego...

- Hmm... - Louise zamyśliła się głęboko.

- Co?

- Słyszałam, że towarzysze otrzymują specjalne moce przy zawieraniu kontraktu.

- Specjalne moce?

- Taa... kiedy czarny kot zostaje towarzyszem... - Louise uniosła w górę palec i wytłumaczyła.

- Uh-huh...

- Otrzymuje zdolność rozmowy z ludźmi.

- Ale ja nie jestem kotem.

-Wiem. Rzecz w tym... to niespotykane aby człowiek został chowańcem, więc nie jest niemożliwym abyś mógł podnieść miecz i używać go z talentem.

- Huh... „Nie użyłem go tylko z talentem. Moje ciało było szybkie i lekkie niczym pióro. Ponadto, statuy Guiche były wykonane z brązu. Nie można przeciąć metalu tak łatwo, nie ważne jak zdolnym jest się szermierzem.”

- Jeżeli to takie niesamowite, to powinniśmy spytać Akademii Tristainu.

- Akademii?

- Tak. To agencja badań magicznych dworu królewskiego.

- Co by mi robili w tych badaniach?

- Ach... wiele różnych eksperymentów. Na przykład... autopsję.

- Żartujesz sobie. - Saito wstał. „Eksperymenty na ludziach? Nie, dziękuję!”

- Jeżeli tak ci to nie odpowiada, to przestań mówić o ‘używaniu miecza od razu niczym mistrz’ bez powodu.

- Rozumiem. Nie mówmy o tym. - Saito przytaknął w strachu.

- Ach... Teraz rozumiem... - Louise pokiwała głową ze zrozumieniem.

- Co rozumiesz?

- Kupię ci miecz.

- Oh? „A to niespodzianka. Louise zawsze jest taka skąpa.”

- Nigdy za wiele ostrożności, jeżeli Kirche ma na ciebie chrapkę. Sami to na siebie sprowadziliśmy, więc będziemy musieli się tym zająć. - Louise powiedziała bez przekonania.

- To rzadkość...

- Co? - Louise patrzyła na Saita.

- Myślałem że straszny z ciebie dusigrosz. Żałujesz mi nawet jedzenia.

- Nie mogę przyzwyczajać chowańca do luksusów. Nabawi się złych zwyczajów. Jeżeli naprawdę jest to potrzebne, to go kupię. Nie jestem osobą skąpą. - Louise powiedziała z dumą.

- Huh?!

- Teraz, gdy już rozumiesz, idź spać. Jutro jest Dzień Otchłani, więc zabiorę cię na zakupy.

„Oh... więc ten świat też ma niedzielę.” Saito pomyślał idąc w stronę korytarza.

- Dokąd się wybierasz?

- Dokąd? Na korytarz.

- W porządku. Możesz spać w moim pokoju. Będą problemy jeżeli Kirche znowu cię złapie.

Saito spojrzał na Louise. – Ty naprawdę mnie...

Louise już miała ponownie złapać za bat, ale Saito przerwał, rzucił się na swoje posłanie i obwinął kocem. Spojrzał na inskrypcje na swej lewej dłoni.

„Zaświecając się, to coś pomogło mi pokonać Guiche, rozkochało we mnie Kirche, i skłoniło Louise do kupna dla mnie miecza. Co jeszcze mi to przyniesie?” Myśląc tak, napadła go senność. „Co za długi dzień...” pomyślał i szybko zasnął.

Przekład[edit]

Tłumaczył: Gumak


Cofnij do Rozdziału 4 z Tomu 1 - Dzień z życia towarzysza Powrót do strony głównej Skocz do Rozdziału 6 z Tomu 1 - Tristaiński handlarz bronią