Zero no Tsukaima wersja polska Tom 2 Pełny Tekst

From Baka-Tsuki
Jump to: navigation, search

Ilustracje[edit]


Przekład[edit]

Tłumaczyli: Tur!


Szybkie Menu[edit]

Rozdział pierwszy: Sekretna łódka[edit]

Louise leżała na łóżku. Śniła, że jest z powrotem w domu rodzinnym (gdzie się urodziła), odległym o trzy dni jazdy od Tristainskiej Akademi.

Młodą Louise z jej snu spotykamy nieopodal domu.

-Louise, gdzie jesteś? Pokaż się migiem! - zawołała jej mama. W jej śnie, Louise została zganiona za jej słabe wyniki w nauce magii. Była stale porównywana z jej siostrami, które osiągały znacznie lepsze efekty niż ona.

Dziewczynka dostrzegła spod krzaków parę butów.

-Panienka Louise jest naprawdę kiepska w posługiwaniu się magią!

-Całkowicie się zgadzam. Czemu nie może być taka jak jej uzdolnione siostry?

Louise, słysząc to, przygryzła wargi... Poczuła się smutna i przybita. Służba zaczęła ją szukać wśród roślinności. Louise zrobiła wszystko co tylko mogła aby uciec. Wycofała się do miejsca nazywanego przez nią “Sekretnym Ogrodem” – nabrzeże centralnego jeziora.

Sekretny Ogród był jedynym miejscem gdzie Louise czuła się bezpiecznie. Było tam przyjemnie cicho, bez żywej duszy mogącej zmącić spokój. Kwiaty kwitły wszędzie a ptaki przysiadały na ławkach w pobliżu jeziora. A pośrodku jeziora znajdowała się wysepka z małym domkiem z białego marmuru.

Tuż przy wyspie była mała łódka pierwotnie używana do wypoczynku, obecnie porzucona i zapomniana. Jej starsze siostry wyrosły i były zajęte studiowaniem tajników magii. Jej ojciec, emerytowany żołnierz, spędza czas na spotkaniach z pobliską szlachtą. Jedyną pasją jej ojca były polowania. Natomiast jedyne co interesowało jej matkę to jak najlepiej wychować i wyuczyć jej córki, nie przejmowała się niczym innym.

Tak więc, poza Louise, nikt już nie zaglądał nad zapomniane jezioro, nie wspominając o małej łódce. Dlatego też zawsze gdy Louise została za coś zganiona, przychodziła w to miejsce.

We śnie Louise - a właściwie jej młodsza wersja - wskoczyła do łódki i skuliła się pod przygotowanym zawczasu kocem.

Gdy schowała się pod kocem, ze spowitej mgłą wyspy wyłonił się szlachcic odziany w pelerynę.

Szlachcic miał około szesnastu lat. We śnie Louise miała jedynie sześć lat, więc między nimi było całe dziesięć lat różnicy.

-Płakałaś, Louise? - Nie mogła dostrzec jego twarzy schowanej pod wielkim kapeluszem.

Ale Louise wiedziała dokładnie kogo miała przed sobą: to Viscount, szlachcic, który właśnie odziedziczył ziemie nieopodal jej posiadłości rodzinnej. Louise poczuła wewnętrzne ciepło i zmieszanie; Viscount był mężczyzną z jej snów. Zazwyczaj spędzali razem bankiety, co więcej, ich rodzice właśnie zaaranżowali ich zaręczyny.

-Czy to ty, Viscouncie?

Louise mimochodem zakryła twarz; nie chciała aby jej wyśniony mężczyzna widział jak płacze. Było to naprawdę krępujące.

-Zostałem na dzisiaj zaproszony przez twojego ojca w związku z zaręczynami.

Słysząc to, Louise poczuła się jeszcze bardziej zakłopotana, na tyle, że nie śmiała nawet podnieść głowy.

-Naprawdę? Ale to nie jest możliwe, Viscouncie.

-Louise, moja mała i krucha Louise, czyżbyś mnie nie lubiła? - powiedział żartobliwie.

Louise łagodnie potrząsnęła głową i powiedziała - Nie, to nie tak. Po prostu jestem jeszcze taka mała i wciąż niegotowa ...

Na twarzy u spodu kapelusza objawił się uśmiech i równocześnie w stronę Louise została wyciągnięta dłoń.

-Viscouncie...

-Panienko, proszę chwycić mnie za rękę. Szybko, bankiet zaraz się zacznie.

-Ale...

-Czyżbyś znowu została skrzyczana? Nie martw się. Porozmawiam z twoim ojcem. - powiedział Viscount.

Louise przytaknęła, wstając sięgnęła po rękę Viscounta. "Ale duża dłoń, czyż nie są to wymarzone ręce do trzymania?"

W momencie w którym miała chwycić dłoń Viscounta, nagły powiew wiatru strącił kapelusz z jego głowy.

-Eee?! - Louise spojrzała zdumiona na jego twarz. Ponieważ był to sen, Louise wróciła do jej normalnej szesnastoletniej siebie.

-Co... Co ty tu robisz?...

Osobą spod kapelusza nie był Viscount, ale jej towarzysz - Saito.

-Louise, chodź szybko.

-To bez znaczenia czy pójdę czy nie... Dlaczego tu jesteś?

-Nie bądź taka ograniczona umysłowo, czyż nie zakochałaś się we mnie? - odpowiedział Saito zuchwale ubrany w ubranie Viscounta.

Ktoś mógłby się zastanawiać skąd wziął tyle pewności siebie.

-Nie bądź głupi, miałam wtedy po prostu mętlik w głowie, lepiej przestań śnić!

-Przestań robić wymówki, moja Louise.

-Kto jest 'twoją Louise'?!

Saito udawał, że tego nie usłyszał, co więcej: podszedł do niej bliżej.

-Co próbujesz zrobić, idioto?!

Ignorując jej narzekania, Saito kontynuował, unosząc Louise z łodzi w ramiona.

-Dlaczego to jesteś ty? - zapytała we frustracji uderzając Saito. Ale chłopak wcale się nie zdenerwował, w zamian jego uśmiech się jedynie rozszerzył. Louise zaczerwieniła się z zakłopotania. Nie znała dokładnej przyczyny, ale czuła się dobrze w ramionach Saita. To tylko bardziej zaniepokoiło Louise.


* * *


Saito leżąc na swoim leżu powoli otworzył oczy. Bliźniacze księżyce akurat były w pełni i rozświetlały cały pokój. Louise, śpiąc w swoim łóżku, mamrotała przez sen jakby miała koszmar.

Saito miał nadzieję, że Louise się jeszcze nie obudzi. Wstał po cichu i powoli zbliżył się do śpiącej Louise.

Derflinger chciał coś powiedzieć do Saito, ale ten to w porę spostrzegł i przerwał mu - Ciii... - Saito przyłożył palec do ust odwracając się w stronę miecza.

-Nie chcesz abym coś powiedział? Dlaczego?

-Ciii... - Saito potrząsnął głową i ponownie przyłożył palec do ust patrząc na Derflingera wyraźnie zirytowany.

-Nie wybaczę ci ignorowania mnie. Na dodatek mój partner budzi się w środku nocy i nie chce mi podać żadnej przyczyny... Zaczynam być na ciebie zły!

Po powiedzeniu tego Derflinger zatrząsł się jakby był naprawdę wściekły. "Cóż za kłopotliwy miecz".

Obudzona kołataniem miecza, Louise obróciła się i otworzyła oczy.

Serce lekko podskoczyło u Saito.

Siadając Louise zaczęła besztać Saito.

-Nie bądź taki pewny siebie! Lepiej zabierz się za porządki, nie widzisz kurzu ogarniającego wszystko dookoła? Nie mów mi tylko, że już to zrobiłeś, ty tępy chowańcu, jesteś takim ignorantem!

Ciało Saito zamarło, jakby zostało na nie rzucone zaklęcie utwardzające.

Jednak po złajaniu Saita, Louise położyła się ponownie i zasnęła. Najwyraźniej mówiła jedynie przez sen. Nawet w snach Louise rozkazywała Saitowi. Saito jednocześnie odczuł ulgę i zdołowanie.

Derflinger, który przez cały czas przyglądał się Saitowi, westchnął.

-Mówi przez sen, huh? Ale nie brzmi to jak muzyka dla twoich uszu, Saito.

Chłopak wpatrywał się ze złością w Derflingera, który nieomal zniszczył jego plan, szybko podzszedł do niego i powiedział

-Lepiej siedź cicho, kretynie!

-Naprawdę przeginasz, nie wybaczę ci tego! Jeżeli mój partner chce abym był cicho, to z pewnością będę cicho! Ale nagle budzić się w środku nocy i to tak potajemnie. Na pewno spotka cię zasłużona kara nawet jeżeli w końcu podasz mi swoje powody...

Ciekawskość u Derflingera można porównać jedynie z tą u jego partnera. Wygląda na to, że chce poznać powód, dla którego Saito wstał w środku nocy, niezależnie od konsekwencji.

Saito westchnął, a następnie wskazał na śpiącą Louise.

-No i co z tą szlachecką córką?

-A jak sądzisz partnerze?

Saito ułożył ręce na kształt serca.

-Co to oznacza?

-To symbolizuje miłość.

-Ta dziewczyna cię lubi, partnerze?

-Tak.

-Skąd o tym wiesz?

Saito wstał i bezszelestnie zatańczył.

-Aaa... odnosisz się do balu?

-Widziałeś wyraz twarzy Louise podczas naszego tańca, prawda?

-Taa, widziałem.

-Jej twarz się tak zaczerwieniła... - Saito powiedział jakby oszołomiony.

-Taa, była niezwykle czerwona.

-Wyglądało na to, że chciała trzymać moje ręcę i już nigdy ich nie puścić.

-Jesteś pewny!?

-Derf, jesteś tylko kawałkiem metalu, wiec nigdy nie zrozumiesz serca dziewczyny. Jeżeli dziewczyna patrzy na chłopaka w ten sposób, oznacza to niewypowiedziane na głos wyznanie miłości. - powiedział Saito stukając w miecz.

-Prawda, jestem jedynie mieczem i nie rozumiem niektórych relacji międzyludzkich. Ale skoro tak twierdzisz, partnerze, musi to być prawda.

Saito przytaknął uradowany i powiedział: -Naprawdę jesteś wrażliwy, Derflinger!

-Więc, mój dobry partnerze, skoro jesteś pewny, że ciebie kocha, to czy postarasz się, aby została twoją dziewczyną?

-Tak! Jestem pewien, że mnie kocha i chciałbym aby była moją dziewczyną!

-To niebywałe. Jestem tu już jakiś czas i to pierwszy raz gdy słyszę aby towarzysz miał romans ze swoim mistrzem. Jesteś niesamowity!

-Ah... jakie wspaniałe uczucie. Powiedz coś jeszcze...

-Partnerze, jesteś fantastyczny!

Saito wstał i optymistycznie zapytał:

- Derf, kto jest najprzystojniejszym chłopakiem na tym świecie?

-Oczywiście ty, partnerze.

-Kto jest najwspanialszą osobą niewładającą magią?

-Oczywiście ty, partnerze.

Pochwały płynęły prosto do głowy Saito. Poczuł się jakby świat się do niego uśmiechał. Ktoś mógłby pomyśleć, że ma on problemy ze swoim IQ.

-Louise naprawdę ma szczęście, że się w niej zakochałem. Taki wspaniały i przystojny...

-Jeżeli ta rozwydrzona dziewczyna naprawdę cię lubi, to dlaczego nawet we śnie na ciebie krzyczy?...

Derflinger chciał kontynuować ale Saito mu przerwał.

-Ponieważ Louise jest niezwykle uparta. Nie okaże swoich uczuć tak łatwo.

-Jesteś pewny?

-Gdybym po prostu do niej podszedł i ją w prost o to zapytał, na pewno by odpowiedziała: 'O czym ty mówisz? Głupi chowańcu!'

-Skoro tak mówisz, czyżbyś rozgryzł jej wnętrze, partnerze?

-Naturalnie! Mimo, że wciąż zaprzecza, w rzeczywistości desperacko pragnie abym ją ‘zdobył’. Wprawdzie zdążyła się we mnie bez reszty zakochać, ale Louise jest bardzo zawzięta, przez jej dumę nie powie mi bezpośrednio, że do mnie coś czuje.

-Partnerze, musisz być geniuszem, skoro udało ci się to wywnioskować.

-Wiesz, muszę godnie reprezentować Ziemię i sprawić aby aby ta dziewczyna z Halkeginii była moja. Rozumiesz mnie, Derf? Więc mógłbyś wyświadczyć mi przysługę i nie odzywać się przez chwilę?

Derflinger ponownie się zatrząsł, ale tym razem miało to oznaczać zgodę.

-W takim razie pozostanę cicho.

Saito podziękował Derflingerowi i ponownie zbliżył się do Louise.

Dziewczyna nadal głęboko spała. "Nie ważne, z której strony nie spojrzeć na śpiącą Louise, nadal wygląda tak pięknie jak zazwyczaj." Saito wziął głęboki oddech; pokój był wypełniony słodkim zapachem.

"Blask księżyców oświetlał śpiącą Louise ."

Saito, trzęsąc się lekko, zdjął koc z Louise.

Blask księżyców oświetlał śpiącą Louise ubraną w koszulę nocną. Wydawać by się mogło, że mimo stroju dotykając ją wyczujemy jej gładką i jędrną skórę. Co prawda znikomo ale jej piersi również się ukazały. Na dodatek, Louise nie lubiła nosić bielizny podczas snu. Saito doskonale o tym wiedział - w końcu to on przygotowywał jej bieliznę każdego ranka.

Saito był tak poruszony, że łzy nieomal wypłynęły z jego oczu. "Od tej chwili ta drobna i śliczna dziewczyna nareszcie będzie moja" pomyślał. Oczekiwał tego momentu od tygodnia, a dokładniej od pamiętnego balu.

Zacierając ręce, Saito zbliżył się ponownie do śpiącej Louise i powiedział do siebie -Smacznego… - po czym wtulił się w nią.

-Ach, Louise, Twoja skóra jest na prawdę taka gładka i jędrna. Ha ha… Saito, ty głupku…

Saito nie wiedział dlaczego nazwał siebie głupkiem, ale czuł się coraz bardziej podniecony tą całą sytuacją.

Bez zastanowienia objął Louise i pocałował ją w policzek. Louise nie wyglądała jakby miała się zaraz obudzić; miała bardzo twardy sen.

-Louise, moja droga Louise, Twoja twarz; masz najśliczniejszą twarz na świecie...- Kontynuując, gdy właśnie miał unieść koszulę nocną Louise, nagle się zbudziła. Saito najpierw się przeraził, ale szybko przyszedł do siebie i przytulił mocno Louise.

-Co... Co ty wyprawiasz?!

Louise natychmiast pojęła co się działo i zaczęła szamotać się by uwolnić się z ramion Saita.

-Nie możesz po prostu się nie ruszać?

-Czemu... czemu... mnie obejmujesz?

-O czym Ty mówisz? Myślałem, że mnie lubisz!?- Saito przyglądał się Louise we frustracji; Louise poczuła się tak zdenerwowana, że zapomniała na chwilę o wyrywaniu się z uścisku.

-Co?...

Saito położył ręce na ramionach Louise i spytał -Czyż nie zakochałaś się we mnie?

-Co... co za brednie próbujesz mi wmówić?

-Wszystko w porządku Louise, rozumiem co czujesz. Jestem tym, który rozumie Cię najlepiej. Nie denerwuj się, po prostu się odpręż.

Saito zaczął powoli zbliżać usta do Louise; twarz Louise stawała się coraz bledsza.

"Ja, zakochana w tobie??"

Louise przypomniała sobie sen, z którego przed chwilą się obudziła. Saito zachowywał się dokładnie jak w tym śnie, przez co im więcej patrzyła na Saita, tym była bardziej na niego zła. Zarówno Saito z jej snu jak i Saito w rzeczywistości rozwścieczał ją i to bardzo. Można to nazwać białą furią.

Louise zaczęła dygotać ze złości, ale Saito nieopacznie wziął to za przejaw strachu przed czymś, czego wcześniej nie doznała.

-Nadal jesteś nerwowa.. to również mój pierwszy raz. Zrelaksuj się w czasie gdy będę się rozbierać...

Louise poczuła jak Saito złapał ją za talię...

Z prędkością ognistej salamandry łapiącej swoją ofiarę, Louise podniosła prawą nogę, uderzając tym samym Saita między nogi.

-Aaał!

Saito natychmiast poczuł jak jego kręgosłup przeszył rozdzierający ból od jego pachwiny aż do mózgu. Nie mogąc znieść bólu, zaczął się ślinić i bezwładnie stoczył się z łóżka Louise na podłogę. Louise powoli wstała i wzięła bicz, który zazwyczaj leżał przy jej łóżku.

Saito, widząc bicz, próbował uciec, ale Louise dzierżąc bicz zdążyła postawić stopę na głowie Saita.

-Możesz mi wyjaśnić, co chciałeś mi przed chwilą zrobić?!

Saito, powoli otrząsając się z bólu, z trudem powiedział -Nie jesteśmy właśnie jak kochankowie szepczący sobie do uszu słodkie słówka?

Louise silniej naciskając na głowę Saita odpowiedziała -To jedynie twoje pobożne życzenie...

-Czy to oznacza, że się pomyliłem…? Nie poczułaś czegoś do mnie?

-Kto tu do kogo coś poczuł?

-Nie lubisz mnie, Panienko Louise?

-Haha… Proszę, podaj mi przyczynę, dlaczego tak pomyślałeś, ale postaraj się to wyrazić jasno i klarownie, w przeciwnym wypadku nie mogę przewidzieć co się z tobą stanie…

-Więc, podczas balu patrzyłaś na mnie, twojego towarzysza, tymi usychającymi z miłości oczami.

Louise czerwieniąc się odpowiedziała -Więc to dlatego pomyślałeś, że się w tobie zakochałam i wspiąłeś się do mojego łóżka?

-Dokładnie, Panienko Louise. Czy twój pokorny towarzysz naprawdę się pomylił?

-Zdecydowanie się pomyliłeś, nigdy nie słyszałam, aby chowaniec miał czelność wspinać się do łóżka swojego pana.

-Wezmę to pod uwagę następnym razem.

Louise westchnęła i powiedziała do Saita jakby się nad nim litowała -Nie będzie następnego razu...

-Mistrzu, spójrz! Spójrz! Bliźniacze księżyce świecą dzisiaj tak pięknie!...- Saito powiedział w desperacji.

-W każdym razie, jest już poniewczasie…- Louise powiedziała głosem dygoczącym ze złości.

Przy świetle księżyców, krzyki Saita z bólu były słyszane z odległości wielu kilometrów…


* * *


W trakcie gdy Saito był bity na kwaśne jabłko, daleko od akademii Fouquet gapiła się bezczynnie na sufit Więzienia Genueńskiego. Była magiem klasy trójkąta, zatrzymaną przez Saita i resztę dwa dni temu za kradzież “Berła Zniszczenia”. Ponieważ była znana ze zrabowania wielu cennych rzeczy od niewyobrażalnej ilości szlachciców, została umieszczona Więzieniu Genueńskim, najlepiej strzeżonym więzieniu w mieście Tristan.

Termin rozprawy sądowej został wyznaczony na nadchodzący tydzień. Jako, że zhańbiła szlacheckie imię na taką skalę, najprawdopodobniejszym wyrokiem był wyrok śmierci lub (w najlepszym wypadku) wygnanie. W obu wypadkach, nie mogłaby już dłużej być w Tristanii.

Na początku myślała o ucieczce, ale później porzuciła tę myśl.

W jej celi nie było nic poza tandetnym łóżkiem i drewnianym stolikiem. Nawet sztućce były z drewna. Sprawy wyglądałyby inaczej gdyby znalazła cokolwiek metalowego… Chociażby łyżkę.

Mimo tego nadal chciała znaleźć sposób aby przy użyciu alchemii zmienić mury więzienia lub kraty w ziemię, ale bez jej różdżki (która została skonfiskowana) lub jakiegoś substytutu, nie było to możliwe. Magowie są naprawdę bezsilni bez ich różdżek. Co więcej, na mury jak i kraty więzienne zostały rzucone specjalne zaklęcia odporności na magię, więc nawet wykorzystując alchemię nie byłaby w stanie uciec.

-To podłe z ich strony aby zamykać w tak obskurnym miejscu taką skromną szlachciankę jak ja.- zrzędziła Fouquet. Wtedy pomyślała o młodzieży, która ją zatrzymała "Ten chłopak jest całkiem silny... Nie mogę uwierzyć, że jest zwykłym człowiekiem. Kim właściwie jest ten chłopak? Chociaż.. Mnie już to nie dotyczy..." Pomyślała.

-No... Czas spać...- Fouquet położyła się i zamknęła oczy. Jednak po chwili znowu je otworzyła.

Fouquet usłyszała jak ktoś schodził do lochów, w których się znajdowała. Usłyszała również dźwięk typowy dla butów z ostrogami. Zrozumiała, że nie pochodzi on od nadzorcy, skoro strażnicy nie noszą ostróg. Fouquet natychmiast usiadła.

Przed jej celą pojawiła się osoba w czarnej pelerynie, jej twarzy nie można było dostrzec, ponieważ przykrywała ją biała maska. Ale długa różdżka wystawała spod peleryny, był to niewątpliwie mag.

Fouquet powiedziała dosyć pogardliwie -Jestem zaskoczona tymi odwiedzinami w środku nocy!

Osoba w białej masce nie odpowiedział, w zamian spojrzał na Fouquet chłodnym wzrokiem.

Fouquet instynktownie wiedziała, że ten przybysz został wynajęty, aby ją zabić. Część szlachciców, których okradła, musiała uważać, że proces w sądzie to tylko strata czasu i pewnie wynajęli zabójcę aby przyspieszyć przebieg wydarzeń. Niektóre spośród rzeczy jej ofiar, pochodziły z kradzieży, więc prawdopodobnie aby prawda nie wyszła jaw, postanowiono ją uciszyć.

-Jak zresztą sam widzisz, to miejsce nie nadaje się zbytnio na przyjmowanie gości. Chociaż pewnie nie jesteś tu na filiżankę herbaty, mam rację?- powiedziała Fouquet.

Dodała w duchu: "Mimo, że nie mam różdżki, nie poddam się bez walki. Znam się nie tylko na magii; Jestem też dosyć dobra w bezpośredniej walce. Dopóki pozostanie za kratami i będzie chciał użyć magii z zewnątrz, jestem bezsilna. Muszę ją więc zwabić jakoś do celi."

Wtedy mężczyzna w pelerynie powiedział -To ty jesteś Fouquet Krusząca Ziemię?

Jego głos był donośny i młodzieńczy.

-Nie jestem pewna, kto dał mi to przezwisko, ale tak, jestem Fouquet Krusząca Ziemię.

Przybysz uniósł lekko ręce na znak, że nie ma złych zamiarów.

-Chciałbym ci coś powiedzieć.

-Co to ma być?- Fouquet odpowiedziała zdziwionym tonem. -Chyba nie chcesz mi powiedzieć, że chcesz przemawiać w mojej obronie. Co za dziwak.

-Chętnie się za tobą wstawię, droga Matyldo z Południowej Gothy.

Twarz Fouquet pobladła. "To imię, o którym niemal zapomniałam, a właściwie zostałam zmuszona aby o nim zapomnieć. Nie powinno być na tym świecie osoby znającej to imię…"

-Kim ty właściwie jesteś?

Mężczyzna odpowiedział pytaniem na pytanie -Matyldo, czy chciałabyś powtórnie służyć Albionowi?

Fouquet tracąc do reszty panowanie nad sobą odpowiedziała -To niemożliwe! Nigdy nie będę sprzyjać komuś, kto zabił mojego ojca i zajął mój dom!

-Nie zrozum mnie źle, nikt nie proponuje ci służby dla albiońskiej rodziny królewskiej. Niedługo zostaną obaleni.

-Co masz przez to na myśli?

-W kraju ma miejsce rewolucja. Zamierzamy obalić bezsilną rodzinę królewską i zastąpić ich takimi zdolnymi szlachcicami jak my.

-Ale czy nie należysz do Tristańskiej szlachty? Co w ogóle obchodzi cię rewolucja w Albionie?

-Jesteśmy stowarzyszeniem szlachty bez kraju martwiących się o przyszłość Halkeginii. Chcemy zjednoczyć Halkeginię i odzyskać Ziemię Świętą, na której założyciel Brimir postawił już swoją stopę.

Fouquet powiedziała nie ukrywając ironii -Nie pleć bzdur. Skoro tak się sprawy mają, po co to twoje stowarzyszenie mnie potrzebuje? Jestem jedynie więźniem.

-Teraz potrzebujemy utalentowanych magów bardziej niż kiedykolwiek; czy nam pomożesz, Fouquet Krusząca Ziemię?

Fouquet machnęła ręką i odpowiedziała -Proszę, przestań bujać w obłokach…

Nie usłyszawszy odpowiedzi kontynuowała -Chcecie zjednoczyć Halkeginia? Królestwa Tristanii, Germanii, Albionu, and Galii, oraz mnogość małych królestw, które nieustannie toczą ze sobą wojny, połączenie ich jest marzeniem ściętej głowy. No i jeszcze odzyskanie ziemi świętej, jak zamierzacie walczyć z tymi wszystkimi potężnymi elfami?

Ziemia święta była w posiadaniu elfów żyjących na południu Halkeginii od setek lat. Odkąd tam się osiedliły, ludzie przeprowadzali niezliczone krucjaty w celu odzyskania ziemi świętej, ale za każdym razem ponosili sromotną klęskę.

Elfy, wyróżniające się wyraźnie odstającymi uszami i niezwykłą kulturą, przewyższają ludzi zarówno długością życia jak i biegłością w zaawansowanej magii. Wszystko to czyni z elfów niezwykle skutecznych wojowników. Wydawało się niemożliwe, aby człowiek mógł pokonać elfa.

-Nie darzę miłością szlachty i nie mam żadnego interesu w zjednaczaniu Halkeginii. Odzyskiwanie ziemi świętej... Jak dla mnie elfy mogą zostać tam gdzie są, byle z dala ode mnie!

Mężczyzna w czarnej pelerynie wziął swoją różdżkę i odpowiedział -Dam ci wybór, Fouquet Krusząca Ziemię.

-Nie zaszkodzi jej wysłuchać.

-Przyłączysz się do nas, albo...

Fouquet dokończyła zdanie za niego -Albo zaraz zginę? Mam rację?

-Dokładnie. Skoro znasz już nasz sekret, nie mogę sobie pozwolić na zostawienie cię przy życiu.

-Wy, szlachcice, jesteście naprawdę bandą zarozumialców. Nigdy nie zważacie na uczucia innych- Fouquet powiedziała lekko chichocząc -Zgrabnie to ujmując: zapraszacie mnie, abym się do was przyłączyła, ale w rzeczywistości nie mam żadnego wyboru, prawda?

Przybysz odpowiedział również chichocząc -Dokładnie.

-Pozwól mi więc zostać częścią waszej organizacji. Nie lubię, gdy ktoś nie umie porządnie wydawać rozkazów.

-Więc w drogę.

-Jak w ogóle nazywa się ta wasza organizacja?

-Naprawdę chcesz się do nas przyłączyć, czy tylko się ze mną przekomarzasz?

-Po prostu chcę wiedzieć dla kogo od teraz będę pracowała.

Mężczyzna wyjął z kieszeni klucz i otwierając drzwi celi Fouquet odpowiedział -Rekonkwistadorzy.


Przekład[edit]

Tłumaczył: Amenhoreptus

Rozdział drugi: Smutek Jej Królewskiej Mości[edit]

Poranek.
Klasowi koledzy Loiuse zrobili wielkie oczy, gdy weszła do klasy, pewnie dlatego, że ciągnęła za sobą łańcuch, na końcu którego uczepiony był ciężko pobity Saito. Twarz Loiuse emanowała ekstremalnie niebezpieczną aurą, a jej piękne brwi wykrzywione były złością. Zmierzwiła włosy.
- Wow, Louise. Co tutaj przytargałaś?! - Montmorency Fragrance, przesadnie demonstrując zdziwienie.
- Mojego Chowańca
- W porządku... Jak się mu tak przyjrzeć z bliska, to rzeczywiście on. - Montmorency przytaknęła. Jednak ogromny siniak i zakrzepła krew na twarzy, sprawiała że tylko nieliczni rozpoznawali w nim Saito. Jego głowa, wraz z nadgarstkami zakuta była w dyby. Spojrzał na zablokowane nadgarstki i został przeciągnięty jak worek śmieci.
- Co on zrobił?
- Miał czelność wpełznąć do mojego łóżka.
- Och! - Montmorency zareagowała zbyt emfatycznie, strzępiąc pięknie zakręconą fryzurą. - Wulgarne! Och, wchodzenie do czyjegoś łóżka jest takie... Och! Brudne! Nieczyste! Bardzo nieczyste! - Przygryzła kawałek chusteczki, kiedy mówiła o reputacji, przodkach i tak dalej. Mierzwiąc swoje czerwone włosy, Kirche weszła do klasy gapiąc się na Louise.
- To musi być twój sposób uwodzenia, prawda Louise? Sprośnie, doprawdy sprośnie Louise, uwodzisz Saito jak zwyczajna dziewka, czyż nie?
- I kto tu jest niby sprośny? Nie ma mowy, abym go uwodziła!
- Rany... być rannym przez to... biedaczek... pozwól, że cię uleczę. - Kirche przytuliła głowę Saito. Jej ogromne piersi prawie go udusiły, może go nie uzdrowiły, ale czuł się jak w siódmym niebie.
- Ej, ej, ej...
- Czy wszystko w porządku? Gdzie cię boli? Uleczę cię zaklęciem
- Leż spokojnie. Nie możesz używać zaklęć leczniczych , prawda? Twoje runiczne imię to „Ciepło” jak udar cieplny. Zwolnij nieco - powiedziała Louise z oburzeniem.
-Jest żarliwy. Żar-liwy. Nigdy bym nie pomyślała, że twoja pamięć to również Zero. - Kirche spojrzała na klatkę piersiową Louise -Widzisz. Twój przydomek „Zero” nie jest tylko o twoich piersiach i magii!
Twarz Louise momentalnie poczerwieniała. Mimo to, zaśmiała się chłodno, zagryzając wargi.
- Dlaczego mam przejmować się słowami kobiety, która nieustannie chwali się piersiami? Myślisz że wszystkie kobiety przejmują się rozmiarem swoich piersi? Masz naprawdę pomieszany tok myślenia. Twój mózg musi być pusty albo coś... wszystkie składniki odżywcze idą w twoje p-piersi... twój mózg m-musi być p-pu-pusty...
Mimo że, próbowała zachować spokój, głos jej zamarł. Zrozumiała, że przyjęła bardzo osobistą ofensywę.
-Twój głos drży, Vallière - Kirche delikatnie podtrzymywała Saito, jego ciało nadal było pokryte siniakami i ranami. Kirche przyłożyła głowę to jego klatki - Och, skarbie, czy myślisz ze piersiasta Kirch jest głupia?
-N-nie... j-jesteś bardzo inteligentna!-Saito prowadzony ekstazą, szamotał swoją głową pomiędzy piersiami Kirche.
Brew Louise podniosła się i pociągnęła pełną siłą łańcuch który trzymała w ręku.
- Chodź tu! - Zablokowana głowa Saito, nadgarstki i całe ciało ciężko uderzyło o ziemie. Louise stanęła nad nim i powiedziała chłodnym głosem. - Kto pozwolił ci rozmawiać z ludźmi? Możesz mówić tylko „hau”, psie.
- Hau, tak pani - Saito odpowiedział cicho.
- Głupi pies. Zrób to znowu. Co mówisz gdy chcesz powiedzieć „tak”?
- Hau.
- Dokładnie. Mówisz „hau” raz. Co mówisz gdy chcesz powiedzieć „Zrozumiałem, mistrzu?”.
- Hau, hau!
- Dokładnie. Mówisz „hau” dwa razy. Co jeżeli „Idę do łazienki”?
- Hau, hau, hau!
- Brawo! Mówisz „hau” trzy razy. To doskonałe słownictwo dla takiego głupiego psa, więc nie musisz mówić nic innego.
- ... Hau.
- Szczekanie jest równie słodkie! – Powiedziała Kirche, pieszcząc podbródek Saita. - Awww... możesz przyjść do mojego łóżka dzisiaj w nocy? Jak będzie? Mogę szczekając wylizać tyle miejsc ile będziesz chciał!
Saito nagle wstał na kolana, pokazał ogon, który przyczepiła mu Louise, a był zrobiony z miotły. Były również uszy zrobione z łachmanów.
- Hau! Hau! Hau, hau!
Louise dyskretnie ale z wielką siłą pociągła łańcuch
- Ty mały...
I ze złością stanęła nad nim.
- Czy nie powiedziałem „hau”, kiedy chciałem się porozumieć!? - Saito miał dość, wstał z miną „lepiej dać mi nauczkę” i spojrzał Louise prosto w twarz. Pociągnęła za łańcuch u jego stóp, a ten zwalił się z łoskotem.
-Masz zupełnie podobną pasję co psy. Nie tylko machasz ogonem na dziewczynę Zerbst’ów, ale również atakujesz swoją mistrzynię. Nikczemny. Bardzo, bardzo, bardzo, bardzo, bardzo nieodpowiednio. - Louise wyciągnęła pejcz z plecaka i zaczęła bić nim energicznie Saito.
- Auć! Przestań! Przestań! P-R-Z-E-S-T-A-Ń!- Jego ciało było unieruchomione, a Saito mógł jedynie tarzać się na ziemi!
-Auć? To nie jest „hau”? To jest „hau”! Czy nie wszystkie psy mówią „hau”?
Odgłosy chłosty rozlegały się po sali wykładowej. Włosy Louise latały dookoła kiedy biczowała Saito, który rozpaczliwie próbował uciec. Saito robił płaczliwe „hau” kiedy tylko poczuł ból. Nikt wtedy by nie pomyślał, że Saito jest Legendarnym Chowańcem.

ZnT02-039.jpg

Uczniowie w sali przyglądali się tej żenującej scenie, zastanawiając się: „Czy ten Chowaniec rzeczywiście pokonał Guiche? Czy naprawdę pojmał zbrodniarkę Fouquet?”
TRZASK! TRZASK!
Studenci w milczeniu przyglądali się jak Loiuse biła Saito. Gdy tylko spostrzegła, że wszyscy przypatrują się scenie, jej twarz pokryła się pąsem. Szybko odrzuciła swój bicz i założyła ręce.
- K-Koniec kary!
„Rozumiemy, że go karała, ale rety…” - przerażeni tą sceną, uczniowie powoli się rozchodzili.
- Czy nie jesteś jedną z tych gorących, Vallière?- powiedziała znudzona Kirche
Louise spojrzała na nią z grymasem na twarzy. Saito z wycieczenia spowodowanego bólem, leżał omdlały na ziemi. Drzwi się otworzyły i wszedł Profesor Kaita. Uczniowie zajęli miejsca na krzesłach. Profesor był jednym z tych którzy zrugali Profesor Chevreuse, która poczuła się śpiąca na straży podczas wydarzenia z Fouquet. Osman powiedział mi, że „Bardzo łatwo cię rozzłościć.”. Długie, ciemne włosy i ciemna peleryna tworzyła wrażenie nieprzyjaznego i niekomfortowego człowieka. Mimo że był młody, jego nieuprzejme maniery i chłodne spojrzenie budowały złą reputacje wśród uczniów.
- Zacznijmy lekcje. Jak wszyscy wiedzą, moje runiczne imię brzmi „gust”. - Został otoczony różnokolorowymi gwiazdami, usatysfakcjonowany kontynuował.
- Zerbst, czy wiesz jaki jest najsilniejszy element?
- Czy to nie jest „otchłań”?
- Nie pytam cię o legendy. Chcę czegoś rzeczywistego.
Wtedy Kirche ufnie odpowiedziała.
- Wtedy to jest element ognia, profesorze. - Powiedziała z nieodpartym uśmiechem.
- Oh? Dlaczego tak uważasz?
- Gorąco i pasja może spalić wszystko i nic, więc czego jeszcze trzeba na dowód?
- Obawiam się, że tak nie jest. - Kaita położył ręce na biodrach. – Spróbujmy, zaatakuj mnie twoim najsilniejszym ognistym atakiem.
Kirche się zdziwiła. „Co ten nauczyciel wyprawia?”
-Na co czekasz? Chyba kazałem ci rzucić na mnie najlepsze ogniste zaklęcie, prawda? - kontynuował Kaita. - Nie zdołasz mnie poparzyć.
- Nie ma problemu. Przyjmij moje najlepsze uderzenie. Ognistoczerwone włosy rodziny Zerbst'ów nie są tylko na pokaz.
Kirche spoważniała nagle. Wyciągnęła różdżkę spomiędzy piersi, na końcówkach jej płomienno-purpurowych, długich włosów zatańczyły płomyki. Wykonała gest dłonią i na końcu różdżki pojawiła się mała kula ognia. W trakcie inkantacji zaklęcia, kula ognia powiększała się i w rezultacie płomienie były wielkie na metr. Uczniowie schowali się pod stolikami w panice. Jej ręka wykonała ruch przed piersią i wystrzeliła kulę ognia. Kaita nawet się nie poruszył. Uniósł różdżkę i stworzył szybującą falę kształtującą się w coś na wzór roztańczonych mieczy. Nagle powstała wichura, która z łatwością rozwiała ogromną kulę ognia. Impet zaklęcia przewrócił Kirche, stojącą na drugim końcu pomieszczenia.
-Wszyscy posłuchajcie. Powiem wam dlaczego element wiatru jest silniejszy. To proste. Wiatr może rozwiać wszystko. Ogień, Woda i Ziemia nie mogą znaleźć oparcia kiedy spotykają się z wystarczająco silnym wiatrem. - Kaita fertycznie powiedział. - Niefortunnie, nie mogę tego przetestować, ale prawdopodobnie Otchłań też nie miałaby szans. To jest właśnie potęga elementu wiatru.
Kirche wstała niezadowolona i założyła ręce. Kaita kontynuował: - Niewidoczny wiatr jest w stanie stworzyć tarczę mogącą ochronić wszystkich i jeżeli zajdzie taka potrzeba, lance aby rozproszyć wrogów. I jeszcze jeden powód dlaczego wiatr jest najsilniejszy... - Podniósł różdżkę „YOBIKISUTA DERU WIND...” i zaczął inkantować zaklęcie.
Jednakże, w tym momencie drzwi do klasy otwarły się i wszedł zdenerwowany Colbert. Był dziwnie ubrany, na głowie miał ogromną złotą perukę. Dodatkowo jego ubranie miało dużo intrygujących dekoracji. Dlaczego on się tak wystroił? – wszyscy się zastanawiali.
- Profesorze Colbert? - Kaita uniósł brwi.
- Ach! Przepraszam za najście, Profesorze Kaita.
- Jesteśmy w trakcie lekcji. - Oznajmił Kaita, patrząc na Colberta. - Dzisiejsze lekcje są odwołane. - Poinformował Colbert. Uśmiechy pojawiły się na twarzach uczniów. Colbert znowu przemówił:
- Mam wam coś do powiedzenia.
Colbert przesadnie przechylił głowę do tyłu, przez co jego peruka opadła. Wtedy ponura atmosfera jaką stworzył Kaita zniknęła i wszyscy zaczęli się śmiać. Tabitha, która siedziała z przodu, spojrzała na jego głowę i niespodziewanie rzekła:
- Lśniąca.
Rozległy się jeszcze głośniejsze śmiechy. Kirche śmiała się kiedy Tabitha wzruszyła ramionami.
- Naprawdę potrafisz mówić!
Colbert poróżowiał i głośno krzyknął:
- CISZA! Tylko plebs się tak śmieje! Szlachta tylko chichocze i opuszcza głowę kiedy usłyszy coś zabawnego! Inaczej inni szlachcice zakwestionują nasze rezultaty wychowawcze!
W klasie zrobiło się cicho jak makiem zasiał.
- W porządku. Słuchajcie wszyscy, dzisiaj jest jeden z najważniejszych dni Akademii Magii Tristain. Są to urodziny wielkiego Brimira Założyciela, bardzo ważny dzień!
Colbert się wyprostował i założył ręce za siebie
- Jest bardzo prawdopodobne, że córka Jej Wysokości, piękny kwiat którym my Tristainczycy możemy się chwalić - Księżniczka Henrietta może do nas przyjechać w drodze powrotnej z Germianii.
Gwizdów i oklasków nie było końca.
- Dlatego, nie możemy sobie pozwolić na leniuchowanie. To bardzo nagłe wieści, więc rozpoczęliśmy przygotowania do przyjęcia jej z należytymi honorami. W związku z tym, dzisiejsze zajęcia są odwołane. Wszyscy studenci są proszeni o założenie swoich szat wyjściowych i ustawienia się przy wejściu głównym. - Uczniowie z niepokojem skinęli głową na znak zgody. Colbert surowo skinął na odchodnym i głośno zakomunikował. - To jest doskonała okoliczność do pokazania Jej Wysokości jak wygląda prawdziwa szlachta. Każdy musi pokazać się z jak najlepszej strony Jej Wysokości! Rozejść się!

***

Cztery konie o złotych powrozach ciągnęły cicho karocę na drodze do Akademii Magii. Karoca była doskonale pokryta złotymi, srebrnymi i platynowymi zdobieniami . Zdobienia te tworzyły Królewski Herb. Skrzyżowane jednorożce z kryształową laską sygnalizowały, że ta karoca należy do Jej Wysokości Księżniczki. Przyjrzawszy się z bliska, można było zauważyć, że ogiery ciągnące karocę nie były zwykłymi końmi. To były jednorożce tak jak na Królewskim Herbie. Jednorożce jak mówiły legendy pozwalały dosiadać się jedynie najpiękniejszym dziewczętom, co sprawiało, że najlepiej pasowały jako ogiery ciągnące karocę Księżniczki . Okna w karocy miały bluszczowe ramy i zasłonki, więc nikt z zewnątrz nie mógł zajrzeć do środka. Za karocą Księżniczki jechał Kardynał Mazarin, który posiadał wielki autorytet polityczny od kiedy Jego Królewska Mość zmarł. Jego karoca nie ustępowała splendoru karocy Jej Wysokości Księżniczki. De facto była jeszcze bardziej upiększona. Różnica pomiędzy tymi karocami odzwierciedlała siłę autorytetu w Tristain. Dookoła karoc jechali Strażnicy Królewscy, szwadron magów. Pochodzący z najlepszych domów szlacheckich, Magowie Królewskich reprezentowali dumę wszystkich szlachciców w kraju. Każdy szlachcic marzył o założeniu czarnej peleryny Magów Królewskich, a każda szlachcianka marzyła o zastaniu żoną jednego z nich. Strażnicy Królewscy byli symbolem Tristain. Droga była wyłożona kwiatami, które chłopi porozrzucali wzdłuż drogi. Cały czas można było usłyszeć wołania podążające za karocami „Niech żyje Tristain! Niech żyje Księżniczka Henrietta!”, a wcale nie tak rzadko i „Niech żyje Kardynał Mazarin!”, które jednak bladły przy wołaniach na cześć Księżniczki. Nie był dobrze traktowany, bo był podobno chłopskiej krwi. Ktoś by powiedział, że to smutne jak na jego pozycje. Zasłony karocy zostały odsłonięte i wszyscy mogli ujrzeć oblicze młodej Księżniczki. Uśmiechów nie było końca. Ona również się uśmiechnęła.

***

Henrietta zasłoniła zasłony i ciężko westchnęła, tracąc swój piękny uśmiech który posłała do chłopów. Wszystko co zostało, to niepokój i głęboka melancholia niestosowna do jej wieku. Księżniczka miała 17 lat. Z szczupłą sylwetką, jasnoniebieskimi oczami i wysokim nosem, była olśniewająco piękna. Jej smukłe palce pasowały do kryształowych pierścieni. Przez wzgląd na to, że w jej żyłach płynie królewska krew, była oczywiście magiem. Ani uśmiechy wzdłuż drogi, ani latające kwiaty w powietrzu nie powodowały uśmiechu na jej twarzy. Wydawało się, że frasuje ją niestabilność polityczna i uczuciowa. Siedzący obok niej, Mazarin patrzył na nią. Ubrany jak kapłan w szary formalny strój, był chudym, wątłym mężczyzną mającym czterdzieści-parę lat. Jego włosy i broda miała biały kolor, patrząc na jego palce u dłoni, można było zobaczyć kości, co sprawiało wrażenie, że jest o wiele starszy, niż jest w rzeczywistości. Od kiedy Jego Wysokość zmarł, jego stalowa wola trzymała pieczę nad stosunkami między krajowymi. Mazarin po prostu wyszedł ze swojej karocy i wszedł do karocy Księżniczki. Chciał porozmawiać o polityce, ale Księżniczka tylko westchnęła, więc nie drążył tematu.
- To jest twój trzydziesty raz dzisiaj, Wasza Wysokość. - Mazarin zakomunikował z niepokojem.
- Hmm? Co?
- Te westchnięcia. Ktoś z Rodziny Królewskiej nie powinien robić tego cały czas na wprost poddanych.
- Poddanych!? Co? - Henrietta była zszokowana - Czyż nie jesteś Królem Tristain? Czy Wasza Wysokość wie o hałasie na ulicach?
- Nie jestem świadomy. - Mazarin odpowiedział obojętnym tonem. To było kłamstwo. Wiedział wszystko o Tristain, od kiedy Halkegenia zmniejszyła ilość ognistych smoków żyjących w wulkanach. Wiedział wszystko o tym. Po prostu mówił, że nie wie.
- Więc pozwól, że ci powiem. Tristain'ska Rodzina Królewska jest piękna, ale nie dzierży berła. Kardynale, ty masz berło. Kości ptaków ubierają szary kapelusz...
Mazarin zamrugał. Słowa „kości ptaków”, zostały wypowiedziane w sposób nie kryjący odrazy.
- Proszę nie powtarzaj plotek plebsu, w tak beztroski sposób...
- Dlaczego nie? To tylko plotki. Wychodzę za Króla Germanii, tak jak mi radziłeś.
- Nic na to nie poradzimy. Sojusz z Germanią jest bardzo ważny dla Tristain - powiedział Mazarin.
- Jestem tego świadoma.
- Wasza wysokość rozumie rebelię przeprowadzoną w „Białym Państwie” Albionie przez tych idiotów? Ci ludzie nie rozumieją tolerancji i poddaństwa w Halkeginii. - Zmarszczył brwi.
- Niewychowane, niewybredne imbecyle! Próbują położyć ręce na Księciu. Nawet jeżeli ten świat im wybaczy te zachowania, Brimir Założyciel nie powinien im tego wybaczyć. Ja im tego nie wybaczę!
- Rzeczywiście. Jednakże szlachta Albiońska ma wielką moc. Albiońska Rodzina Królewska może nie dotrwać jutra. Jeden Brimir Założyciel darował trzem upadek, tak jak teraz. Eh.. kraje nie powinny ingerować w sprawy prywatne.
- Albiońska Rodzina Królewska jest niczym w porównaniu do Germańskiej. Takie są moje spostrzeżenia Nie masz racji mówiąc to jako Kardynał.
- Głęboko przepraszam. Zamierzam zapytać się o radę Brimira Założyciela, zanim udam się na spoczynek. Jednakże, zapewne masz rację, Wasza Wysokość.
Henrietta tylko skinęła głową. Ten gest wyolbrzymiał jej piękno.
- Słowa tych głupich Albiońskich szlachciców.., mają tupet deklarując zamiar zjednoczenia całej Halkeginii. Tristain może być ich kolejnym celem, gdy tylko stłumią powstanie. Jeżeli tak to będzie wyglądało, to może być zbyt późno, jeżeli nie przeprowadzimy przygotowań już teraz. - Mazarin wyjaśniał to Henriecie, która patrząc przez okno okazywała brak zainteresowania. - Analizując akcje nieprzyjaciela, na początku należy stworzyć odpowiednie warunki polityczne, Wasza Wysokość. Jeżeli stworzymy sojusz z Germanią, stworzymy pakt przeciwko rządowi Albionu i zagwarantujemy państwu przetrwanie.
Henrietta znowu westchnęła. Mazarin odsłonił zasłonę i wyjrzał przez okno. Ujrzał cień swojej chwały. Młody, zapierający dech w piersiach szlachcic, na głowie miał skórzany kapelusz i długą brodę, maszerował za konwojem. Herb oddziału gryfonów znajdował się na jego czarnej pelerynie, jedna spojrzenie wystarczało, aby wiedzieć dlaczego. Miał głowę, skrzydła i szpony orła oraz ciało i tylne łapy lwa. Gryfon. Ten człowiek był jednym z trzech liderów Magów-Strażników, Jeździec Gryfiński, Kapitan Lord Wardes. Jego dywizja składała się z najbardziej niezapomnianych spośród Magów-Strażników głównie dla Mazarina. Dzierżąc niebezpieczne magiczne męstwo. Magowie-Strażnicy byli skomponowani z najbardziej wyselekcjonowanych ludzi wśród szlachty, a większość z nich rodem z magicznych bestii. Byli symbolem potęgi i chwały Tristain.
- Wzywałaś mnie, Wasza Wysokość? - Oczy Wardesa zamigotały, po czym spojrzał w okno karocy. Okno pomału się otworzyło i wyjrzał Mazarin.
- Wardesie, Jej Wysokość ma depresję. Czy możesz zdobyć coś dla nas co może ją rozweselić?
- Zrozumiałem - Wardes skinął i zaczął taksować drogę spojrzeniem orła. Szybko znalazł małe miejsce na ulicy i skierował tam gryfona. Wyciągnął długą różdżkę zza pasa i z inkantował krótkie zaklęcie. Mały poryw wiatru zebrał wszystkie porozrzucane po ziemi płatki w ręce Wardesa. Wrócił z powrotem do karocy z bukietem i pokazał go Mazarinowi, Mazarin podniósł brwi i zaproponował:
- Kapitanie, proszę wręczyć prezent Jej Wysokości osobiście.
- To będzie dla mnie honor. - Wardes zasalutował i podjechał od drugiej strony karety. Okno pomału się otworzyło, po czym Henrietta wyciągnęła rękę, aby przyjąć prezent, następnie wyciągnęła lewą rękę. Wardes uczuciowo chwycił ją i delikatnie pocałował.

ZnT02-039.jpg

Milczenie przerwało pytanie Henrietty.
- Jak się zowiesz?
- Wasza wysokość, jestem Magiem-Strażnikiem, dowódcą oddziału Gryfonów, Lord Wardes. - Z wdzięcznością, opuścił swoją głowę. Henrietta odpowiedziała: - Wzorcowy szlachcic. To bardzo dobrze rokuje.
- Jestem tylko uniżonym sługą Jej Wysokości.
- Było wiele szlachciców, co chcieliby to powiedzieć. Kiedy dziadek nadal żył, och... podczas wielkich rządów Filipa III, ogół szlachty posiadał ten rodzaj cudownej rycerskości.
- Smutne dzisiejsze czasy, Wasza Wysokość.
- Czy mogę liczyć na twoją lojalność, kiedy przywrócę stare, dobre czasy?
- Kiedy się to stanie, nie ważne gdzie będę, w bitwach na niebach, nie ma znaczenia co muszę opuścić, będę ci służył Wasza Wysokość.
Henrietta skinęła, Wardes jeszcze raz zasalutował, po czym oddalił się.
- Czy ten szlachcic jest bardzo uzdolniony? -Henrietta zapytała Mazarina.
-Lord Wardes. Jego runiczne imię brzmi „Światła”. „Biały Kraj” może tylko pochwalić się bardzo wąskim gronem osób, które są w stanie z nim walczyć.
- Wardes... Gdzieś już słyszałam tę imię.
- Myślę, że to jest niedaleko terytorium Lorda Vallière.
- Vallière? - Henrietta skinęła, na znak, że sobie przypomniała. To z osobą o tym nazwisku, chciała spotkać się w Akademii Magii.
- Kardynale, czy pamiętasz imię szlachcica, który pojmał Fouquet ?
- Niestety nie.
- Czy nie mówiłeś o rycerzu którego spotkamy? - Henrietta była zszokowana.
Mazrin nie był zainteresowany.
- Myślę, że to najwyższy czas, aby zmienić kodeks rycerski. Jedni chcą służyć w wojsku, inni nie. Jak możemy tak łatwo dawać tytuł rycerza komuś, kto aresztował złodzieja? Inaczej, rozumiem, że możemy walczyć z Albionem wraz z Germanią, ale to nie jest dobry pomysł aby stracić lojalność naszych szlachciców.
- Podejmujesz wiele decyzji, o których nic nie wiem, a powinnam.
Mazarin nie odpowiedział. Kontynuował rozmowę. Henrietta pamiętała, że nazwisko Vallière należy do szlachcica który złapał Fouqet. „Wszystko będzie dobrze” - Pomyślała Henrietta i uspokoiła się. - Mazarin spojrzał na Księżniczkę.
- Wasza Wysokość.., jest kilka... niestabilności pomiędzy Rodziną Królewską, a częścią szlachty.
Henrietta zdziwiła się.
- Ktoś zainterweniował w sprawie zamążpójścia Księżniczki i zniszczył nasz sojusz z Germanią.
Zimny pot oblał Księżniczkę.
- Nie miałaś z tym nic wspólnego, prawda, Wasza Wysokość?
Po długim milczeniu Henrietta odpowiedziała beznamiętnie.
- ...nie.
- Trzymam cię za słowo, Wasza Wysokość.
- Jestem Księżniczką. Nie kłamię. - Henrietta westchnęła.
- ...twój czternasty raz, Wasza Wysokość.
- Po prostu coś przyszło mi do głowy. Wszystko co mogę teraz zrobić to westchnąć.
- Wasza Wysokość, stabilność twojego stanu przyjdzie po ustabilizowaniu twoich uczuć.
- Mam tego absolutną świadomość. - Henrietta odpowiedziała apatycznie. Spojrzała na bukiet w jej ręce i zapytała z przygnębieniem - … czy kwiaty na drodze nie są błogosławione, Kardynale?
- Wszystko co wiem to, że kwiaty podarowane przez inną osobę są błogosławione.

***
Kiedy Księżniczka dojechała do bram Akademii, szeregi studentów podniosło różdżki z ciszą i powaga. Za główną bramą były drzwi do głównej wieży. Osman stał z uwagą, aby przyjąć Księżniczkę. Kiedy karoca się zatrzymała, słudzy rozścielili czerwony dywan do jej drzwi. Strażnicy z napięciem informowali o jej przybyciu.
- Jej Najwyższa Wysokość, Księżniczka Królestwa Tristain, Henrietta przybyła!
Pierwszy z karocy wyszedł jednak Kardynał Mazarin. Studenci uklękli, lecz Mazarin nie zwrócił na to uwagi, trzymając rękę Księżniczki kiedy wychodziła. Uczniowie zaczęli klaskać. Młodzieńczy, promienny uśmiech emanował z Księżniczki kiedy szła elegancko.
- To jest Księżniczka Tristain? Heh... Wyglądam od niej lepiej. - Mówiła Kirche - Oh mój Boże, kto według ciebie wygląda lepiej? -obróciła się w stronę Saito, który leżał unieruchomiony na ziemi.
- Hau.
- Nie rozumiem kiedy tylko szczekasz! Kto jest ładniejszy?
Saito spojrzał na Louise, która uważnie patrzyła na księżniczkę. Kiedy tak stała, w ciszy, była bardzo słodka i ładna. Nie miało znaczenia jak mocno od niej obrywa, jak chłodno go traktuje, nawet jeżeli traktuje go jak psa, ten słodki widok potrafił oszołomić Saito i wprowadzić go w trans. Louise nagle poczerwieniała. O co jej chodzi? Spojrzał tam gdzie patrzyła Louise. Patrzyła na mającego kapelusz, super wyglądającego szlachcica jadącego na magicznej bestii z głową orła i ciałem lwa. Saito znalazł powód. Ten szlachcic wygląda jak niezły chłopak, jednak to nie jest powód dlaczego ona tak na niego patrzy i czerwienieje. Czy jestem zazdrosny? - Myślał gorączkowo Saito. Nie, nie może być. Nie mam tego rodzaju relacji z Louise. – Przywołał się do porządku. - To bez znaczenia, nadal mam Kirche. Brunet z dobrze wyposażonym portfelem. Jak się temu tak przyjrzeć, jest idealny dla Kirche. - Myślał raczej podniecony. - Ale Kirche poczerwieniała i również patrzyła na tego szlachcica. Saito opuścił głowę, nagle poczuł ciężar wszystkich łańcuchów, które ciągnęły się po ziemi. Tabitha tylko czytała książkę. Przybycie Księżniczki nie zrobiło na niej wrażenia.
- Mam tak po prostu zostać? - Saito zapytał Tabithe. Podniosła głowę znad książki, spojrzała na Louise i Kirche, znowu spojrzała na Saito i odpowiedziała:
- To tylko trzy dni.

***

Tej nocy...
Saito leżąc na swoim posłaniu patrzył na Loise. Wydawało my się, że nie mogła się uspokoić. Nie mogła usiedzieć w miejscu, ciągle wstawała i zaraz siadała, przytulając poduszkę widocznie się czymś zamartwiała, to trwało od czasu, kiedy ujrzała dzisiaj tego szlachcica. Po tym, nic nie mówiąc, wróciła do pokoju jak duch i zachowywała się w ten sposób.
- Ty... wyglądasz upiornie. - Zaczął Saito. - Nie zareagowała. Wstał podszedł i spojrzał jej w oczy. Żadnej reakcji.
- Trochę za upiornie- Pociągnął za jej włosy. Włosy Louise były bardzo delikatne, miłe w dotyku i kiedy ciągnął je nieznacznie, powinna oderwać się od niego. Użył trochę siły do pociągnięcia, ale ona nadal nie reagowała.
- Czas zmienić twoją piżamę. - Pokaźnie zasalutował i wyciągnął dla niej bluzę, pomału ją rozbierając. Teraz miała na sobie tylko bieliznę. Nadal się nie poruszała, jak pod wpływem zaklęcia... - Nudne... Co jest z nią nie tak? Rany... Saito zakaszlał.
- Mistrzu. W moim świecie istnieje technika „masaż powiększający piersi”.
Oczywiście zaczął ją masować… Saito poczerwieniał. - Trzesz je w taki sposób i wtedy pomału staną się większe. Możesz powiedzieć, że to magia. - Saito przeciągnął swoje dłonie, i zaczął ją masować.
- Co to? Gdzie one są? Dlaczego ich tutaj nie ma? Oh... one są tutaj. - I wtedy pokręcił głową. - Rany. Pomyliłem się. Twoja klatka jest płaska, to dlatego.
Louise nadal się nie ruszała, nawet w trakcie wykonywania „masażu” przez Saito.
- Jestem.., kim ja jestem. I-Idiotą. Co ja teraz zrobię? - Gdy to powiedział, pokręcił głową i położył się na łóżku, chowając twarz w dłoniach. Był widocznie zakłopotany tym co teraz zrobił. I wtedy się załamał. Nie mógł w żaden sposób jej rozweselić, to raniło jego uczucia. Kiedy Saito miotał się w bezładzie, ktoś zapukał do drzwi
-Kto to może być - Saito zapytał Louise.
Pukanie było bardzo systematyczne. Zaczynało się od dwóch długich uderzeń, po czym następowały trzy krótkie uderzenia. Louise nagle wybudziła się ze swojego transu. Założyła ubrania, wstała i otworzyła drzwi. Stała tam dziewczyna, zasłonięta czarną peleryną. Ogarnęła spojrzeniem pokój, upewniając się, że są sami i weszła do środka zamykając za sobą drzwi.
- ...ty jesteś?- Zszokowana Louise ledwo panowała nad głosem
Zasłonięta dziewczyna przyłożyła palec do ust i powiedziała „ciii” i wyciągnęła różdżkę zza czarnej peleryny i lekko poruszyła nią inkantując krótkie zaklęcie. Świecący proszek wypełnił pomieszczenie.
- Zaklęcie Ciszy? - Zapytała Louise. Zasłonięta dziewczyna skinęła. - Ta moc ma extra uszy i oczy dookoła.
Gdy upewniła się, że pokój ma magiczne uszy i nie ma dziur do podglądania, pomału zdjęła kaptur. Stała przed nimi Księżniczka Henrietta. Saito wstrzymał oddech. Louise była teraz bardzo słodka, ale ta Księżniczka nie ustępowała jej w niczym. Louise natychmiast uklękła na kolanie. Saito nie miał pojęcia jak ma się zachować, więc po prostu stał osłupiały. Henrietta chłodno i delikatnie powiedziała:
- Szmat czasu, Vallière.

Przekład[edit]

Gruntowna korekta: Wicher
Tłumaczył: Someone
Poprzednia wersja tłumaczenia: Nastii.chan

Rozdział 3 - Prośba przyjaciela z dzieciństwa[edit]

Księżniczka Henrietta, która przybyła do pokoju Louise, wyglądała jakby miała przezwyciężać emocję. Przytuliła się do klęczącej dziewczyny.
-Oh, Louise, Louise, moja droga Louise.
-Nie powinnaś była tego robić Wasza Wysokość. Przychodzić do takiego skromnego miejsca...- powiedziała uroczyście Louise.
-Oh! Louise! Louise Françoise! Proszę nie zachowuj się tak oficjalnie. Jeśteśmy przecież przyjaciółkami! Jesteśmy przyjaciółkami, czyż tak?
-Nie zasługuję na tak ciepłe słowa, Wasza Wysokość. -Louise odpowiedziała z stalowym, wymuszonym głosem. Saito, ogłupiały, zaczął patrzyć na parę pięknych dziewczyn.
-Proszę przestań! Nie tylko Kardynał, moja Matka, albo ci chciwi arystokraci którzy brzęczą dookoła przybierając przyjazne twarze! Oh, czy nie mam przyjaciół którzy otworzą się dla mnie? Jeżeli nawet ty Louise Françoise, moja stara przyjaciółka którą uznawałam za najbliższą, zachowuję się tak odlegle, wolę umrzeć!
-Wasza Wysokość...
Louise podniosła twarz.
-Kiedy byliśmy małymi dziećmi, czy nie łapaliśmy razem motyli w ogrodach pałacu? Czy nie byłyśmy całe ubłocone?
Z zawstydzoną miną, Louise odpowiedziała.
-...Tak, i La Porte-sama szambelan powiedział nam abyśmy zdjęły te ubłocone ubrania.
-Tak! Racja Louise! Kłóciłyśmy się o pękate kremowe ciastka i na końcu miałyśmy prawdziwą bójkę. Kiedy walczyłyśmy, zawsze przegrywałam. Wolałaś ciągnąć mnie za włosy, a ja po prostu płakałam.
-Nie we wszystkich, Księżniczko. Wygrałaś podczas ostatniej bójki.
Louise powiedziała to z sentymentalnym spojrzeniem.
-Pamiętałaś! Patrząc na nas dwie, ktoś nazwać tą bijatykę Oblężeniem Zamku!
-To było wtedy kiedy walczyłyśmy w dresach w sypialni Księżniczki, czyż nie?
-Tak, w naszym środkowym 'Wymyślonym Zamku', kiedy skończyłyśmy walkę o to kto będzie grał księżniczke. I wtedy uderzyłam w twój żołądek, Louise Françoise, co zadecydowało o tym.
-Zemdlałam w obecności Księżniczki.
Potem, obydwie zaczęły się zwijać ze śmiechu. Saito oczarowany, tylko patrzył na to co się dzieje. Księżniczka może wyglądała jak dama, ale aktualnie była niczym chłopczyca.
-Tak jest lepiej. Louise. Ach rozpłakałam się nostalgicznie przychodząc tutaj.
-Czy wy się znacie?-Zapytał Louise. Louise która zamknęła oczy wspominając dawne czasy opowiedziała
-Miałam zaszczyć być towarzyszem zabaw Księżniczki w dzieciństwie.- Louise zwróciła się w stronę Henrietty.- Ale jestem głęboko poruszona, że Księżniczka pamięta o takich rzeczach... Myślę, że o mnie zapomniałaś.
Księżniczka głęboko westchnęła i usiadła na łóżku.
-Jak mogłabym zapomnieć? O tamtych czasach, kiedy codziennie miałam zabawę. Nie masz się o co martwić, nie zapomnę.- w jej głosie był głęboki smutek.
-Księżniczko?- Louise spojrzała z zmartwieniem w twarz Henrietty.
-Tak bardzo Ci zazdroszczę. Wolność jest tak wspaniałą rzeczą Louise Françoise.
-Co powiedziałaś? Jesteś księżniczką, prawda?
-Księżniczka czuję się w swoim królestwie jak ptak zamknięty w klatce. Udajesz się tu i tam na każdy kaprys...- powiedziała Henrietta wpatrując się w księżyc za oknem. Następnie chwyciła za dłonie Louise i zrobiła słodki uśmiech zanim zaczęła mówić.
-Ja... Wychodzę za mąż.
-...Moje gratulacje!
Powiedziała Louise zmieszanym głosem, gdy poczuła jak smutny był ton Księżniczki. W momenice kiedy Henrietta spojrzała na Saito, który siedział na swoim legowisku powiedziała.
-Oh, wybacz mi. Czy przeszkodziłam?
-A niby w czym?
-Więc, to nie jest twój kochanek? Oh nie. Wydaję się że byłem tak pochłonięta przez nasze wspomnienia, że nie zauważyłam mojej gafy.
-Huh? Kochanek? Ta kreatura?
-Nie nazywaj mnie tak.- powiedział Saito rozczarowanym tonem.
-Księżniczko. To tylko mój chowaniec! Nie żartuj, że on jest moim kochankiem. - Louise dziko potrząsnęła głową, zaprzeczając słowom Henrietty.
-Chowaniec?- Henrietta spojrzała na Saito z pustym wyrazem twarzy.- Ale on wygląda jak człowiek...
-Jestem człowiekiem, Księżniczko. -Sposób przywitania się z Księżniczką Saita był dziwny. I jeszcze został pobity przez twardo zaprzeczającą Louise, że są kochankami. Mimo, że tak było naprawdę, nadal bolało. Przypomniał sobie profil Louise kiedy wpatrywała się w tego młodego szlachcica dzisiejszego poranka. W żadnej możliwości... Jestem chowańcem. Chłopem. Nie szlachcicem. I chcę wrócić do domu. Chcę zjeść teriyaki. Tak i dużo odpowiedzi na internetowym portalu randkowym Bolesne wspomnienia takie jak te wirowały w jego klatce piersiowej. Czując się podniesionym na duchu, przyłożył rękę do ściany. Saito stał się podniecony a jego uczucia wróciły do normy. Co za gorączkowa osobowość.
-Prawda, prawda. Oh, Louise Françoise, zmieniłaś się od czasu naszej młodości, ale nadal jesteś taka sama.
-Nie mam takiego chowańca bo chciałam.- Louise spojrzała rozczarowana. Henrietta znowu westchnęła.- Księżniczko, co się stało?
-Nie nic. Wybacz mi. Jestem tak zawstydzona. To nie jest nic o czy powinnam ci powiedzieć... ale jestem tak...
-Proszę powiedz mi. Czy masz jakieś problemy Księżniczko, jak wielkie one są, że wzdychasz tak jak teraz?
-... Nie nie mogę ci powiedzieć. Proszę zapomnij, że coś powiedziałam, Louise.
-Nie zapomnę. Czy nie rozmawiałyśmy o wszystkim? Księżniczka była jedyną która nazywała mnie przyjaciółką. Czy mam się nie przejmować moimi przyjaciółmi?- Kiedy Louise to powiedziała, Henrietta uśmiechnęła się promiennie.
-Nazwałaś mnie przyjaciółką, Louise Françoise. To mnie cieszy.- Henrietta skinęła głową w determinacji i zaczęła mówić.
-Nie możesz nikomu powiedzieć o tym co teraz ci powiem.
Księżniczka spojrzała przelotnie na Saito.
-Czy powinienem wyjść?
Pokręciła głową.
-Mag i chowaniec są jednym. Nie widzę powodu abyś musiał wyjść.- i z smutnym głosem, zaczęła mówić- Wychodzę za mąż za Króla Germanii.
-Powiedziałaś Germanii?- Louise, która nienawidziła Germanii, powiedziała zdziwionym głosem.- Czy to nie jest kraj barbarzyńców?!
-Tak! Tylko że to nie pomoże. Nasz sojusz musi zostać potwierdzony.- Henrietta wytłumaczyła sytuację polityczną Haleginii Louise.- Na terenie Albiony wybuchło powstanie szlachty i wygląda na to, że Rodzina Królewska niedługo upadnie. Jeżeli rebelianci wygrają, następnym ich ruchem będzie atak na Tristain. Aby się obronić, nasz kraj szuka sojuszu z Germanią. Dla sojuszników, zdecydowano, że ja wyjdę za mąż za kogoś z Germańskiej Rodziny Królewskiej...
-Więc dlaczego... - Louise powiedziała z przygnębionym głosem. Słychać było z tonu głosu Księżniczki, że nie chciała małżeństwa.
-To prawda, Louise. Dawno opuściłam koncepcję małżeństwa kogoś, kogo kocham.
-Księżniczko...
-Ale Albiońscy szlachcice nie chcą sojuszu pomiędzy Tristain i Germanią. Dwie strzały są łatwiejsze do złamania, jeżeli nie są razem.- mruknęła Henrietta.- Dlatego poszukują czegokolwiek co może zniszczyć małżeństwo. I coś znaleźli...
Saito nie wiedział nic o sojuszu albo Albionie, ale w żadnym wypadku, nie wątpił, że to coś poważnego. Tak, tak wielkie jak Yagoto [Yagoto-stacja gdzieś w Japonii przyp. tłumacz] pomyślał Saito.
-Więc jest coś co może ingerować w małżeństwo Księżniczki?- zapytała Louise patrząc na bladą twarz Henrietty która skruszenie skinęła.- Oh, Brimirze Założycielu... proszę ochroń tę nieszczęśliwą księżniczkę...
Henrietta schowała twarz w dłoniach i upadła na ziemie. Saito był trochę zszokowany tym dramatycznym gestem. Jeszcze nigdy nie widział czegoś tak wspaniałego w swoim życiu. Z rękoma na twarzy, Henrietta spojrzała na Louise w bólu i mruknęła.
-... Chodzi o list który wysłałam dawno temu.
-List?
-Tak. Jeżeli szlachta Albiońska położy na nim swoje ręce... Wtedy prawdopodobnie wyślą go do Rodziny Królewskiej Germanii.
-Co takiego znajduje się w tym liście?
-... Nie moŋe ci powiedzieć. Ale jeżeli Rodzina Królewska Germanii przeczyta go... wtedy nigdy mi nie wybaczą. Małżeństwo zostanie zerwane, a razem z nim, sojusz z Tristain. A wtedy zostaniemy sami przeciwko silnemu Albionowi.
Louise chwyciła za ręce Henrietty.
-Gdzie może być ten list? Ten list może przynieść kryzys do Tristain!
Księżniczka pokręciła głową.
-Nie ma go tu. Prawda jest taka, że jest w Albionie.
-Albion! Ale to znaczy... Że aktualnie znajduję się w rękach wroga?
-Nie... Jedyna osoba która może mieć list nie jest rebeliantem. To konflikt pomiędzy rebeliantami a ich krewnym, Księciem Walii...
-Księciem Walii? Książę Valiant?
Henrietta rzuciła się na łóżko.
-Oh, to katastrofa! Wcześniej czy później, Książę Wales umrze z rąk rebeliantów. A kiedy to się stanie, list ujrzy światło dzienne. I wszystko zostanie zniszczone! Zniszczone! Bez sojuszu, Tristain będzie łatwy do przejęcia!
-Louise wstrzymała oddech.
-Więc, Księżniczko, faworyzowałaś mnie aby zapytać...
-Niemożliwe! To niemożliwe, Jak mogłabym być tak okropna? Mylisz się! Kiedy o tym myślę, nie mogę Cię poprosić o tak niebezpieczne zadanie, jakim jest wyruszenie do Albionu podczas konfliktu pomiędzy szlachtą i Rodziną Królewską!
-Co powiedziałaś? Nawet jeżeli to kotły piekła, albo pieczara smoka, jeżeli to dla Księżniczki pójdę wszędzie! Nie ma mowy, aby trzecia córka Domu Vallière, Louise Françoise mogłaby tylko patrzyć na kryzys Księżniczki Tristain- Louise uklękła i opuściła głowę z czcią.- Proszę pomiń ten powód dla mnie, osoby która złapała Fouquet the Crumbling Earth.
Saito, który opierał się ramieniem o mur, spojrzał na Louise i powiedział.
-Hej, czy to nie byłem ja?
-Jesteś moim chowańcem.
-Woof.
-Osiągnięcie chowańca, jest osiągnięciem mistrza.- powiedziała Louise z wielką pewnością siebie.
-Błąd chowańca również?
-To jest twój błąd, czyż nie?
Choć poczuł się oszukany, nie było sensu wyrażać sprzeciwu, bo Louise przyjęła agresywną postawę. Saito skinął głową.
-Więc pomożesz mi? Louise Françoise? Moja droga przyjaciółko!
-Oczywiście Księżniczko! - Louise chwyciła ręce Henrietty. Forma słów wypowiedzianych zapalczywym tonem spowodowało płacz Księżniczki.
-Księżniczko! Ja, Louise, wieczna przyjaciółka księżniczki, będę twoją powiernicą! Zapomniałaś o moich ślubach wiecznej lojalności?
-Ah, lojalność. To lojalność i szczera przyjaźń. Jestem głęboko poruszona. Nigdy nie zapomnę o twojej lojalności i przyjaźni! Louise Françoise!
Saito otworzył usta wpatrując się na dwie dziewczyny. To była rozmowa pomiędzy dwoma ludźmi którzy upijają się w swoich słowach Ah, więc to jest tak, jak dla szlachty i księżniczek, to kłopotliwe Saito był przekonany, że to co widzi jest dziwne.
-Louise. Przepraszam, że przeszkadam kiedy potwierdzasz swoją przyjaźń i to wszystko.
-Co?
-Idąc do Albionu w środku wojny jest w porządku, ale co użyję jako broni jeżeli tam będę?
-Kupiłam ci miecz. To powinno wystarczyć.
-Tak, zrobię co w mojej mocy...
Saito opuścił głowę markotnie. Zaczął rozmyślać o tym, że nie rozmawiali o runie Legendarnego Chowańca Gandálfra która pojawiła się na wierzchu jego lewej dłoni. Ale nawet jeżeli to powiedziałem, to po prostu zmarnowałem czas myślał Saito. Legendarny czy nie, nadal traktuje mnie jak psa.
-Więc powinniśmy ruszać do Albionu, znaleźć Pałać Księcia Walii i zabrać list z powrotem. Prawda Księżniczko?
-Tak, dokładnie. Jestem ci dłużna, osobie która złapała Fouquet the Crumbling Earth, powinna być w stanie ukończyć tą trudną misję.
-Jak sobie życzysz. Jak pilne jest to zadanie?
-Słyszałam o szlachcicach Albiońskich którym udało się znaleźć rojalistów w zakątkach kraju. To tylko kwestia czasu, kiedy zostaną pokonani.- Poważne spojrzenie powędrowało od Louise do Henrietty- Więc do jutra.
Potem, Henrietta spojrzała na Saito, któremu serce zaczęłow walić. Chociaż Louise była szalenie piękna i zgrabna, Księżniczka również nieustępowała jej w urodzie. Jej włosy o kolorze prosa [lol], przycięte tuż nad brwiami, pływały wdzięcznie. Jej niebieskie oczy lśniły jak brylanty w południowych morzach. Biała skóra, na której pływała czystość, nos jak bezcenna i piękna rzeźba. Saito patrzył na Henriette jak w transie. Louise patrzyła na to chłodnym wzrokiem. Nie rozumiał, dlaczego była w dobrym humorze. Dlaczego na mnie patrzysz, Louise? Ah, to dlatego, że gapię się na księżniczkę z podziwem? Czyżbyś była zazdrosna? Ale czy nie poczerwieniałaś kiedy zobaczyłaś tego szlachcica z skórzanym kapeluszem? I czy nie odleciałaś całkowicie po tym? To zabawne, jak zazdrosna się stajesz, Louise Saito potrząsł głową. Raczej niż twój kochanek, nie jestem tylko chowańcem? Czy nigdy nie będę dla ciebie więcej niż psem? Jestem tylko twoim psem, więc dlaczego tak na mnie patrzysz Louise? Ah, ponieważ jestem psem? Jest tak ponieważ ktoś mnie lubi, ktoś kto jest po prostu psem patrzy na nią? Moje przeprosiny. Proszę wybacz mi bycie nudnym. Woof. Głowa Saito odwróciła się sama na dwie sekundy. Louise spojrzała gdzie indziej z „Hmph”. Saito z powrotem się obrócił. Henrietta nie zauważyła subtelnej zmiany pomiędzy Louise i Saito. Zaczęła mówić radosnym głosem.
-Niezawodny towarzysz-san.
-Tak? Mówisz do mnie? - po tym jak Henrietta nazwała Saito niezawodnym, załamany Saito stał się szczęśliwszy.
-Nieee, to za dużo. Traktuj mnie jak psa.
-Proszę zaopiekuj się mną i zostań moim przyjacielem.- Księżniczka delikatnie podała mu rękę. Uścisk dłoni? Pomyślał Saito, ale wierzch jej dłoni skierowany był w górę. Co znaczy ten gest? Louise powiedziała ze zdumionym głosem.
-Nie powinnaś tego robić! Księżniczko! Oferować dłoń towarzyszowi!
-Jest okej. Ta osoba będzie działać na mój wzgląd, więc zasługuje na nagrodę. Nie wątpię w jego lojalność.
-Ah...
-Oferujesz mi rękę? Coś takiego robi się dla psa? Więc tak traktujesz psy?- Saito pochylił głowę. -To nie to. Oh, to dlatego jesteś psem... psem chowańcem który nie wie niczego. Kiedy oferuję ci rękę, to znaczy, że możesz ją pocałować. To jasne.
-To jest... takie agresywne...
Usta Saito otworzyły się szeroko. Nigdy nie myślał, że będzie mógł pocałować Księżniczkę z innego świata.. Hernrietta uśmiechnęła się słodko do Saito. Jej uśmiech pojawiał się w interesach do innych ludzi, ale Saito myślał Kocham to Księżniczka nie jest taka zła.. Saito spojrzał na Louise która mruczał coś pod nosem i odwróciła się. Ah więc, ty też jesteś zazdrosna. Popatrz na siebie. To jest za to czerwienienie się w obecności tego szlachcica. Saito chwycił rękę Henrietty i przyciągnął ją do siebie.
-Eh?- Henrietta otworzyła usta ze zdziwieniem. Ale zaraz usta Saito i księżniczki się spotkały.
-Mmph...-Jak delikatne, małe wargi to były. Oczy Henrietty stały się okrągłe. Jej twarz zbladła. Henrietta poślizgnęła się i upadła na łóżko.
-Zemdlała? Dl-dlaczego?
-Co zrobiłeś Jej Wysokości?! Ty p-p-p-psie!
-Woof?- Kiedy Saito się obracał Louise kopnęła go w twarz podeszwą buta. Saito po otrzymaniu kopniaka podskoczył i upadł na ziemie. - Za co to było?
Louise była bardzo wściekła, spojrzenie na nią groziło podpaleniem.
-Skąd miałem wiedzieć? Nie wiem nic o obowiązujących tu zasadach. - Jego twarz została podeptana. Saito przyłożył ręce i powiedział wyraźnie. To było pierwsze takie doświadczenie Saito.
-T-t-t-t-t-ty, ty, ty psie... - Głos Louise drżał w furii. Henrietta ocknęła się i potrząsła głową. Louise upadła na kolana przed nią. Pociągnęła głowę Saito i wcisnęła w ziemie.- P-przepraszam. Mój chowaniec źle się zachował, to mój chowaniec się źle zachował. I mówi ci to również! Przepraszam!- Zawsze dumna Louise przepraszała kogoś. Trzęsła się całym ciałem. Jeżeli czegoś nie powiem jej, prawdopodobnie zaraz mnie zabije.- pomyślał Saito i powiedział:
-Przepraszam. Zrobiłem to ponieważ powiedziałaś mi, że mogę ją pocałować.
-Ale gdzie znajdziesz kogoś, kto będzie chciał pocałować ją w usta po tym?
-Tutaj – Louise uderzyła Saito w twarz.
-Jaki zapominalski. Kto pozwolił mówić ci językiem ludzki? Tylko szczekaj. Psie. Wracaj tu. Mówię. Wszyscy widzą psa. Głupiego psa.- I stanęła na głowię Saito stopą i wgniotła go w podłogę.
-J-jest w porządku. Lojalność zasługuje na nagrodę. -Henrietta schyliła głowę, wkładając duży wysiłek, aby wstać. W tym czasie drzwi pomału się otworzyły i ktoś przez nie wejrzał.
-Ty! Księżniczka! Co ty tutaj robisz?! - była to osoba która walczyła z Saito, Guiche de Gramont z imitacją róży w ręku.
-Czego chcesz?- powiedział Saito leżący na ziemi, ponieważ Louise nadal stąpała po jego głowe.
-Guiche! Ty! Czy podsłuchiwałeś? Słyszałeś naszą rozmowę?! - Guiche jednak nie odpowiedział na obydwa pytania i tylko stał w oszołomieniu.
-Dla mnie łowcy miłości, piękna księżniczka przyprowadza mnie w to miejsce... i wtedy widzę złodziei z którymi rozmawiasz i patrząc w dziurkę od klucza... widzę tego głupiego chowańca który cię całuje. - Guiche zaczął płakać.
-Walcz ze mną! Ty łajdaku! - Saito podniósł się i uderzył Guiche w twarz.
-Ała!
-Uspokój się głupcze! Nadal pamiętam jak złamałeś mi rękę!
Saito kopnął Guiche leżącego na ziemi i zaczął wyłamywać sobie palce.
-To nie fair! Ty. Gah!
-Więc co teraz? Ten chłopak podsłuchiwał opowiadanie księżniczki. Czy powinniśmy go powiesić? - Jeżeli przeciwnikiem był mężczyzna, Saito był bardzo poważny. -Myślę, że to najlepsze rozwiązanie... to źle, że podsłuchiwał naszą rozmowę...
Guiche wyrwał się z pułapki Saita i wstał.
-Wasza Wysokość! Proszę cię, dodaj mnie, Guiche de Gramonta do tej trudnej misji!
-Oh? Ciebie?
-Powinieneś iść spać- Saito podkosił Guiche który znowu upadł.
-Pozwól mi dołączyć! - krzyknął Guiche leżący na ziemi.
-Dlaczego? - Twarz Guiche poczerwieniała.
-Chciałbym być użyteczny dla Jej Wysokości.
Saito szukał jakiegoś powodu w wyglądzie Guiche.
-Zakochałeś się? W Księżniczce?!
-Nie mów takich niegrzecznych rzeczy. Jestem absolutnie pewny, że chcę być użyteczny dla Jej Wysokości. -Jednak twarz Guiche mocno płonęła, gdy to mówił. Gdy wypowadał te słowa patrzył z pasją na Henriette zauroczony.
-Ale masz dziewczynę. Jak jej to było? Uh, Monmon-coś...
-Montmorency.
-Więć co z nią?- Guiche milczał. Rozumiem pomyślał Saito.
-Zostałeś wrobiony? Całkowicie cię olała, czy tak?
-C-cicho! To wszystko twoja wina!
Stało się tak przez perfumy w jadalni. Kiedy został złapany na umawianiu się z dwoma dziewczynami, Guiche był cały mokry przez wino które rozlała na jego głowę Montmorency.
-Gramont? Syn Generała Gramonta?- Henrietta spojrzała na bezmyślną twarz Guiche.
-Tak zgadza się, jestem jego synem, Wasza Wysokość.- Guiche wstał i ukłonił się z czcią.
-I powiedziałeś, że chcesz mi pomóc?
-To byłby dla mnie wielki honor jeżeli zostałbym członkiem tego zespołu. - Henrietta uśmiechnęła się do Guiche z entuzjazmem.
-Dziękuję ci. Twój ojciec jest niesamowitym, dobrym szlachcicem, i rozumiem, że płynie w tobie jego krew. Więc proszę. Czy pomożesz tej nieszczęśliwej księżniczce, Sir Guiche?
-Jej Wysokość wypowiedziała moje imię. Jej Wysokość! Kwiat miłości Tristain uśmiechnęła się do mnie jej różanym uśmiechem!- Guiche poczuł się bardzo podekscytowany, cofnął się ze słabością.
-Czy wszystko z nim w porządky?- Saito spojrzał na Guiche. Louise zaś zignorowała to i powiedziała poważnym głosem.
-Więc, jutrzejszego poranka wyruszamy do Albionu.
-Słyszeliśmy, że Książę Wales ma obóz w okolicach Newcastle w Albionie.
-Rozumiem. Wcześniej podróżowałem po Albionie z moją siostrą, więc znam się na geografii.
-To będzie niebezpieczne zadanie. Jeżeli szlachta Albiońska odkryję waszą misję, zrobią wszystko aby przeszkodzić wam.- Henrietta usiadła przy biórku, wzięła do ręki pióro i papier Louise i napisała list. Henrietta zastanowiła się przez chwilę i zaczęła pisać ze smutkiem opuszczając głowę.
-Księżniczko? Coś się stało?- powiedziała Louise, sądząc, że coś się stało.

-T-to nic.- Henrietta poczerwieniała, spojrzała na list i dopisała jeszcze jedną linijkę.
ZnT02-087.jpg

-Brimirze Założycielu... Proszę wybacz tej samolubnej księżniczce. Kiedy pomyślę, że mój kraj ma problemy, nie mogę mu pomóc, ale pisze to jedno zdanie... Nie mogę kłamać o moich uczuciach...
Twarz Henrietty wyglądała tak jakby pisała list miłosny, a nie tajną wiadomość. Louise nie mogła nic więcej powiedzieć, więc tylko patrzyła na Henriette. Księżniczka zwinęła list który napisała. Poruszyła jej różdźką. Z jej końca wystrzelił wosk który poleciał na zwinięty list i szczelnie zamknął go. Następnie podała go do Louise.
-Kiedy spotkasz Księcia Walesa, proszę wręcz mu ten list. Kiedy go przeczyta powinien oddać ci tamten. - Mówiąc to Henrietta zdjęła pierścień z palca na prawej dłoni i wręczyła go Louise.
-To jest Rubin Wody, który otrzymałam od matki. Powinien posłużyć jako dobry znak rozpoznawczy. Jeżeli nie masz pieniędzy, proszę sprzedaj go podróżnym handlarzom.
Louise opuściła głowę w ciszy.
-Ta misja jest ważna dla przyszłości Tristain. Dlatego, pierścień mojej matki ochroni cię przed szorstkim potraktowanie ze strony Albiończyków.

Przekład[edit]

Tłumaczenie wykonał Someone W razie błędów pisz: [email protected]



Rozdział 4: Port La Rochelle[edit]

Rozdział czwarty: Port La Rochelle Kiedy tylko wstało słońce, Saito, Guiche i Louise zaczęli siodłać konie. Za Saito spoczywał Derflinger. Ponieważ był długi nie mógł być przymocowany do jego pleców. Louise ubrała swój mundurek, ale założyła buty do jazdy konnej. Sądząc po tym, Louise spędziła dużo czasu jeżdżąc konno. Jak daleko jest stąd do Albionu? Nadal nie najlepiej jeżdżę konno. Prawdopodobnie plecy będą mnie boleć od jazdy myślał Saito. Jednak przed ruszeniem Guiche powiedział niezręcznie.
-Mam prośbę...
-Czego chcesz?- Zapytał Saito siadając na konia. Nadal nie mógł wybaczyć Guiche'owi za rany zadane podczas ich niedawnej walki.
-Chciałbym wziąć mojego chowańca.
-Czy ty w ogóle masz chowańca?
-Oczywiście, że tak. Każdy mag ma jednego.- Saito i Louise spojrzeli na siebie i zwrócili wzrok w stronę Guiche.
-Gdzie jest twój chowaniec?
-Tutaj- odpowiedział Guiche wskazując na ziemię.
-Ale tutaj nic nie ma- powiedziała Louise.
Guiche zamiast odpowiedzieć tupnął stopą w ziemie. Z podziemi wyłoniła się wielka brązowa kreatura.
-Verdandi! Oh, moja słodka Verdandi!
Saito oniemiał, ale po chwili zapytał:
-Czym jest ta kreatura?
-Gdzie ty widzisz kreaturę? To jest mój słodki chowaniec- Verdandi
-Sądzisz, że twoim chowańcem jest to wielkie coś?- Po przyglądnięciu się, kret był podobnej wielkości co mały niedźwiedź.
-Tak. Ahh. Mój Verdandi, wyglądasz tak słodko jak na ciebie patrzę. Czy zjadłeś robaki przed przybyciem tutaj?
Wielki kret pokiwał radośnie głową w odpowiedzi.
-Naprawdę? To wspaniale- powiedział Guiche kiedy pocierał policzkiem o policzek swojego chowańca.
-Myślę, że nie możemy wziąć twojego chowańca z nami...- powiedział Saito zdegustowany.
-To prawda Guiche. Ten potwór porusza się pod ziemią?
-Tak to prawa. Jednak myślę, że jest nieznacznie większy niż inne, ale Verdandi to nadal kret.
-Jak zamierzamy go zabrać? Cały czas będziemy jechać konno- powiedziała Louise wzburzonym głosem.
-Wszystko w porządku. Verdandi porusza się szybko pod ziemią. Mam rację, Verdandi?
Wielki kret skinął na zgodę.
-Ale my ruszamy do Albionu. Nie możemy wziąć potwora poruszającego się pod ziemią. - wyjaśniła Louise. Guiche słysząc to, ukląkł na ziemi i odpowiedział:
-Nie mogę być w separacji z moim drogim Verdandim... Oh! Co za ból...
W tym samym czasie, ogromny kret podniósł swój nos i zaczął zbliżać się do Louise
-Co ten głupi kret próbuje zrobić!?
-Jaki mistrz, taki chowaniec. Obydwaj interesują się tym samym- dziewczynami- powiedział Saito
-Stop! Zatrzymaj to natychmiast!- Gigantyczny kret wywrócił Louise i zaczął ją obwąchiwać.
-Ah!!! Patrz gdzie mnie wąchasz! Przestań!- Louise będąca ciągle szturchana przez nos gigantycznego kreta, zaczęła się obracać po ziemi. W tym czasie jej ubrania zaczęły się podwijać eksponując jej bieliznę. Louise zaczęła się bardzo denerwować... Saito bezwiednie zaczął zanużać się patrząc na Louise i Verdandi widząc ten piękny obrazek.
-Ah... Jak piękna scena. Wielki kret dokucza damie.
-Całkowicie się zgadzam.- Saito i Guiche skinęli na zgodę
-Przestańcie mówić nonsensy, wy idioci! Chodźcie tu i mi pomóżcie! Ahh!!!- Wielki kret zobaczył pierścień na palcu prawej ręki Louise i zaczął obwąchiwać go nosem.
-Ty bezczelny krecie! Przestań obwąchiwać pierścień który Jej Wysokość mi powierzyła!
-Teraz rozumiem. Chodzi o pierścień! Verdandi kocha biżuterię!
-Zupełnie jak irytujący szkodnik!
-Proszę nie nazywaj Verdandi'ego irytującym szkodnikiem! To dlatego, że Verdandi poszukuje cennych kamieni i biżuterii. Dla magów Ziemi, nie ma nic bardziej pomocnego niż to.
Kiedy Louise przygotowywała się do uderzenie, przyszedł nagły podmuch wiatru i odrzucił Verdandi'ego od Louise.
-Co to było?- Krzyknął Guiche nerwowo.
Raczej tęgo wyglądający szlachcic ubrany w skórzany kapelusz pojawił się w promieniach słonecznych za Guichem. Saito spojrzał na niego zdziwiony.
-Ta... ta osoba jest...
-Co zrobiłeś z moim Verdandim?- Guiche pochopnie wyciągnął swoją różdżkę wyglądającą jak róża, ale szlachcic był szybszy. Zanim Guiche zdążył za inkantować jakiekolwiek zaklęcie, jego różdżka była w jego dłoni.
-Nie jestem twoim wrogiem. Znajduję się tutaj z rozkazu Jej Wysokości, aby towarzyszyć wam w waszej misji. Księżniczka martwi się o to, że do Albionu wyrusza was tak mało, ale wysłanie dużej ilości jednostek jest zbyt rzucające się w oczy. Jednakże zgłosiłem się, aby towarzyszyć wam w zadaniu- powiedział szlachcic kiedy zdejmował swój kapelusz.
-Jestem kapitanem Oddziału Gryffinów, wicehrabia Wardes- Narzekający Guiche szybko ucichł. Większość szlachciców, włączając w to Guiche'a, móc dołączyć do Oddziału Gryffinów to wielki prestiż. Wardes spojrzał i powiedział przepraszającym tonem.
-Przepraszam za to co zrobiłem twojemu chowańcowi. Nie mogłem patrzeć jak moja narzeczona jest prześladowana
-CO?! -Saito był zszokowany- Narzeczona?
-Ten niesamowity szlachcic jest narzeczonym Louise?
-Wardes-sama- powiedziała Louise trzęsącym głosem, gdy tylko wstała.
-Minęło trochę czasu. Moja Louise, moja droga Louise.
Moja Louise??? Czy to jakiś żart? pomyślał Saito. Wardes zbliżył się do Louise i z wielkim uśmiechem podniósł ją.- Lekka jak zawsze. Tak jak piórko.
-Wicehrabio... proszę nie rób tego... tu są ludzie...- Wardes odstawił Louise na ziemie i powiedział- Czy możesz przedstawić mnie swoim kompanom?
-Emm... To jest Guiche de Gramont i mój chowaniec, Saito- powiedziała Louise wskazując na nich i wypowiadając ich imiona. Guiche który nie śmiał spojrzeć na Wardesa bezpośrednio, opuścił głowę. Saito powtórzył jego gest niechętnie. Wardes z zdziwioną miną rzekł:
-Czy ty jesteś towarzyszem Louise? To pierwszy raz jak widzę człowieka będącego chowańcem. Dziękuję za opiekowanie się moją narzeczoną.
-Proszę bardzo- Saito wykorzystał okazję i przyjrzał się Wardesowi. Był rzeczywiście przystojny. Nawet jeżeli Guiche mógł być zaliczany do przystojnych, zawsze robił z siebie głupka i podejmował nieracjonalne decyzje. Mógł nawet przytulać się policzkiem do wielkiego kreta. Jednakże Wardes nie tylko dobrze wyglądał. Jego spojrzenie było niczym spojrzenie orła- ostre i gwałtowne. Jego wąsy wzmacniały jego męskość. Na dodatek miał muskuły i ogólnie był dobrze zbudowany. Na początku Saito myślał, że wszyscy magicy mają ciało takie jak Guiche, ale był w błędzie Jeżeli pojedynkowaliby się na pięści, a Wardes bez magii, Saito mógł przegrać w sekundy. Myśląc o tym wszystkim, Saito westchnął. Wardes widząc to zbliżył się do Saita i poklepał go po ramieniu.
-Coś nie tak? Masz wątpliwości o tej wycieczce? Nie masz się czego bać! Czy nie byłeś tym który pojmał Fouquet the Crumbling Earth? Z twoją odwagą, nie ma nic niemożliwego.- Kiedy Wardes skończył uśmiechnął się. Widząc to Saito poczuł wyrzuty sumienia. Czy on naprawdę jest dobrą osobą? Wątpię, abym mógł równać się z nim w każdej dziedzinie. To prawda. Myślę, że Louise niedługo wyjdzie za niego... Samo myślenie o tym tworzy we mnie uczucie samotności i pustki. Louise która nie uspokoiła się w obecności Wardesa, poczuła niepokój i niepewność. Saito odwrócił głowę nie chcąc patrzeć na Louise w tym stanie. Wardes zagwizdał. Na dźwięk jego głosu zza chmur pojawił się gryffin. Była to mityczna bestia z głową orła i ciałem lwa. Jego przednie łapy miały na sobie piękne pióra. Wardes wspiął się na gryffina z gracją i wyciągnął dłoń do Louise
-Chodź tutaj, moja Louise.- Louise opuściła głowę z niezdecydowaniem i nieśmiałością, jak zakochana dziewczyna. Przez to Saito stał się jeszcze bardziej zazdrosny. Co on sobie myśli? „Chodź tutaj, moja Louise”? Twoja Louise? Twoja Louise?! Co za nieznośny kaprys!- Saito będący mężczyzną, zachował swoje myśli dla siebie i w ciszy dosiadł konia. Louise która nadal się wahała, nagle wszedła na gryffina obok Wardesa. Z dłońmi na lejcach, Wardes zakrzyczał:
-Więc wszyscy ruszamy!
Gryffin ruszył pierwszy. Za nim był Guiche, który patrzył na Wardesa z pełnym podziwem, na końcu przygnębiony Saito. Myślał do siebie patrząc na bezchmurne niebo. Jak daleko jest stąd do Albionu?

***

Z biura dyrektora Henrietta patrzyła na Saito i innych zmierzających w stronę Albionu. Zamykając oczy zaczęła się modlić.
-Brimirze Założycielu, proszę obdarz ich ochroną podczas misji- Obok niej stał dyrektor szkoły Osman gładząc się po brodzie.- Nie zamierzasz na nich spojrzeć, dyrektorze Osman?
-Nie, wystarczy, że ty na nich patrzysz. Ja jestem zajęty gładzeniem swojej brody, Wasza Wysokość.
Henrietta pokręciła głową w dezaprobacie. Wtedy rozległo się pukanie do drzwi.
-Wejść- powiedział dyrektor
Profesor Colbert wszedł do pokoju z niespokojnym spojrzeniem.
-Złe wieści, Dyrektorze!
-Bardzo często to mówisz. Co tym razem?
-Słyszałem to od Strażników Zamkowych. Fouquet uciekła.
-Hmm...- powiedział Osman nadal gładząc się po brodzie. -Według strażnika, będącego na straży w tym czasie, trochę szlachciców ogłuszyło ich używając magii wiatru. Osoba ta użyła bardzo zaawansowanej magii. Możliwe, że był to jeden z ochroniarzy Jej Wysokości pomógł Fouquet w ucieczce. To oznacza, że w zamku jest szpieg! Czy to nie są złe wieści?
Henrietta podniosła głowę słysząc to. Dyrektor wskazał dłonią wyjście i powiedział:
-Dobrze. Dobrze. Wysłuchamy dokładniejsze wiadomości od ciebie później.
Gdy tylko profesor Colbert wyszedł, Henrietta położyła ręce za stole i westchnęła głęboko.
-Mamy szpiega w naszym zamku. On musi być powiązany z szlachtą Albiońską!
-Możliwe że to... AŁĆ!- powiedział dyrektor gdy przypadkowo pociągnął się za brodę. Henrietta spojrzałą na niego bezradnie.
-Jak możesz nadal być tak zrelaksowany? Waży się przyszłość Tristain.
-Wróg jest teraz w ruchu. Możemy tylko czekać, prawda?
-Nawet jeżeli...
-Masz rację. Dowiemy się kto to jest, jeżeli spowoduje jakieś problemy.
-Mówisz o Guiche? Czy o wicehrabim Wardes'ie ?
Dyrektor pokręcił głową.
-Nie mów mi, że tą osobą jest chowaniec Louise. Jak to jest możliwe? Czy nie jest tylko chłopem?
-Wasza Wysokość, czy słyszałaś opowieść o Brimirze Założycielu?
-Czytałam wiele historii na ten temat...- dyrektor uśmiechnął się i odpowiedział:
-Zatem wiesz o Gandálfrie.
-Czy to nie jest najsilniejszy z chowańców Brimira Założyciela? Nie mów mi, że...
W tym czasie, dyrektor Osman poczuł, że ujawnił zbyt wiele. Sekret Gandálfra chciał zachować dla siebie. Mimo że ufał Henriecie, nie chciał, aby Rodzina Królewska dowiedziała się teraz o Gandálfrie.
-Tak, jako silny i zdolny Gandálfr a ponadto przybył tutaj z innego świata.
-Innego świata?
-Zgadza się. Przybył z innego świata niż Halkeginia. Albo powinienem powiedzieć z miejsca niebędącego Halkeginią. Zawsze wierzyłem, że ten młodzieniec pochodzi z innego świata. To jest również powód dla którego jestem tak bardzo beztroski nawet w takim niebezpiecznym czasie.
-Świat inny od Halkeginii istnieje...- Henrietta była zszokowana. Z jej młodej twarzy nie znikało zdziwienie. Przysłoniła usta swoimi rękoma, zamknęła oczy, uśmiechnęła się i powiedziała.
-Więc pomódlmy się za wiatr nadchodzący z innego świata.

***

Droga z Tristain do portu La Rochelle konno zajęła dwa dni. Miasto było usytuowane w głębokim i wąskim wąwozie. Z tego powodu w mieście mieszkało zaledwie trzysta osób. La Rochelle był bramą do Albion, zatem podróżników było dziesięć razy więcej niż stałych mieszkańców. Z boków kanionu wyłaniały się głazy. Ludzie w tych głazach wykuli wiele sklepów i karczm. Mimo to budynki wyglądały zwyczajnie, po bliższym przyjrzeniu można było zauważyć, że zrobione było z jednej skały przez magów ziemi klawy Kwadratu. W wąskiej uliczce pojawiał si cień kiedy tylko słońce chwało się za głazami. Jeżeli ktoś przeszedł się po ulicy, mógł zobaczyć wiele innych węższych uliczek prowadzących do baru. Na szyldzie przypominający kufel z winem, napisana była nazwa baru- „Bar Baryłka Złotego Wina”. Jednakże, w sklepie nic nie przypominało nazwy karczmy; bar był zniszczony jak nawiedzony dom. Większością klientów byli gangsterzy i mecenasowie. Kiedy pili, często walczyli o niewielkie rzeczy. Kiedy chcieli walczyć, używali broni. Dlatego, można było zobaczyć martwych i ciężko rannych w barze. Sprzedawca nie chciał widzieć więcej ran i umierających wywiesił kartkę wewnątrz baru: „Prosze używać krzeseł kiedy walczycie”. Dzięki tej notatce klienci poczuli dobroć sklepikarza. Więc zaczęli używać krzeseł podczas walki zamiast swojej broni. Mimo to nadal byli ranni, ale teraz nikt nie ginął. Z tego powodu, zniszczone krzesła leżały obok drzwi. Dzisiaj „Bar Baryłka Złotego Wina” poczuł, że klienci są niezwykli. Pewno dlatego, że wracali z Albionu i głośno rozmawiali.
-Król Albionu nie żyje!
-Czy to nie znaczy, że Albion niedługo zostanie Republiką
-Tak więc, toast za republikę!
Ludzie oferujący wzajemne toasty byli to najemnicy wynajęci przez Rodzinę Królewską, aby walczyli przy ich boku. Jednakże widząc nieuchronnie zbliżającą się klęskę swoich klientów postanowili się wycofać. Był to niehonorowy akt. Jednakże, dla najemników życie było znacznie cenniejsze niż ich przekonania, więc nie zamierzali walczyć do śmierci razem z klientami. Kiedy pili, drzwi do baru się otworzyły. Do karczmy weszła raczej wysoka kobieta. Kaptur przysłaniał znaczną część jej twarzy. Jednakże widoczna część wskazywała, że ta kobieta jest bardzo ładna. Rzadko zdarzało się, żeby tak atrakcyjna kobieta przychodziła do takiego miejsca sama, więc wszystkie oczy były na nią skierowane. Dama, czując na sobie wszystkie spojrzenia, niewzruszenie zamówiła trochę wina i jedzenia, a następnie usiadła przy stole w kącie baru. Kiedy dostała jedzenie z góry zapłaciła.
-To... To jest masa pieniędzy. Czy to w porządku?
-Są tu też pieniądze za nocleg. Macie jakieś wolne pokoje?- odpowiedziała eleganckim głosem. Barman skinął i odszedł od stołu. Klienci nadal na nią patrzyli, a do jej stołu podeszło kilku śmiałków.
-Przepraszam, panienko. To niebezpieczne miejsce dla takiej osoby.
-W porządku! Jest tu wiele niebezpiecznych ludzi dookoła. Nie martw się. Obronimy cię.
Z szerokim uśmiechem na twarzy, jeden z nich pomału zdjął kaptur z jej głowy. Gdy kaptur opadł zaczęli gwizdać i pomrukiwać. Dama był bardzo ładna z jej pięknymi oczami i eleganckim nosem. Tą damą nie był nikt inny niż Fouquet of the Crumbling Earth.
-Ona naprawdę jest piękna. Popatrz na jej skórę. Jest biała jak kość słoniowa.
Mężczyzna chciał podnieść jej głowę, ale jego głowa została odtrącona przez Fouquet która uśmiechnęła się szeroko. Inny mężczyzna wstał wyciągnął sztylet i przyłożył go do szyji Fouquet
-Czy nie ma tutaj zakazu używania broni? Zamiast tego użyj krzesła.
-To tylko dla wystraszenia ciebie. Krzesła nie mogą nikogo powstrzymać? Nie mów tak niewinnie, nie szukasz czasami towarzystwa? Zostaniemy nimi.
Nawet ze sztyletem pod szyją, Fouquet się nie bała. Szybko wyciągnęła różdżkę i zaczęła inkantować zaklęcie. Gdy skończyła, sztylet zamienił się w proch i opadł na ziemie
-Ona... ona jest szlachcianką!
Wszyscy mężczyźni odsunęli się od nie. Nie podejrzewali, że Fouquet może być magiem, ponieważ nie zakładała peleryny.
-Nawet jeżeli jestem magiem, to nie jestem szlachcianką- powiedziała Fouquet nonszlancko- Większość z was jest najemnikami?
Mężczyzni spojrzeli na siebie. Jeżeli nie jest szlachcianką, ich życia nie są zagrożóne. Jeżeli jednak jest nią, może ich zabić w każdej chwili.
-Tak... A ty jesteś?- dowódca grupy zapytał się Fouquet.
-To nie ma znaczenia. Przybyłam tutaj aby was nająć.
-Wszystkich?
Najemnicy spojrzeli na Fouquet ze zdziwionym wzrokiem.
-Co z waszym wyrazem twarzy? Czy to takie straszne, że wynajmuję najemników?
-Nie. To nie to miałem na myśli. Masz złoto, czyż nie?
Fouquet położyła na stole walizkę pełną złota. Po zajrzeniu do środka przywódca powiedział:
-Wow. Czy to nie jest złoto écu?
Drzwi do baru ponownie się otworzyły. Tym razem do środka wszedł mężczyzna mający białą maskę na twarzy. Był tym, który pomógł w ucieczce Fouquet z więzienia.
-Więc nie śpieszyłeś się.
Mężczyzna widząc Fouquet mruknął tylko „Hmm” w odpowiedzi. Najemnicy, widząc osobliwy ubiór mężczyzny, byli lekko zdziwieni.
-Jestem w podróży- powiedział zamaskowany mężczyzna.
-Wykonałam co mi rozkazałeś i zatrudniłam wszystkich tutaj zgromadzonych.
Zamaskowany mężczyzna rzucił spojrzenie na wszystkich najętych.
-Byliście wcześniej zatrudnieni przez szlachtę Albiońską. Mam rację?
-To było w zeszłym miesiącu- odpowiedział jeden z najemników z szacunkiem- ale niedługo potem pokonali wszystkich naszych pracodawców.
Najemnicy zaśmiali się w zgodzie. Mężczyzna w białej masce również się zaśmiał.
-Spełnię wszystkie wasze życzenia. Jednakże, nie lubię być pokonywany przez szlachciców, więc jeżeli ktokolwiek ucieknie z pola bitwy, osobiście go zabije.
Wyruszający z akademii magii gryfin Wardesa bez postoju zmierzał do celu. Nawet jeżeli reszta grupy zmieniała swoje wierzchowce dwa razy, niezmordowany gryffin był ich przywódcą.
-Zwolnij, czy to nie za szybkie tempo- zapytała Louise siedząca na gryfinie Wardesa. Zgodnie z rozkazami, Louise nie wtajemniczała w plan Wardesa. O to poprosił go wicehrabia.
-Guiche i Saito są na skraju wyczerpania.
Wardes obrócił się i spojrzał na Guiche i Saito. Kiedy tylko Louise to powiedziała, obydwaj przestali trzymać się lejcy w przestrachu przed spadnięciem. Patrząc na nich, obydwaj mogli spaść z konia w każdej chwili.
-Ale pierwotnie myślałem, że w drodze do portu La Rochelle nie będzie postoju...
-To może być trudne. Zajmie to dwa dni jazdy konno.
-Z tego powodu, może zostawimy ich z tyłu?
-Nie możemy tego zrobić
-Dlaczego?
-Czy nie wykonujemy tej misji razem? Do tego, mag nie powinien opuszczać swojego chowańca...
-Rozumiem dlaczego ich ochraniasz. Jeden z nich jest twoim ukochanym?
Twarz Louise poczerwieniała. Odpowiedziała: -Co... co za ukochany?
-Kamień spadł mi z serca. Jeżeli moja narzeczona powiedziałaby mi, że ma ukochanego, umarłbym ze złamanym sercem- odrzekł Wardes
Ale to jest coś o czym mogą zdecydować tylko nasi rodzice.
-Więc, przestaniesz mnie lubić, moja mała i delikatna Louise?
-Proszę, przestań. Nie jestem mała.- powiedziała Louise.
-Ale w moich oczach, na zawsze zostaniesz mała i delikatną Louise.
Louise pamiętała o śnie, który miała kilka dni wcześniej. Był on o sekretnej łódce, na sekretnym jeziorze... Kiedy tylko wpadała w szał, Wardes przychodził do niej i ją uspokajał. Małżeństwo o którym zdecydowali jej rodzice. Zadecydowano o zaręczynach od młodości. On miał ożenić się z nią. Jej narzeczony. W tym czasie, nie do końca wiedziała o co chodzi. Wiedziała tylko, jak długo będzie z tym mężczyzną, będzie szczęśliwa. Ale teraz, w końcu wszystko zrozumiała. Powinna wyjść za Wardesa.
-Nie nie lubię cię- powiedziała Louise cała zaczerwieniona.
-Czyli, innymi słowy lubisz mnie?- Wardes delikatnie przytulił Louise.- Nigdy nie zapomniałem o tobie nawet przez tak długi czas. Nadal pamiętasz. Gdy mój ojciec zmarł po walce?
Louise skinęła głową. Wardes zaczął opowiadać Louise o swojej przeszłości.
-Moja matka zmarła wcześniej. Otrzymałem tytuł i majątek po ojcu. Pragnąc stworzyć moje imię znanym, udałem się do stolicy. Szczęśliwym trafem, Jej Wysokość miała wielki szacunek do mojego ojca, który został zadźgany na polu bitwy. Zostałem włączony do oddziału Gryfinów. Kiedy tylko dołączyłem jako rekrut zacząłem ciężko pracować.
-Od tej pory rzadko odwiedzałeś swoją posesję.- odpowiedziała Louise zamykając oczy. Ona również wyobrażała sobie dawne czasy.
-Moimi ziemiami i domem zajął się mój lokaj Galgann kiedy ja zatraciłem się w pracy. I wreszcie realizując swoje marzenia, zdecydowałem się na stałe opuścić mój dom.
-Co było powodem podjęcia tej decyzji?
-Chciałem prosić o twoją rękę jeżeli tylko moje imię stanie się sławne.
-Żartujesz, prawda wicehrabio? Jesteś bardzo popularny wśród dziewcząt, więc nie powinieneś zawracać sobie głowy taką nieistotną osobą którą jestem.
Odnośnie zaręczyn z Wardesem. Louise zapomniała o swoim śnie który miała kilka dni temu. Ślub z Wardesem był snem. Jak sądziła, to była tylko potwierdzenie chęci wyjścia za niego. Kiedy Wardes opuścił swoje posiadłości dziesięć lat temu, Louise więcej go nie widziała. Wardes stał się tylko częścią jej odległej przeszłości. Zamierzchła przeszłość stała się realnością.
-Ta podróż jest dobrą szansą na odnowienie uczuć, jakie do siebie czuliśmy w młodości- powiedział Wardes z delikatnym i spokojnym tonem. Louise pomyślała Czy kocha Wardesa?. Jednakże była tego pewna, że na pewno go nie nie lubi oraz tego, że podziwiała go w przeszłości. Nagle spotkała się z narzeczonym i propozycją małżeństwa. Nie wiedziała co zrobić. Ponadto, był inną osobą niż wiele lat temu i nie wiedziała, czy darzy go takimi samymi uczuciami co dawno temu. Louise spojrzała za siebie. Zobaczyła Saito skłonionego na koniu. Wyglądaj jakby osiągnął swój limit. Louise żachnęła się. Jest do niczego! Kiedy tylko o tym pomyślała, stała się niespokojna i jej serce zaczęło bić jak szalone.
-Jesteśmy na koniach już bardzo długo. Czy nie są zmęczone? One nie są gryfinami.- powiedział Guiche który martwo jechał na koniu.
-Kto wie?- odpowiedział Saito leniwie. Poczuł się rozgoryczony, kiedy Wardes dotknął Louise. Doknął ją ponownie, tym razem przytulając się do niej. Co ten człowiek wyrabia... Ale jest jej narzeczonym... Ale powinien przestać... Jeżeli chcę niech to robi tak, żebym ja tego nie widział. Kiedy Saito o tym pomyślał poczuł się bardziej zmęczony. Jego serce pękało. Guiche patrząc Saito w tym stanie postanowił go podenerwować.
-Heh heh... Nie mówi mi, że jesteś zazdrosny?-zapytał Guiche z chichotem.
-Ah! O czym ty mówisz?
-Czyli zapytałem dobrze?-Guiche zaczął się śmiać coraz mocniej.
-Zamknij się, panie kreta!
-Hahahaha...Jesteś aktualnie prowadzony miłością do twojego mistrza. Ale ona nigdy nie rozkwitnie. Mówiąc szczerze, miłość pomiędzy ludźmi o różnych statusach kończy się tragedią.
-Przestań mówić nonsensy? Jak mógłbym kiedykolwiek lubić taką osobę jak ona? Przyznaję, że jest słodka. Jednakże, ma ekstremalnie zły charakter.
Guiche nagle spojrzał przed siebie i wykrzyknął:
-Spójrz! Oni się całują!
Saito zszokowany spojrzał się przed siebie. Jednakże Wardes i Louise nie całowali się. Ponownie spojrzał na Guiche'a. A on ledwo kontrolował śmiech.
-Argh!- powiedział Saito i rzucił się na Guiche. Obydwaj poczuli, jak ich konie podczas ich walki wywracają się.
-Ej! Jeżeli będziecie kontynuowali tą bójkę, zostawimy was oboje z tyłu!- krzyknął Wardes.
Guiche szybko cofnął się na koniu. Chwilę później, Saito czując na sobie spojrzenie Louise odwrócił głowę. Podróżowali z pełną prędkością. Kilka razy zmieniali konie. Osiągnęli granice La Rochelle w środku nocy. Saito rozejrzał się dookoła ze zdziwieniem. Czy nie dotarliśmy do portu? Dlaczego nadal widzę dookoła góry? Może kiedy miniemy te góry będę mógł zobaczyć ocean. Wędrując w świetle księżyca, Saito i jego grupa w końcu ujrzała wąską górską drogę. Budynki były wyrzeźbione z głazów. Widać je było po każdej stronie wąwozu.
-Dlaczego port jest zbudowany w górach?
Słysząc pytanie Saito, Guiche odpowiedział ironicznie:
-Nie mów mi, że nie wiesz, gdzie znajduje się Albion?
Ponieważ Saito i Guiche byli bliscy osiągnięcia swojego psychicznego limity, myśleli Skoro jesteśmy w mieście powinniśmy odpocząć to ta rozmowa dała im siłę do rozmowy.
-Tak nie wiem.
-Naprawdę?- odpowiedział Guiche śmiejąc się. Ale Saito się nie śmiał.
-Nie pochodzę z tego świata i proszę przyjmij to do wiadomości.
Nagle, ze szczytu klifu, na ich konie zostały zrzucone pochodnie. Płonące pochodnie oświetliły przejście które mieli przekroczyć.
-Co... co się dzieje?- zapłakał Guiche.
Konie wystraszone przez płomienie, zrzuciły Guiche i Saito na plecy. Do tego, spadł na nich grad strzał.
-To jest zasadzka!-krzyknął Guiche. Saito spanikował. Chciał wyciągnąć Derflingera który znajdował się na jego plecach, ale dwie strzały przeleciały obok niego.
-Whoa!
Kiedy myśleli, że to ich koniec, silny podmuch wiatru pojawił się przed nimi, zmieniając się w mały huragan. Ten sam huragan odepchnął wszystkie strzały. Wardes podniósł ręce:
-Wszystko z wami w porządku?-krzyknął.
-Wszystko w porządku...- odpowiedział Saito.
Cholera! Narzeczony Louise uratował moje życie - przez to Saito poczuł się jeszcze gorzej. Dobył Derflingera. Jego runa na lewej ręce zaczęła świecić, wyzbywając z jego wyczerpanie.

ZnT02-115.jpg

-Jestem tak samotny, partnerze. To za dużo napływających uczuć spowodował, że zostawiłeś mnie w pochwie.- Saito spojrzał na szczyt klifu, ale nie zauważył strzał.
-Byli to prawdopodobnie złodzieje albo bandyci. - powiedział Wardes.
Louise nagle wykrzyknęła.
-Może to byli szlachcice z Albionu?
-Szlachta nie używa strzał.
Z góry rozległ się dźwięk skrzydeł. Był to dźwięk należący do chowańca należącego do... Słychać było krzyki z góry klifu. Strzały wystrzeliwane były w czarne niebo. Jednakże wszystkie strzały były odtrącane prze magię wiatru. Po tym, mały huragan pojawił się i zmiótł wszystkie strzały.
-Hmmm... Czy to nie jest inkantacja magii waitru?- mruczał Wardes do siebie.
Łucznicy którzy próbowali się przyczaić, sturlali się z klifu bo zostali wyrzuceni w dal przez tornado. Ciężko wylądowali na ziemi, głośno krzycząc w buli. W tle księżyca pojawił się chowaniec.
-To Sylphid!-krzyknęła Louise zdziwiona. Był to smok wiatru należący do Tabithy. Kiedy wylądował, dziewczyna o czerwonych włosach zeskoczył z niego i wstrząsnęła fryzurą
-Przepraszam, że musieliście czekać.
Również Louise zeskoczyła z gryfina Wardesa i odpowiedziała.
-Co ma znaczyć „Przepraszam, że musieliście czekać”?! Dlaczego tutaj jeste ś?
-Nie dlatego, żeby cię ratować. Kiedy zobaczyłam, że opuszczasz akademię na koniu z samego rana, szybko obudziłam Tabithę i wyruszyłam w drogę za wami.
Kirche wskazała na Tabithę, która nadal wyglądała jakby niedawno obudzono ją ze snu; nadal miała na sobie piżamę. Ale pomimo tego, nadal czytała książkę.
-Zerbst! Posłuchaj mnie! Jesteśmy w trakcie sekretnej misji powierzonej nam przez Jej Wysokość!
-Sekretnej misji? Mogłaś o tym powiedzieć wcześniej. Kto by pomyślał, że mi o tym nie powiedziałaś? W każdym razie, bądź wdzięczna za ratunek. Ludzie których pokonałam chcieli cię zabić!- Kirche wskazała na ludzi leżących na ziemi. Ci zabójcy nie mogli się poruszać przez rany. Zostali ciasno związani przez Louise i jej towarzyszy. Guiche zbliżył się do nich i zaczął ich przesłuchiwać. Louise, krzyżując ręce, spojrzała na Kirche złośliwym wzrokiem.
-Nie bądź w błędzie! Nie jestem tutaj by ci towarzyszyć. Rozumiesz?
Kirche sugestywnie pochyliła się w stronę Wardesa będącego na gryfinie i powiedziała:
-Twoja broda jest bardzo męska. Wiesz jak namiętnie ona wygląda?
Wardes spojrzał na Kirche i odepchnął ją lewą dłonią.
-Huh?
-Dziękuje, za przyjście z pomocą, ale proszę, nie zbliżaj się do mnie więcej.
-Ale dlaczego. Chce tylko powiedzieć, że cię lubię.
To był pierwszy raz, kiedy Kirche została tak chłodno potraktowana przez mężczyznę. Często mężczyźni byli zahipnotyzowani, gdy tylko zaczynała słodką gadkę. Jednakże Wardes w ostateczności nie był nią zainteresowany. Kirche spojrzała na niego z szeroko otwartymi ustami.
-Przepraszam. Ale nie mogę wprowadzać w błąd mojej narzeczonej.- powiedział Wardes patrząć na Louise; jej twarz natychmiast poczerwieniała.
-Co? Ona jest twoją narzeczoną?
Wardes skinął w odpowiedzi. Kirche przyjrzała mu się dokładniej, bo nie zrobiła tego wcześniej. Oczy Wardesa nie okazywały żadnych uczuć. Tak jak lód. Potem spojrzała na Saito. Wyglądał obojętnie. Rozmawiał ze swoim mieczem z przygnębieniem. Eh? Czy wygląda tak, ponieważ podrywałam narzeczonego Louise? Gdy tak pomyślała, Saito zaczął wyglądać ładniej. Patrząc na Saito, zaczęła biec przed siebie i szybko przytuliła go.
-Jestem tutaj, ponieważ martwię się o mojego ukochanego!- Saito spojrzał oszołomiony i odwrócił spojrzenie.
-Kłamca.
Jest zazdrosny?. Myśląc tak, pasja w sercu Kirche zapłonęła.
-Słodkie. Jakie słodkie. Naprawdę jesteś zazdrosny?
-Nie jestem...
-Bardzo przepraszam za zaniedbywanie ciebie. Musisz być zazdrosny, prawda?- powiedziała Kirche przyciągając głowę Saito między jej piersi.- Proszę wybacz mi! Może spoglądam na innych mężczyzn, ale jedynym, którego kocham, jesteś ty!
Louise zagryzła wargi, chcąc przerwać przemowę Kirche. Nie mogła tolerować uwodzenia jej chowańca przez Kirche. Ale wtedy, Wardes delikatnie położył jego ręce na ramionach Louise. Wardes spojrzał na Louise z miłością i uśmiechnął się.
-Wicehrabio...
Guiche, który przesłuchiwał bandytów powrócił.
-Wicehrabio, tamci bandyci przyznali się do bycia rabusiami.
-Hm... Jeżeli to tylko rabusie, puśćmy ich wolno.- Wardes bez wysiłku dosiadł z powrotem swojego gryfina, biorąc ze sobą Louise. Wtedy zakomunikował:
-Spędzimy noc w La Rochelle, jutro weźmiemy pierwszy statek do Albionu, który odpływa.
Kirche usiadła za Saito, dzieląc tego samego konia. Guiche również dosiadł wierzchowca. A Tabitha nadal czytała książkę na jej smoku wiatru. Na wprost nich, na umieszczonej pomiędzy dwoma klifami, oślepiał ich światłami port La Rochelle..

Przekład[edit]

Tłumaczenie wykonał Someone W razie błędów pisz: [email protected]



Rozdział Piąty: Odpoczynek przed podróżą[edit]


Zmęczeni po całym dniu jazdy, zdecydowali zatrzymać się w najbardziej wyrafinowanym hotelu w mieście La Rochelle, w Twierdzy Bogów. Było to bardzo luksusowe miejsce stworzone specjalnie dla szlachty. Stoły i podłogi były zrobione z tego samego materiału. Podłogi były bardzo czyste. Tak czyste, że patrząc na nie można było ujrzeć własne odbicie. Wardes i Louise wrócili z mola. Kiedy Wardes usiadł i powiedział niepewnie:
-Statek do Albionu wyrusza za dwa dni.
-Ta misja jest bardzo niebezpieczna...- powiedziała Louise.
Saito i reszta mogli wreszcie się zrelaksować, wiedząc, że jutro również będą odpoczywać.
-Nigdy nie byłam w Albionie więc nie wiem, dlaczego nie ma jutro żadnego statku.
Wardes spojrzał na Kirche i zapytał ją:
-Czy księżyce nakładają się na siebie jutro? Jeżeli tak, Albion będzie najbliżej La Rochelle.
Wyczerpany Saito zastanawiał się, jaki związek mają przypływy i odpływy. Przypływy i odpływy były regulowane przez księżyc. Wardes położył klucze na stole.
-Udajmy się na spoczynek, weźcie te klucze. Tabitha i Kirche zajmą jeden pokój, Guiche i Saito drugie.- Guiche i Saito spojrzeli na siebie. Wardes kontynuował- Ja i Louise weźmiemy wspólny pokój.
Saito poczuł jakieś szarpnięcie w sercu. Spojrzał na Wardesa.
-To jest oczywista aranżacja jako, że jestem zaręczony z Louise.
Louise spojrzała zszokowana na Wardese i powiedziała:
-A-ale nie możemy! Nie jesteśmy jeszcze małżeństwem.
Saito skinął energicznie.
-To prawda nie powinnaś z nim spać.
Ale Wardes pochylił głowę i powiedział Louise.
-Jest coś o czym muszę ci powiedzieć.
Wardes i Louise zatrzymali się w najlepszym pokoju w hotelu. Zastanawiali się kto zaprojektował ten pokój. Było tam ogromne łóżko z baldachimem z delikatną koronką na brzegach. Wardes usiadł przed stołem, otworzył butelkę z winem i nalał sobie do kielicha. Usiadł i powiedział.
-Dlaczego nie usiądziesz i nie nalejesz sobie do kielicha, Louise?
Louise usiadła. Nalał Louise i uzupełnił swój kielich. Wtedy podniósł kielich i powiedział „Zdrowie!” Louise jednak opuściła kielich i skłoniła głowę. Wardes zapytał:
-Czy list jest bezpieczny?
Louise poklepała jej kieszeń upewniając się, że nadal tam jest.
-Podejrzewam, dlaczego ten list jest tak ważny. Co jest w tym liście? Czy książę posiada list? Myślę, że zorientowaliśmy się o co mniej więcej chodzi. Będąc jej przyjacielem z dzieciństwa, wiem jak pisała swoje listy.- Wardes spojrzał na Louise z zamyśleniem. Wtedy Louise skinęła i powiedziała- List jest nadal bezpieczny. Boisz się, że możemy nie dostać pozwolenia na zabranie listu księciu Albionu?
-Tak, jestem bardzo zaniepokojony.- odpowiedział Wardes.
Louise podniosła brwi i powiedziała:
-Nie martw się. Będzie dobrze, ponieważ zawsze będę przy tobie.
-Masz rację. Jeżeli ty jesteś tutaj, obędzie się bez problemów. Zawsze tak się kończy.- Wardes brzmiał bardzo odlegle mówiąc to.
-Czy nadal pamiętasz naszą obietnicę z pewnego dnia, złożoną na środku jeziora?-Zapytała Louise. Wardes skinął głową.
-W małej łódce która dryfowała na środku jeziora? Zawsze tam się chowałaś, gdy rodzice na ciebie nakrzyczeli. Byłaś zaginionym kotkiem.
-Naprawdę? Pamiętasz najdziwniejsze rzeczy.
Wardes odpowiedział wesoło:
-Oczywiście, że pamiętam o takich rzeczach. Zawsze byłaś porównywana do twoich sióstr w mocy magiczne.
Louise opuściła głowę, zakłopotała się. Wardes powiedział.
-Ale myślę, że to był błąd. Jesteś bezwartościową i zaniechaną, ale...
-Jesteś wredny- powiedziała Louise rozzłoszczona.
-Masz niesamowitą moc, której nie ma nikt inny. Wiem to, ponieważ jestem innym rodzajem maga- Dokończył Wardes ignorując słowa Louise.
-To niemożliwe.
Wardes odpowiedział:
-Ale prawdopodobne. Na przykład kiedy używasz swojej magii...
Twarz Louise poczerwieniała i powiedziała:
-Przypadek z Saito?
-Tak. Kiedy podniósł broń, jego runa na lewej ręce zaczęła świecić. Te runy są legendarne.
-Legendarne?
-Tak, te runy należą do legendarnego towarzysza Gandálfra. Jednego z chowańców należących do Brimira Założyciela- oczy Wardesa świeciły z podziwem.
-Gandálfr? - zapytała Louise.
-Nikt inny nie może kontrolować Gandálfra. Masz moc mogącą go kontrolować.
-To nie do wiary.- Louise przechyliła głowę i pomyślała, że Wardes żartuje. Louise pokręciła głową, myśląc, że Wardes robi sobie jaja. To prawda, prędkość Saito wzrasta, kiedy trzyma w ręku broń i staje się ekstremalnie silny, ale powiedzieć, że jest legendarny, jest niemożliwe. Jeżeli tak jest, wtedy coś jest nie tak. Pomimo wszystko jestem „Louise Zero”Zawsze się mylę, nie ma mowy wspominać o tym Wardesowi
-Możesz zostać wielkim magiem. Tak, podobnym do Brimira Założyciela. I zapisać się w dziejach historii magów jako ktoś wielki. W to wierzę.- Warde spojrzał ciepło na Louise- Po tej misji, wyjdź za mnie Louise.
-Ah...- nagła propozycja małżeństwa pozostawiła Louise oniemiałą. -Nie jestem usatysfakcjonowany, będąc tylko kapitanem Magicznych Rycerzy... Chcę zostać szlachcicem którego znać będzie cała Halekginia.
-A-ale...
-Ale co?
-Ja... ja jestem nadal... nadal...
-Nie jesteś już dzieckiem. Masz 16 lat. Osiągnęłaś wiek, kiedy sama możesz podejmować decyzje. Twój ojciec się zgodził. Więc... - Wardes nagle się zatrzymał. Spojrzał w górę i przyłożył twarz bliżej twarzy Louise.- To prawda, nigdy cię nie szukałem i za to przepraszam. Małżeństwo nie jest czymś, oczy można łatwo mówić. Ale Louise, dla mnie jest to najważniejsze.
-Wardes...- Louise myślała o tym. Dlaczego Saito pojawiał się w jej myślach. Po wyjściu za mąż za Wardesa, będzie musiała porzucić Saito jako chowańca?Nie wiem dlaczego, ale wiąż myślę, że to błąd. Jeżeli byłby to kruk albo wrona, to nie powinno być problemem. Jeżeli ktoś nie zaopiekuję się tym idiotą z innego świata, co się z nim stanie? Kirche albo... Saito nie wiedział, że Louise wie o pokojówce z którą często spotyka się w kuchni. Czy one się nim zaopiekują? Nie rozumiem dlaczego, ale to jest ekstremalnie przykre. Myślała Louise. Taka mała dziewczyna chciała mieć na własność Saito. Jednakże Saito jest idiotą i często przez niego się wściekam, ale nie chcę, żeby był własnością kogo innego. On jest mój.
Louise podniosła głowę.
-Nadal... nadal...
-Nadal?
-To jest... Chodzi mi o to, że nie jestem wystarczająco dobrym magiem. Muszę się nadal uczyć...
Louise opuściła głowę, i mruknęła.
-Warde, kiedy byłam mała, zawsze myślałam, że pewnego dnia, muszę wszystkich przekonać, że stałam się doskonałym magiem, tak aby rodzice byli ze mnie dumni.
Louise podniosła głowę i spojrzała na starszego mężczyznę.
-Ja, ja nadal nie mogę ci odpowiedzieć.
-Jest tak ponieważ ktoś skradł ci serce?
-Nic z tych rzeczy, nie ma mowy, aby coś takiego się stało- zaprzeczyła spanikowana Louise
-To nie ważne. Rozumiem, rozumiem. Nie pragnę abyś teraz mi odpowiedziała. Ale zanim nasza podróż się zakończy, twoje serce znowu będzie należało do mnie.
Louise skinęła w odpowiedzi.
-W tym wypadku, chodźmy do łóżka. Jesteś zmęczona, prawda?
Nagle Wardes podszedł bliżej do Louise, chcąc ją pocałować. Natychmiast jej ciało zesztywniało. Wtedy odepchnęła Wardesa.
-Louise?
-Przepraszam. Ale, rzeczy tego typu... to...
Louise spojrzała na Wardesa dumnie. Uśmiechnął się gorzko i pokręcił głową.
-Nie śpieszy mi się.
Louise ponownie opuściła swoją głowę. Dlaczego, kiedy pomyślę, jaki Wardes jest łagodny, przystojny i silny, nawet jeżeli nie widziałam się z nim przez tyle czasu... Jeszcze, nie jestem szczęśliwa z powodu oświadczyn. Ktoś inny ukradł jej serce. Ale Louise odmawiania sobie myślenia o tym który jej to serce skradł.

Na zewnątrz okna, Saito położył ręce na barierce, desperacko patrząc w okno pokoju Louise i Wardesa. Trzymając Derflingera w jego lewej ręce, czuł, że jego ciało jest lekkie niczym piórko, pozwalając obserwować wszystko wewnątrz pokoju. Zerkając przez zasłony, Saito zobaczył dwie osoby siedzące przy stole. O czym rozmawiają? Kiedy twarz Wardesa zbliżala się do twarzy Louise, Saito zagryzał wargi. Kiedy nadeszła próba pocałunku, chłopak przestał oddychać. Ale odkąd Louise nie pozwoliła na pocałunek, Saito nadal nie chciał zacząć oddychać. Ah, znowu są blisko, to *****, ah, więc lubicie takie rzeczy mruczał Saito. Derflinger cicho mruknął.
-Jak haniebnie.
-Zamknij się
-Mój partner wygląda jak zielona gąsienica w oknie, podglądając dziewczynę której się podobasz i jej wesołej rozmowy z kochankiem. To jest bardzo haniebne i boli. Aż chcę mi się płakać.
-Nie podobam się jej. Co jest takiego dobrego w tym rodzaju dziewczyn? Wybuchowy charakter, traktuje mnie jak psa, pokręcona osobowość.- Saito zacisnął zęby.
-Więc dlaczego podglądasz?
-Jestem tylko zmartwiony, to wszystko.- po tych słowach coś spadło na Saito z góry.
Coś wylądowało na ramionach Saita, zasłaniając jego twarz i przerywając wizję.
-C-co?
-Co ty tutaj robisz? Chciałeś sobie pospacerować po murze? Rany, zawsze mnie znajdujesz.- powiedziała Kirche która wylądowała na jego ramionach, a nasz bohater został zasłonięty przez jej spódniczkę mini.
-Hej, złaś ze mnie! - odpowiedział Saito wyciągając głowę spod spódniczki.
-Dlaczego? Czy to nie jest przyjemne? Hej, na co się tak patrzysz?- Kirche rzuciła jedno spojrzenie w stronę okna, odwróciła się w stronę Saito i objęła go.
-Nie, nie przeszkadzaj nowemu małżeństwu, nie powinniśmy im przeszkadzać.
-To jest to o czym myślę. Cicha randka na murze jest romantyczna. Zobacz jak pięknie wyglądają światła miasta. Czy to nie jest doping dla nas?
-Na początku ze mnie zejdź.
Saito próbował ją z siebie zdjąć, ale nagle otworzyło się okno. Saito zamarł w miejscu i wpatrywał się w mur jak karaluch. Jedno spojrzenie wystarczyło, aby zobaczyć Louise z ręką zasłaniającą swoje usta. Ale, jej miłosna twarz zmieniała się w demoniczną maskę. Patrzyła się na Kirche i Saito.
-CO WY ROBICIE NAPRZECIWKO MOJEGO ONKA???
Saito trzymając miecz w jednej ręce miecz, drugą ściskał ramę okna. W tym samym czasie, z jej nogami zaciśniętymi dookoła jego ramion, przylgnęła mocniej do niego, uzyskując dziwny wygląd. Nawet bez pytania wyglądało to podejrzanie, ale również niesamowicie.
-Nie możesz tego zrozumieć po tym co zobaczyłaś? To jest randka.
Saito próbował coś powiedzieć, ale jego usta zasłonięte przez rękę Kirche. Jego spojrzenie było pełne zaskoczenia. Ramiona Louise zaczęły drgać w furii.
-Id, id, id, id, idźcie romansować gdzie indziej. Ty, ty, ty, ty, ty zabłąkany psie!
-Ale mój ukochany chcę mieć randkę tutaj.- odpowiedziała tryumfalnie Kirche.
W tym momencie Louise machnęła nogą chcąc kopnąć Kirche, ale on schyliła się i zaczęła się wspinać po murze. Więc Louise kopnęła twarz Saito, wysyłając w powietrze. Na szczęście Saito miał w ręku miecz, wbił go w ścianę i zatrzymał. Wtedy wykrzyknął:
-CHCESZ MNIE ZABIĆ???
-Ktoś taki jak ty, kto nie rozumie życzliwości zasługuje na ŚMIERĆ!
Wardes siedział w pokoju i patrzy na tą scenę ze śmiechem.
Następnego dnia, Saito obudził się, gdy ktoś zapukał do drzwi. Guiche nadal głośno chrapał w łóżku obok niego. Saito nie miał wyboru, musiał wstać i otworzyć drzwi. Nie ma dzisiaj statku. Mam ochotę spędzić ten dzień na spaniu, rany pomyślał Saito ze złością kiedy otwierał drzwi. Wardes ze swoim codziennym kapeluszem spojrzał na dół na Saito, który był od niego wyższy o głowę i pół szyi.
-Dzień dobry, towarzyszu.- Narzeczony Louise mówiący do niego w ten sposób powodował złość Saito. Saito odpowiedział:
-Dzień dobry, ale wyjazd jest dopiero jutro, prawda? Masz coś ważnego do powiedzenia tego ranka? Jechaliśmy wczoraj cały dzień na koniach i nadal chcę się położyć spać.
Wardes uśmiechnął się tylko niewyraźnie.
-Jesteś legendarnym Gandálfrem?
-AH- odpowiedział Saito oszołomiony. Wardes próbował coś wyjaśnić, więc skłonił głowę i powiedział:
-Ten przypadek z Fouquet. Gdy o tym usłyszałem, bardzo się tobą zainteresowałem. Kiedy wcześniej zapytałem Louise, usłyszałem, że jesteś legendarnym Gandálfrem a na dodatek pochodzisz z innego świata.
-Ha.- Kto powiedział mu o Gandálfrie? Old Osman nie powinien o tym mówić. myślał Saito.
-Znalazłem historię która bardzo mnie zainteresowała. Kiedy Fouquet została złapana, jeszcze bardziej się tobą zainteresowałem. Wtedy zacząłem poszukiwania w Bibliotece Imperialnej. Rezultatem moich badań było odkrycie, że jesteś legendarnym Gandálfrem.
-Oh rozumiem. Jesteś bardzo mądry.
-Chciałbym wiedzieć, jak silna jest osoba która pojmała Fouquet. Czy możesz mi to pokazać?
-Pokazać co?
Wardes opuścił kapelusz.
-Pozwól mi się o tym przekonać.
-Pojedynek? - zapytał Saito z chłodnym uśmiechem.
-Dokładnie – Saito i Wardes uśmiechnęli się. Spoglądając na nadal śpiącego Guiche, Saito pomyślał. Nie jestem pewny, co do sił Wardesa. Ale pokonałem Guiche i złapałem Fouqut. On jest kapitanem Magicznych Rycerzy i wygląda na dosyć silnego. Ale nie mogę się poddać. Pokażę narzeczonemu Louise do czego jestem zdolny.
-Gdzie chcesz, aby odbył się pojedynek?
-Ten hotel był używany jak warownia w razie inwazji Albiończyków. W centrum znajduje się plac.
Następnie przeszli na plac. Starożytne klepisko było teraz ruiną i miejscem gdzie składowane były puste beczki po piwie. Wszędzie rozrzucone były kratownice. Trudno było uwierzyć, że dawno temu magowie z tego miejsca zbudowali to miasto.
-Dawniej, pewno tego nie wiesz, za panowania króla Filipa III, to miejsce często było używane jako miejsce walk pomiędzy szlachtą.
-Ha ha. - Saito zaczął wyciągać Derflingera spoczywającego dotąd na jego ramieniu. Jego runa zaczęła promieniować światłem.
-Dawno temu, kiedy król nadal posiadał moc nad pojedynkami, Szlashta za czasów króla... to był czas kiedy Szlachta była szlachtą. Ryzykowali życiem dla sławy i honoru, więc walczyli. Ale oczywiście, czasami walczyli z innego powodu. Walczyli z powodu kobiety.
Nagle twarz Saito spoważniała, wyciągnął miecz. Ale Wardes powstrzymał go lewą ręką.
-Co?
-Główną zasadą pojedynków, jest to, że potrzebujemy świadków.
-Świadków?
-Uspokój się. Jeden nadchodzi- odpowiedział Wardes. Zza zakrętu wyszła Louise. Była oniemiała, kiedy ich zobaczyła.
-Wardes, zawołałeś mnie, więc przyszłam. Co wy zamierzacie zrobić?
-Zamierzamy przeprowadzić mały test umiejętności.
-Proszę, przestańcie z tymi nonsensami. Teraz nie ma czasu na takie wygłupy.
-Masz rację. Ale gdy szlachta się nudzi pragnie pojedynków. A on naprawdę chcę sprawdzić jak silny jestem.
Louise spojrzała na swojego chowańca.
-Przestań. To jest rozkaz.
Saito nie odpowiedział. Tylko spojrzał na Wardesa.
-Co? Naprawdę?
-Odkąd jest tutaj świadek, możemy zaczynać.
Wardes wyciągnął swoją różdżkę, przyjął pozycje bojową z różdżką wycelowaną w Saito. Saito odpowiedział:
-Nie jestem tak niezawodny, więc nie wiem czy mam zaatakować lekko czy mocno?
Wardes odrzekł z śmiechem:
-Nie ma problemu, wal wszystkim co masz.
Saito dobył miecza i ruszył w stronę Wardesa z cięciem. Magiczny Rycerz zablokował ten atak różdżką. Obydwie bronie szczęknęły jak stal o stal, rozsypując iskry dookoła. Kiedy broń Wardesa była tylko małą różdżką, lecz zablokowała cios pochodzący z dużego miecza Saitta bez wysiłku. Można było myśleć, że Wardes się wycofa do tyłu, ale nikt się nie spodziewał, że dwa podmuchy wiatru silnego jak huragan zwiększą prędkość Wardesa, który spróbuje zaatakować Saito. Japoński chłopak użył wielkiej siły w atak, co spowodowało, że peleryna Wardesa zaczęła łopotać na wietrze. Kapitan w odwecie cofnął się do tyłu. Dlaczego on nie używa magii? myślał Saito. Derfingler mruknął:
-On patrzy się na ciebie z góry.
Saito zapłonął furią. Wardes ten drań, jest tak samo szybki jak ja, gdy używam mojej runy. Saito mógł wymieniać różnice pomiędzy Wardesem a Guichem.
-Magiczni Rycerze to nie osoby, które używają tylko magii.- powiedział Wardes z palcem na kapeluszu- Sposób rzucania zaklęć jest w pełni dostosowany do walki. Sposób w jaki trzymamy różdżki jest dostosowany do zmiany ich w miecz. A to wszystko dopełniamy magią. To jest podstawa bycia żołnierzem.
Saito nieznacznie schylił się i zaczął kręcić mieczem tworząc wiatr. Wardes najwyraźniej zrozumiał sposób ataku Saito. Zaczął blokować ataki bez oddychania.
-Jesteś naprawdę szybki; nikt nie może zaprzeczyć przyzywającemu, że naprawdę jesteś legendarnym chowańcem.- Blokując atak Saito, Wardes użył swojej różdżki i zamachnął się uderzając Saita w głowę. Z głową i nosem w płomieniach, Japoński chłopak zwalił się ziemię z łomotem.- Ale jesteś tylko szybki. Twoje ruchy są jak u amatora. Nie dasz rady pokonać prawdziwego maga.- Saito ruszył na Wardesa jak byk i zaczął kolejną szarżę. Jednakże Wardes cofnął się o krok, skoczył i po raz kolejny zwalił na ziemię Saito, tym razem używając magii.- Innymi słowy, nie jesteś w stanie ochronić Louise.
Tym razem Wardes rozpoczął atak, z prędkością niemożliwą dla osiągnięcia dla zwykłego człowieka. Gdy tylko Saito zrozumiał o co chodzi, otrzymał potężny atak.
-Dell yill soll la windy- Wardes zainkatował zaklęcie ze spokojem. Saito próbował zablokować ten atak jak dotychczasowo.
-Partnerze! Złe wieści! Magia nadchodzi!- powiedział Deflinger przerażony, gdy Wardes skończył inkantację zaklęcia.
BUM!
Nagle, wiatr utworzył niewidoczną siłę, która zmiotła Saito dobre 10 metrów w beczki po piwie, krusząc je. Kiedy Saito wylądował wypuścił miecz. Kiedy próbował go sięgnąć, Wardes stanął na nim i uderzył go różdżką. Derflinger powiedział:
-Zabieraj ze mnie stopę- ale Wardes nie zareagował i powiedział.- Wiesz już kto jest zwycięzcą a kto przegranym?
Saito spróbował, ale ból odebrał mu możliwość ruchu. Wtedy chłopak zobaczył, jak krew spływa mu po głowie.
Louise podeszła do Saita ze strachem.
-Rozumiesz Louise? On nie może cię obronić.- powiedział Wardes spokojnie.
-Ponieważ... czy nie jesteś dowódcą Magicznych Rycerzy? Sekretnej grupy broniącej księżniczkę? Czy to nie naturalne, że jesteś silny?
-To prawda, ale czy nie ruszasz do Albionu i prawdopodobne do walki? Kiedy zostaniesz otoczona przez silnych wrogów, planujesz powiedzieć im, że jesteśmy słabi, zostawcie nas w spokoju?
Louise zamilkła i spojrzała na Saita ze strachem. Z jego głowy płynęła coraz to nowsza krew. Mała dziewczyna wyciągnęła chusteczkę w panice, ale Wardes zatrzymał ją.
-Zostaw go, Louise.- I chwycił ją za rękę.
-Ale...
-Zostawmy go na razie.
Louise niepewnie zagryzła wargi na moment, pozwoliła się pociągnąć z Wardesem. Saito został sam. Na kolanach, nie mogąc się poruszać.
-Totalnia porażka. - zażartował Derflinger.
Saito nie odpowiedział. Przegrywając walkę, uczynił Louise bardzo smutną.
-Ale ten szlachcic był bardzo silny. Nie martw się tym partnerze, ten chłopak ma wielkie umiejętności. Może być nawet magiem klasy Kwadratu. Nawet jeżeli przegrałeś, to nie jest hańbiące.
Nawet jeżeli to była prawda, Saito nie odpowiedział. -Przegrana przed dziewczyną jest z pewnością podłym wydarzeniem. Ale nie wyglądaj na takiego załamanego, albo i ja zacznę płakać.... Hej, pamiętam coś, co to było? To wydarzyło się bardzo dawno temu... Ej! Czekaj!- Saito schował Derflingera do pochwy, który zamilkł. Otrzepując spodnie, chłopak zaczął stawiać ciężkie kroki. Tej nocy Saito patrzył na księżyc stojąc na balkonie. Guiche i jego towarzysze pili w barze na pierwszym piętrze. Następnego dnia mieli wyruszyć do Albionu, więc dzisiaj świętowali. Kirche również poszła na zaproszenia, ale on odmówił. Nasz bohater był załamany. Widocznie drużyna miała opuścić Tristain w dniu pełni księżyców; był to dzień, kiedy Albion był najbliżej kontynentu. Saito spojrzał na górę patrząc na morze gwiazd. Różowy księżyc skrywał się za białym. Tworzyło to jeden dwukolorowy księżyc. Księżyc przypominał mu o domu, o księżycu Ziemi. Załamany Saito nigdy nie przestawał mruczeć, że chcę wrócić do domu. Bez zrobienia tego, wielkie łzy wypływały z oczu Saito. Łzy spływały po policzkach i spadały na ziemię. Chłopiec nie przestwał płakać patrząc na księżyce. Wtedy usłyszał głos za plecami.
-Saito.- z tyłu stała Louise ze skrzyżowanymi ramionami.- z powodu porażki nie powinieneś płakać. To jest nieodpowiednie. - W odpowiedzi chłopak otarł twarz, nie chcąc, aby Louise zobaczyła jego łzy.
-Mylisz się? -W czym się mylę.
-Płaczę dlatego, że tęsknie za domem. Za Ziemią. Za Japonią.
Louise opuściła głowę.
-... Wiem, mój błąd. -I do tego traktujesz mnie jak psa.
-Mogę to robić, bo należę do szlachty. I jeżeli nie będę tego robić, zaczną się rozsiewać plotki.
-Więc, jaki jest sposób, abym wrócił do mojego świata. Naprawdę nie chcę przebywać w tym świecie nigdy więcej.-mruknął Saito nieprzyjemnym tonem wypływającym prosto z jego serca.
-...Co? Wiesz, że dla mnie również jesteś bardzo problematyczny.
-Skoro tak mówisz, pomóż mi znaleźć drogę powrotu. Obiecaj mi, że znajdziesz sposób i odeślesz mnie do mojego oryginalnego świata.
-Kiedy ta misja się skończy, znajdę sposób na wysłanie cię z powrotem do domu.
-Naprawdę?
Louise skinęła głową ze słodkim wyrazem twarzy i powiedziała:
-Jestem szlachcicem. Nie kłamię.
-Ale co się stanie, jeżeli nie znajdziesz drogi powrotnej?
twarz Louise lekko poczerwieniała i odpowiedziała:
-Jeżeli tak się stanie, zapytam cię o dalszą służbę.
-Nawet jeżeli wyjedziesz za mąż?
-Małżeństwo nie ma z tym nic wspólnego.- Louise spojrzała na Saito. On zaś skomentował to z lekkim sarkazmem.
-Ok, ok. Osoba taka jak ty z tak straszną osobowością jest wielką szczęściarą. Wychodzisz za mąż za szlachcica który jest cudowny.
Louise podniosła ramiona z cieniem złości.
-Co? Czy Kirche nie jest w tobie zakochana? Ta idiotka się w tobie zakochała. Zapomnij o tym. Nie ma znaczenia, co zostanie powiedziane, obydwaj jesteście idiotami i możecie stworzyć parę.
Spojrzeli w inne strony. Louise zamknęła oczy, uspokoiła się i powiedziała:
W skrócie, gdy jesteś w Halkeginia, jesteś moim towarzyszem. Więc bez względu na to czy wyjdę za mąż czy nie, twoim zadaniem jest chronienie mnie i robienia prania. No i inne rzeczy.
Saito spojrzał na Louise. Pod brzoskwiniowymi(różowymi) włosami, zielone oczy Louise płonęły w furii. Jej normalnie blada twarz, była również czerwona ze złości, a jej pomarszczone policzki wyglądały niesamowicie słodko. Na jej widok, serce Saito zaczęło bić jak szalone. Został okrzyczany przez Louise, ale nadal ona została piękna. Czy to może być prawda? Moje serce tak wali tylko dlatego, że jest tak ładna? Czuję, że to nie z tego powodu. Nie ważne jak ładna jest, jak słodka jest, kiedy słyszę tak bolesne słowa, moje serce nie powinno tak walić. Louise złożyła ręce. Czerwona Louise. Louise która się mną opiekowała. Louise która walczyła z golemem Fouquet ponieważ była przezywana zerem. Louise która sekretnie płakała, kiedy była przezywana zerem... Przypadkowo, Louise pokazała prawdziwą kombinację dziewczyny, czyli piękno, odwagę i dobroć. Saito zamyślił się głęboko. Więc dlaczego jest tak? Wreszcie zrozumiał dlaczego co noc patrzył w księżyc, a na dodatek nigdy nie myślał o domu. Ale teraz nie chciał poznać przyczyny. To naprawdę do bani. Dlaczego powinienem- Saito nie mógł powstrzymać się od myślenia w ten sposób. Spontanicznie Saito zapytał:
-Dlaczego po prostu nie pozostawisz Wardesowi chronienia ciebie?
-Niesamowite. Nadal rozpaczasz po porażce z nim?
Saito nie odpowiedział.
-Jesteś MOIM CHOWAŃCEM, prawda? Z powodu twojej porażki staniesz się silny. Takie przegrane spojrzenie hańbi nazwisko la Vallière.
Ale to nie była zwykła porażka. Przegrał na oczach Louise. Przegrał z narzeczonym Louise. Jak może pozostać silny? Saito zagryzł wargi i ze złością zamknął balkon. Louise powiedziała zezłoszczona:
-Ok. Rozumiem. Jeżeli tego chcesz, pozostaw Wardesowi chronienie mnie.
-Ok, może być- odpowiedział zjadliwie Saito. Louise jeszcze bardziej się zdenerwowała.
-Wardes jest bardzo porządną osobą. On mnie nie martwi. Może nie powinnam mówić ci o tym. Ale ci powiem. Zdecydowałam. Wyjdę za mąż za Wardesa.
Louise spojrzała na Saito. Ale on o to nie dbał, tylko milczał. Co? pomyślała Louise.
-Zamierzam wyjść za mąż za Wardesa.- powtórzyła Louise.
Ale Saito nic nie powiedział. Nadal milczał. Opuścił głowę we złości. Na początku Saito chciał coś powiedzieć, aby ją powstrzymać, ale w końcu nie pisnął ani słowa. Co? Czy nie chciałeś wejść do mojego łóżka? myślała Louise. Stała się jeszcze bardziej nieszczęśliwa, jako że jej duma ucierpiała. <b /> -Osoba taka jak ty powinna spędzić resztę życia patrząc się w księżyc!- krzyknęła Louise odchodząc.
W tym momencie...
-O RANY!- wrzasnął Saito.
Louise obróciła się. Ku jej zaskoczeniu coś pojawiło się zasłaniając księżyc tak, że nie było nic widać. Pod cieniem księżycem pojawił się gigant. Jeżeli przyjrzałbyś się mu bliżej, olbrzymi cień zmienił się w golema z kamienia. A osoba nim kierująca stała się...
-Fouquet!- krzyknęli jednocześnie Louise i Saito. Osoba siedząca na ramieniu golema odpowiedziała wesoło:
-Jestem zaszczycona. Pamiętacie mnie.
Miecz na ramieniu Saito zapytał:
-Nie powinnaś być w więzieniu?
Fouquet odkrzyknęła:
-Ktoś miał wielkie serce. Piękność jak jak powinna być wolna dla dobra świata. Więc pomógł mi uciec.
Było ciemno więc część ludzi nie miała jak tego zobaczyć, ale stała obok niej czarna figura w czarnej pelerynie szlachcica. Kim był ten człowiek który pomógł jej uciec. Szlachcic pomagał Fouquet w misji, ale pozostawał cichy. Ponieważ miał na sobie maskę, nikt nie mógł być tego pewny, ale prawdopodobne był to mężczyzna.
-... więc jesteś osobą, która nie potrafi zająć się sobą. Co ty tutaj robisz?- Saito wywijał mieczem w lewej ręce.
-Jestem tutaj, aby ci podziękować za długie wakacje, które mi dałeś. Jestem tutaj aby dać ci moje wyrazy uznania.- Fouquet zaniosła się śmiechem, kiedy golem zniszczył barierkę balkonu jednym uderzeniem. Barierka była zrobiona z solidnego kamienia, więc pokazywało to, że siła golema wzrosła znacznie.
-To jest kamień, nie ziemia. Więc uspokój się!
-Nikt nie będzie próbował być tutaj spokojnym!
Saito chwycił za rękę Louise i zaczął uciekać z pokoju, zbiegając po schodach na dół. Chwilę potem pomieszczenie stało się gruzowiskiem. Nagle grupa żołnierzy przybyła zaatakować Wardesa i drużynę, która piła w barze. Guiche, Kirche, Tabitha i Wardes używali magii, aby ich przegonić. Jednakże, było tam zbyt wiele ludzi. Przybyło wielu żołnierzy z La Rochelle. Widać było, że przegrywają. Kirche złamała jedną z nóg stołu. Zdecydowała użyć go jako tarcza przeciwko nadchodzącym wrogom. Atakujący używali bitewnej magii. Kiedy walczyli, obserwowali styl i zasięg Kirche oraz jej sojuszników. Wtedy zaczęli używać łuków i strzał zamiast magii. Wojownicy ukryci w ciemnościach mieli przewagę na polu walki.

ZnT02-147.jpg

Jeżeli ktokolwiek wstał, aby zainkantować zaklęcie, w jego stronę wystrzeliwany był grad strzał. Saito schylił się, skrył się za stołem-tarczą Kirche, dając jej znać, że Fouquet ich zaatakowała. Jednak widoczna była ogromna nogi giganta, więc zdawali sobie z tego sprawę. Inni szlachcice i goście chowali się za ladą i drgali ze strachu. Otyły karczmarz wykrzyczał do żołnierzy:
-Co robicie w mojej karczmie?!
Jedna ze strzał przebiła jego ramię, zwalając go na ziemię.
-To naprawdę problematyczne. - słysząc słowa Wardesa Kirchę skinęła głową.
-Ta banda nie przybyła tutaj tylko z powodu niewielkiego rabunku.
-Może Fouquet i Albiońska szlachta za tym stoi?
Kirche podniosła swoją różdżkę i mruknęła:
-...Ci chłopcy planują użyć naszej magii, aby nas wyczerpać. Wtedy przyjdą tutaj po pieniądze. Co możemy zrobić?
-Moje Valkyrie nas obronią.
-Guiche, twoje Valkyrie są tylko małym oddziałem, a to są wytrenowani najemnicy.
-Nigdy się nie dowiemy, jeżeli nie spróbujemy.
-Ale Guiche, jeżeli dojdzie do walki, jestem lepiej wyszkolony od ciebie.
-Ale ja jestem synem generała Gramonta, jak mógłbym przegrać z tą bandą niedzielnych żołnierzy?
-To jest niemożliwe. Szlachta Tristain tylko twardo trzyma się własnych słów, ale ich rzeczywiste możliwości bojowe są dość słabe.
Guiche wstał, przygotowując się do rzucenia czaru. Ale Wardes powstrzymał go, chwytając go za koszulkę.
-Wszyscy słuchajcie uważnie- szepnął Wardes. Saito i reszta zamilkła, aby słuchać.- Uda się nam wykonać misję, jeżeli połowa z nas dotrze bezpiecznie do celu.
W tym momencie sprytna Tabitha zamknęła książkę i spojrzała na Wardesa. Dziewczyna wskazała na siebie, Kirche i Guiche różdżką i powiedziała jedno słowo:
-Przynęta.- wtedy wskazała na Saito, Wardesa i Louise- idźcie do portu.
-Kiedy?- zapytał Wardes.
-Zdobędziemy go dla was teraz.
-Tak jak planowaliśmy chwilę wcześniej, cofnijcie się do tylnego wyjścia.
-Ah? AH! - Saito i Louise krzyknęli w zaskoczeniu. -To jest najlepsze wyjście biorąc pod uwagę sytuację; powinniśmy móc ich zdezorientować. Używając wypracowanego czasu, powinniśmy dać radę uciec do portu.
-Ale... Ale...
Saito spojrzał na Kirche. Dziewczyna mierzwiła sobie włosy i powiedziała:
-Nie możemy pomóc. Naprawdę nie chcemy ruszać z tobą do Albionu.
Guiche powąchał różę.
-Heh, prawdopodobne tutaj umrę. Co wtedy się stanie? Jeżeli umrę, nie będę mógł znowu spotkać Księżniczkę Henriettę.
Tabitha skinęła na Saito.
-Ruszaj.
-Ale...
Wtedy Kirche popchnęła Saito i powiedziała:
-Ok, ruszaj. Kiedy wrócisz... Pocałuję cię.- wtedy spojrzała na Louise- Ah, Louise, proszę nie miej żadnych mylnych interpretacji na temat tego. Nie robię za przynętę dla ciebie.
-Wiem, wiem!- jednakże kiedy to powiedziała, Louise nadal miała opuszczoną głowę w szacunku salutując Kirche i reszcie. Saito i jego drużyna pochyliła się do ziemi i zaczęła biec. Strzały latały w ich kierunku, ale wiatr z różdżki Tabithy skutecznie ich ochraniał przed ranami. Drużyna uciekła z baru przez kuchnię. Za nimi rozległa się eksplozja.
-... Zobaczcie jak to się zaczęło- powiedziała Louise Wardes przykucnął przy drzwiach i nasłuchiwał jaka sytuacja panuje na zewnątrz.
-Wygląda na to, że nie ma tam nikogo.
Otwierając drzwi, trzy osoby wyszły na ciemną ulicę La Rochelle.
-Port jest w tą stronę
Wardes prowadził, Louise szła za nim. Na końcu szedł Saito. W świetle księżyca, trzy cienie poruszały się blisko siebie.


Przekład[edit]

Tłumaczenie wykonał Someone. W razie jakichkolwiek wątpliwości pisz śmiało na: [email protected]
Poprzednia wersja tłumaczenia: Faust

Rozdział 6 – Biały kraj[edit]

Po upewnieniu się, że Saito i kompania pobiegli, Kirche rozkazała Guichemu – A więc, teraz zaczynamy. Guiche, gdzieś w kuchni jest garnek napełniony olejem, prawda?

– Masz na myśli te garnki do smażenia?

– Taa. Niech twoje golemy je przyniosą.

– Nie ma sprawy.

Guiche ukryty za stołem, machnął swoją różą, która była jego różdżką. Płatki spłynęły wolno i z ziemi wykiełkowali żeńscy wojownicy z brązu. Golemy skierowały się do kuchni, chociaż zostały w nie wycelowane strzały.

Stalowe groty zagłębiły się w miękką miedź, powodując drżenie posągów. Guiche zaśmiał się, ponieważ w końcu posągi dotarły do kuchni za ladę i podniosły garnek do smażenia.

– Czy możesz rzucić to w wejściu? – mówiąc, Kirche nakładała makijaż patrząc w lusterko.

– Teraz robisz makijaż? – powiedział Guiche ze wstrząśniętym wyrazem twarzy, ale jednak rozkazując swoim posągom rzucić garnek u wejścia, jak mu powiedziano.

Kirche machnęła swoją różdżką i wstała.

– Ponieważ sztuka właśnie ma się zacząć, a jeśli grająca główna rolę kobiecą nie ma makijażu...

Machnęła swoją różdżką w olej, rozpryskując go w powietrze.

– ...to mogłoby to być żenujące?

Czary Kirche zapaliły olej, rozpraszając płomienie po całej Świątyni Bogów i robiąc głośny hałas. W jednej chwili, grupa najemników, kiedyś zdecydowanych na parcie naprzód, wycofała się z nagłego ognia.

Kirche uwodzicielsko zaśpiewał zaklęcie, machając swoją różdżką ponownie. Płomienie gorzały nawet gwałtowniej, rozprzestrzeniając się ku najemnikom u wejścia, okrywając ich i zmuszając do tarzania się w bólu. Kirche stanęła i elegancko machnęła włosami, przed podniesieniem różdżki. Pomimo że wszystkie strzały poleciały do niej, magiczny wiatr Tabithy odparował je.

– Kochani nieznani najemnicy, pomimo że nie mam pojęcia, dlaczego nas atakujecie – Kirche uśmiechnęła się i ukłoniła w deszczu strzał – proszę pozwólcie mi, Kirche Żarliwej, łaskawie być waszym przeciwnikiem!



Siedząc na ramieniu swojego olbrzymiego ziemnego golema, Fouquet ugryzł swoją wargę w irytacji. Grupa, której właśnie rozkazała zaatakować, natychmiast wróciła w zamieszaniu po zostaniu otoczonym ogniem. Obróciła się do zamaskowanego szlachcica w kapturze, siedzącego przy niej – Geez, robienie zamieszanie tylko z powodu tego poziomu ognia... wynajęte ręce nie są już niezawodne.

– W każdym razie, dość tego.

– Ale nie możesz w ten sposób ich pobić!

– Jest dobrze, nawet jeżeli nie mogą. Wszystko co mają do roboty, to rozdzielenie ich.

– Nawet jeśli tak mówisz, nie pozwolę temu pójść tak dalej. Zniosłam tak dużo upokorzenia przez nich.

Człowiek w kapturze nie odpowiedział, za to wstając, jakby nie słyszał niczego powiedział do Fouquetem – Dobrze, ja ścigam dziewczynę Vallière.

– To co ja mam robić? – odpowiedziała w szoku Fouquet.

– Cokolwiek chcesz. Spal lub ugotuj resztę, cokolwiek. Spotkamy się w tej, co zwykle restauracji. Beztrosko zeskoczył z ramienia golema, znikając w ciemności jak nocny wiatr, miękki i mrożący.

– Geez... co za niefrasobliwy facet. Mógł nie mówić mi niczego o czym myśli – Fouquet mówił cicho, ze wstrętem.

Od ludzi poniżej dochodziły jęki. Silne wiatry nadciągnęły z wnętrza świątyni, rozprzestrzeniając i wzmacniając gwałtowne płomienie. Nawet łucznicy ukrywający się w ciemnościach poczuli oparzenia.

Fouquet wykrzyknęła pod siebie – Cholera, dość tego! Wszyscy jesteście nieprzydatni! Zejdźcie mi z drogi! – golem uniósł się z ogłuszającym hałasem i szedł w kierunku wejścia, ciągnąc pięści w miarę postępowania.



Kirche i Tabitha sterowały płomieniami w sali, mocno dręcząc najemników na zewnątrz. Grupa łuczników na zewnątrz również uciekła z ognia rozprzestrzenianego przez wiatr Tabithy, porzucając swoje łuki.

– Ohhhhohohohoho! Oho! Ohohoho! – Kirche śmiała się zwycięsko.– Widzicie? Dostajecie teraz? Siła moich płomieni! Jeśli nie chcecie dostać oparzeń, lepiej uciekajcie teraz do domu! Ahahaha!

– Dobra, teraz moja kolej! – po pojawieniu się nie w porę, właśnie gdy Guiche wymierzał w wycofujących się wrogów, pośrodku luki płomieni, swoim zaklęciem „Valkyrie”...

W głośnym, ogłuszającym hałasie, wejście i okolica zniknęły.

– Eh?

Z unoszącego się kurzu wyszedł olbrzymi golem i z łatwością wykopnął posągi Guichego.

– Oh, zapomniałam. Ta awanturnicza panienka wciąż tu jest. – powiedziała cicho Kirche, wystawiając swój język.

– Nie bądź zbyt arogancka, dziecko! Wykończę cię! – stojąc na ramieniu swojego golema, krzyknęła w gniewie Fouquet.

– Co teraz zrobimy? – Kirche odwróciła się do Tabithy. Jej przyjaciółka rozłożyła obie ręce i potrząsnęła głową.

Guiche rzucił jedno spojrzenie na olbrzymiego golema i pogrążył się w gorącej panice, krzycząc

– Wszyscy! Atakować! Mówię, ATAKOWAĆ! Teraz czas, aby zobaczyli ducha wszystkich arystokratów Tristainian! Patrz na mnie ojcze! Guiche stanie się mężczyzną!

Tabitha podcięła mu nogi swoją laską, posyłając go na ziemię.

– Co robisz?! Pozwól mi być mężczyzną! W imieniu Jej Królewskiej Mości Księżniczki, pozwól mej róży tu uschnąć!

– W porządku, umówiliśmy się by odejść.

– Nie! Nie ucieknę!

– ...wiesz, jesteś dokładnie typem, który zginąłby w jakiejkolwiek bitwy jako pierwszy.

Tabitha patrzyła na zbliżającego się golema i nagle wydawało się, że wpadła na pomysłu. Następnie pociągnęła za rękaw Guicha.

– Co?

– Róża. – Tabitha wskazała na imitację róży Guiche, wykonując przy tym ruch falowy. – Dużo. Płatków.

– Co chcesz od tych płatków?! – krzyknął Guiche, tylko po to aby Kirche pociągnęła jego ucho.

– Po prostu rób to, co Tabitha mówi!

Guiche machnął w irytacji swoją różaną różdżką, posyłając duże ilości płatków w powietrze. Tabitha zaśpiewała zaklęcie. Kierowane jej wiatrem, płatki wbiły się w golema.

– I co wbite płatki w ogóle zrobią golemowi?! Z pewnością to jest ładne! – krzyknął za siebie Guiche.

Tabitha zwięźle rozkazała mu – Alchemia.

Na ramieniu golema, Fouquet widząc swoje dzieło ze wbitymi wszędzie płatkami, denerwująco poskarżyła się – Co to jest? Prezent? Nie odpuszczę, nawet jeżeli udekorowaliście mojego golema płatkami!

Golem podniósł pięść i jednym ciosem rozwalił stół, który osłaniał Kirche, Tabithe i Guiche.

W tym momencie, wszystkie splątane płatki zmieniły się w płyn. Uniósł się zapach oleju. Jako mistrz elementu „ziemi”, Fouquet natychmiast uświadomił sobie powód. Zaklęcie znane jako „Alchemia”. Oni właśnie użyli „Alchemii” by zamienić płatki na golemie w olej.

Za późno zdała sobie sprawę, że coś było nie tak. Kula ognista Kirche już leciała w kierunku jej golema.

W jednej chwili, olbrzymi golem został pokryty ogniem. Nieumiejący wytrzymać gorąca i płomieni, golem padł na kolana.

Widząc swojego pracodawcę w przegrywającej pozycji, najemnicy umknęli jak pająki. Kirche, Tabitha i Guiche trzymali się za ręce w radości.

– Zrobiliśmy to! Wygraliśmy!

– Ja... wygrałem alchemią! Ojcze! Wasza królewska Mość! Guiche zatryumfował!

– To wszystko przez plan Tabithy! – Kirche szturchnęła głowę Guiche.

Szkaradna Fouquet stanęła przed spalonym golemem. – J... jak śmialiście... pobić mnie, Fouquet, dwa razy, magią ziemi...

Wyglądała smętnie. Z jej długimi, pięknymi spalonymi włosami, jej szatami z powypalanymi wszędzie dziurami i jej twarzą osmaloną na ciemno, piękno opuściło ją.

– Aha, ależ śliczny makijaż masz na sobie. Wiesz pani, ten ciężki makijaż jakoś ci odpowiada! Mam na myśli... jesteś już całkiem stara! – Gdy Kirche skończyła, machnęła swoją różdżką w Fouquet. Jednakże, wydawało się, że wyczerpała swoją energię wszystkimi zaklęciami, których użyła walczą. Nagle, mały, słaby płomień wyleciał i zniknął natychmiast.

– Co!? Tylko tyle? – Kirche podrapała swoją głowę.

Tabitha i Guiche wydawali się wywoływać taki sam efekt. Ale nie Fouquet. Nie próbowała żadnych zaklęć i po prostu ruszyła prosto na nich.

– Nazwać mnie starą?! Dziewczyno, mam jedynie 23 lata! – Fouquet zacisnęła swoje pięści i uderzyła nimi w Kirche, która bez wahania wzięła odwet mniej więcej w taki sam sposób. Zatem obie walczyły całkowicie w niepodobnie do siebie.

Tabitha siadła i z całkowitym brakiem zainteresowania walką przed nią, zaczęła czytanie. Guiche obserwował dwie piękne, walczące kobiety, z umiarkowanym rumieńcem na twarzy. Wyglądał na obojętnego, że jego ubranie jest w całkowitym nieładzie.

Patrząc z dala, najemnicy zaczęli się zakładać.



Ponieważ Kirche i Fouquet biły się, Saito i kompania pobiegli do portu drogą oświetloną przez jasny księżyc. Wardes podbiegł do długich schodów pewnego budynku i zaczął wchodzić w górę nich.

– Nie kierujemy się w stronę jakiegoś „portu”? Dlaczego wspinamy się na wzgórze? – zapytał Saito. Wardes nie odpowiedział.

Po wdrapywaniu się na długie schody, wyszli na małe wzgórze. Widząc wszystko przed sobą, Saito sapnął.

Było tam olbrzymie drzewo, rozkładające się na wszystkie strony. Miało wielkość góry. Jak wysokie było? Noc przykryła jego szczyt, ale miało znaczną wysokość. Saito patrzył na nie jakby to była Tokyo Tower.

A następnie... po bliższym przyjrzenie się, pomiędzy gałęziami, drzewo wydawało się trzymać coś jeszcze większego. Olbrzymi owoc? Był w błędzie. To był statek. To wyglądało jak sterowiec, wbity między drzewa.

– To jest „port”? I... to jest „statek”? zapytał wstrząśnięty Saito.

Louise odpowiedziała ze zdziwieniem. – Taa... nie jest tak w twoim świecie?

– W moim świecie, porty i statki stoją na wodzie.

– Jeśli są statki, które żeglują po wodzie, są i statki, które żeglują w powietrzu – powiedziała rzeczowo Louise.

Wardes pobiegł do korzeni drzewa, które były duże i przestronne jak hol drapacza chmur. Prawdopodobnie odkopali środek zwiędłego drzewa aby to zrobić.

To była noc więc nie mogli zobaczyć nikogo. Między każdą kondygnacją schodów były metalowe panele, z jakiegoś rodzaju pismem na nich. Może znaki stacji albo co takiego, pomyślał Saito.

Wardes zaczął wchodzić po schodach przed nim.

Jedna kondygnacja drewnianych schodów była połączona z inną. Były tam rusztowania i na nich podparcia, ale wciąż wyglądały niepokojąco niebezpiecznie. Można było zobaczyć światła La Rochelle w przerwach między każdą kondygnacją schodów.

W przerwie na odpoczynek, w połowie drogi, Saito usłyszało kroki za sobą. Odwrócił się a cień skoczył, przelatując nad nim i lądując przed Louise.

To był biało zamaskowany człowiek z golema Fouquet.

Saito wyciągnął swój miecz i krzyknął – LOUISE!

Louise odwróciła się. W następnej chwili, człowiek uniósł ją w górę.

– Ahhhh-----! – krzyczała Louise. Saito podniósł swój miecz. Jeśli po prostu rozetnę go, uderzę Louise. Człowiek niósł Louise i skoczył całkiem jak cyrkowiec, jego ciało poruszało się jak chciał.

Saito stał spokojnie. Obok niego, Wardes machnął swoją laską. Zamaskowany człowiek, podobnie jak Saito jakiś czas temu, został porwany uderzeniem powietrznego młota Wardesa i puścił Louise. Złapał się podparcia, ale Louise spadła w kierunku ziemi.

W jednej chwili, Wardes wyskoczył z platformy i zanurkował ku Louise jak perkoz. Dogonił i niosąc ją płynął w powietrzu.

Zamaskowany człowiek zwinął się, wskoczył na platformę i stanął naprzeciw Saito. Jego budowa ciała nie była specjalnie inna niż Wardesa. Wyciągnął laskę zza swojego pasa. To była czarna laska.

Po upewnieniu się, że Louise była bezpieczna, Saito zaczął pilnowanie, pamiętając swoją walkę przeciw Wardesowi. Machanie mieczem wokół jest zdecydowanie niebezpieczne, ale nie mógł przewidzieć, jakich czarów jego przeciwnik użyłby przeciwko niemu. Człowiek machnął swoją laską. Powietrze nad nim zaczęło się ochładzać. Zamarzające powietrza podrażnił skórę Saita. Co on robi?

Człowiek kontynuował recytowanie zaklęcia. Saito podniósł swój miecz, ale Derflinger krzyknął – pilnuj, partnerze! Jak tylko Saito stanął na warcie, powietrze się zatrzęsło. Powstało pęknięcie. Piorun wydobył się z człowieka i uderzył bezpośrednio w Saita.

– Chmura Błyskawicy! – wykrzyknął Derflinger, rozpoznając zaklęcie. Silny prąd przeszedł przez ciało Saita i spadł on z platformy.

– Gaaaahhh---! – Saito krzyczał z bólu. Swój lewy nadgarstek czuł się jakby został przypieczony i spalony dotknięciem żelaza rozgrzanego do czerwoności. Prąd zostawiał ślady, paląc jego ubranie. Zasłabł z bólu i przerażenia.

Wardes, trzymając Louise, wyrecytował zaklęcie „Lot”, bezpiecznie sprowadzając Saita na ziemię

– SAITO! – Louise krzyknęła, oglądając upadek swojego chowańca. Wardes przygryzł swoją wargę, skierował się ku zamaskowanemu człowiekowi i machnął laską. To był powietrzny młot. Powietrze wokół niego zestaliło się w niewidoczne bloki, uderzając zamaskowanego człowieka. Spadł on z platformy ku ziemi.

Louise wyrwała się z uścisku Wardesa i pobiegła do Saito. Rana od prądu dalej paliła jego lewą rękę, w której trzymał swój miecz, od rękawa do łokcia. Jak oszalała, przystawiła swoje ucho do jego klatki piersiowej. Serce biło i odetchnęła z ulgą. Przyjął bardzo silny prąd, ale wydawał się przetrwać, jęcząc z bólu.

Saito otworzył swoje oczy i z bólem wstał.

– C-co... ten facet... ale, to boli... gah!

Derflinger mówił z zaniepokojeniem – to była „Chmura Błyskawicy”. Bardzo silny czar wiatru. Jak dla mnie, ten facet wyglądał na eksperta.

– Ah! Ugh! – twarz Saita wykrzywiła się w bólu.

Wardes spojrzał na stan Saita.

– Ale miał szczęście, że przeżył tylko ze zranionym nadgarstkiem. To zaklęcie zazwyczaj zabija. Hmm... wygląda jakby twój miecz zneutralizował część prądu, ale nie jestem pewny dlaczego. Czy miecz nie jest zrobiony z metalu?

– Nie mam pojęcia. Zapomniałem – odpowiedział Derflinger.

– Inteligentny miecz, hah. Rzadka rzecz.

Saito ugryzł mocno swoją wargę. Jego zraniony nadgarstek bolał, ale fakt, że nie mógł zrobić nic by chronić Louise bolał bardziej. Dodatkowo pozwolił Wardesowi ukraść całe widowisko. Nie mógł już więcej pozwolić Louise patrzeć na siebie tak jak teraz. Ledwie wstał i schował Derflingera do pochwy.

– Chodźmy. To nie ma teraz znaczenia.



Za ostatnią kondygnacją schodów była gałąź. Na tej gałęzi, statek... po prostu był tam zakotwiczony. Kształt jego bardziej przypominał jacht, może by pozwolić mu lecieć. Po bokach były skrzydła. Ze statku zwisało któż wie ile lin, wszystkie przywiązane do gałęzi. Konar na której stali dochodził aż do pokładu. Wkroczyli na niego a marynarz śpiący na pokładzie uniósł się – Hej wy! Co robicie?!

– Gdzie jest kapitan?

– Śpi. Wróćcie rano – człowiek odpowiedział chłodno, po pijanemu i pił ze swojej butelki rum.

Wardes nie odpowiedział i cofnął swoją laskę – Chcesz by arystokrata powtórzył co właśnie powiedział? Rzekłem, sprowadź kapitana!

– A-arystkorata!! – marynarz wstał niezwłocznie i pobiegł do kwatery kapitana.

Po chwili, przywiódł zaspanego, około pięćdziesięcioletniego człowieka w kapeluszu. Wydawał się kapitanem.

– Czego chcecie? – Patrzył na Wardes podejrzliwie.

– Dowódca Straży Magicznej Jej Królewskiej Mości, kapitan Wardes.

Kapitan wytrzeszczył oczy i przeszedł na bardziej formalne słowa po rozpoznaniu w nim arystokraty dużego kalibru. – Oh, uh... więc, jakie usługi może ten statek wyświadczyć dla ciebie.

– Zabierz nas do Albionu. Odpływaj natychmiast.

– Szaleństwo!

– To z rozkazu Jej Królewskiej Mości. Zamierzasz sprzeciwić się Dworowi Królewskiemu?

– Nie wiem, po co zmierzacie do Albionu, ale do rana nie możemy wyruszyć!

– Dlaczego?

– Albion jest najbliżej Tristain rano! Nie mamy dość kamieni wiatru, by dostać się tam stąd natychmiast.

– Kamienie wiatru? – spytał Saito.

Kapitan obdarzył go spojrzeniem „nie wiesz co to jest kamień wiatru?” i odpowiedział – Kamienie, które magazynują czary wiatru. Ten statek nie może bez nich lecieć.

Następnie odwrócił się do Wardes – Ekscelencjo! ten statek ma w magazynie dość kamieni wiatru na podróż najkrótszą trasą do Albionu. Jeśli będziemy mieć więcej, moglibyśmy wyjść wcześniej. Ale teraz nie możemy wyruszyć. Wycofamy się z nieba w połowie drogi.

– Dorobię jakkolwiek dużo brakuje w kamieniach wiatru. Jestem magiem wiatru o sile kwadratu.

Kapitan i jego marynarze popatrzyli na siebie. Wtedy kapitan odwrócił się do Wardesa i kiwnął głową.

– W takim razie świetne. Jednak, będziesz musiał zapłacić.

– Co jest ładunkiem?

– Siarka. Teraz jest warta swojej wagi w złocie. Arystokraci podnieśli cenę w obawie o bezpieczeństwo. By to mieć, konieczne są proch i elementy ognia.

– Sprzedaj to wszystko mnie w tej cenie.

Kapitan kiwnął głową, może z pokrętnym uśmiechem. Z załatwioną umową, kapitan wydawał rozkaz za rozkazem.

– Opuścić port! Rozwiązać kotwice! Wypływać!

Marynarze wykonywali rozkazy, przez cały czas narzekając, umiejętnie usuwając sznury z gałęzi, wspinając się do zabezpieczających lin po obu stronach i opuszczając żagle. Bez więzów, statek nagle zatonął, a następnie uniósł się jeszcze raz z siłą kamieni wiatru.

– Kiedy możemy dotrzeć do Albionu? – zapytał Wardes.

– Przybędziemy do Portu Scarborough jutro w południe – odpowiedział kapitan.

Saito patrzył na ziemię od strony portu. „Port” można było dostrzec między olbrzymimi gałęziami drzewa. Światła La Rochelle szybko przygasły w ciemności. Wydawało się, że podróżowali raczej szybko. Louise zbliżyła się do Saito i położyła rękę na jego ramieniu.

– Saito, dobrze z tobą? – patrzyła na niego z niepokojem.

– Nie dotykaj mnie – odepchnął jej rękę. Twarz Louise zaczerwieniła się.

– Co?! A ja martwiłam się o ciebie! – Louise oszalała zauważywszy, że Saito nawet nie spojrzał na nią. „A ja cały czas martwiłam się o ciebie... co jest z tym nastawieniem?” pomyślała.

Saito był przygnębiony. Nie mógł zrobić nic, gdy Louise była zabierana przez biało-zamaskowanego człowieka. Nie mógł stanąć naprzeciw niej. Pamiętał co Wardes powiedział mu parę dni temu „innymi słowy, nie jesteś w stanie chronić Louise”.

Czy tak jest? Zatopił się w myślach.

Wardes podszedł do nich.

– Z tego, co słyszałem od kapitana, Królewskie Wojsko Albionu zostało całkowicie otoczone koło Newcastle i toczy ciężką bitwę.

Louise, wyraźnie wystraszona zapytała – Co z księciem Walesem?

Wardes potrząsnął swoją głową – Nie jestem pewny. Wydaje się żyć...

– Czekaj... czy port nie jest całkowicie opanowany przez buntowników?

– Tak.

– A więc jak możemy skontaktować się z rodziną królewską?

– Będziemy musieć po prostu wywalczyć dla nas wyjście. To zabierze tylko dzień jazdy konno ze Scarborough do Newcastle.

– Walczyć z buntownikami?

– Racja. To jest jedyny wybór, jaki mamy. Myślę, że oni nie mogą naprawdę otwarcie zaatakować Tristainskiego arystokratę. Będziemy musieli znaleźć okazję by uciec od nich i udać się prosto do Newcastle. Wszystko, o czym musimy potem pomyśleć, to jazda konna w ciemności.

Louise z niepokojem kiwnęła głową i zapytała – mówiąc o tym, Wardes, gdzie jest twój gryf?

Wardes uśmiechnął się. Wychylił się z lewej burty i zagwizdał. Z prawej poniżej statku doleciał dźwięk skrzydeł gryfa. Wylądował na pokładzie, strasząc jakichś z marynarzy.

– Czy nie możemy po prostu dotrzeć do Albionu na gryfie, zamiast na statku? – zapytał Saito.

– To nie smok. Nie może latać tak daleko – odpowiedziała Louise

Saito usiadło obok masztu i zamknął oczy. Wygląda na to, że wkrótce będziemy w niebezpieczeństwie. No dobrze... Teraz zasnę, pomyślał. Z rozmową pomiędzy Louise i Wardesem jak kołysanką, usnął.



Saita obudziły marynarskie hałasy, oślepiające światło i jaskrawoniebieskie niebo przed nim. Patrząc w dół statku, mógł zobaczyć przepływające chmury. Statek żeglował prosto ponad nimi.

– Albion w zasięgu wzroku! – ryknął obserwator.

Saito przetarł swoje śpiące oczy i spojrzał w dół jeszcze raz. Wszystko, co tam było to chmury. Ziemia nie widać było nigdzie.

Louise, która wydawała się spać przy nim wstała.

– Nie widzę nigdzie ziemi – poskarżył się Saito.

– Tam? – wskazała w kierunku nieba.

– Huh? – podążył wzrokiem w kierunku gdzie wskazała i sapnął wstrząśnięty. Olbrzymi... tak, nic innego, tylko olbrzymi widok ukazał się jego oczom.

Pomiędzy chmurami mógł zobaczyć ciemną ziemię. Kontynuowała ona rozwijanie się przed nimi. Góry rzeźbiły krajobraz, a rzeki płynęły w dół nich.

Pomiędzy chmurami mógł zobaczyć ciemną ziemię

– To cię przeraziło? – zapytała go Louise.

– Ah... Ja... nigdy wcześniej nie widziałem czegoś takiego – gdy stał gapiąc się jego szczęka opadła.

– Albion, pływająca wyspa. Pływa w powietrzu, w ten sposób, zazwyczaj ponad oceanami. Jednakże przechodzi ponad kontynentem Halkeginii kilka razy każdego miesiąca. Jest mniej więcej wielkości Tristain i jest nazywany „Białym Krajem”.

– Dlaczego „Biały Kraj” ?

Louise wskazała w kierunku wyspy.

– Woda z rzek wypływa z wyspy w powietrze i robiąc to staje się białą mgłą, przykrywając dolną część wyspy. Mgła zmienia się w chmury, które dają Halkeginii jej opady – wyjaśniła Louise.

Obserwator wykrzyczał ponownie – Statek zbliża się z prawej strony!

Saito popatrzył w tę stronę. Statek, jak powiedział, zbliżał się i był wielokrotnie większy niż ten, na którym byli. Armaty wysunęły się z dziur na jego lewej burcie.

– Ach... oni nawet mają armaty – Saito wypowiedział swoje myśli.

Louise zmarszczyła brwi.


– Niedobrze. Buntownik... albo szlachecki statek? – Z tyłu pokład, Wardes i kapitan patrzyli tam gdzie obserwator wskazywał.

Czarny farba sygnalizowała, że jest to statek wojenny. Dwadzieścia lub coś koło tego armat wymierzono w nich.

– Albioński arystokrata? Powiedz nam czy oni przewożą ładunek jak my.

Obserwator podniósł flagi sygnałowe jak powiedział kapitan. Czarny statek nie odpowiedział. Wicekapitan wszedł biegnąc, jego twarz była blada i poinformował kapitana – ten statek nie ma żadnej flagi narodowej!

– Oni... są piratami?

– Nie możemy się mylić! Słyszałem, że stali się naprawdę aktywni po rozpoczęciu się buntu...

– Uciekać! Pełna prędkość! – kapitan chciał uciec od nich jak najszybciej, ale było za późno. Czarny statek zaczął żeglować równolegle do nich i wystrzelił bezpośrednio przed nich.

BANG! Kula armatnia zniknęła w chmurach. Wtedy maszt czarnego statku podniósł cztero kolorowy znak.

– Rozkazują nam zatrzymać się, kapitanie.

Kapitan wzdrygnął się w swojej decyzji. To nie tak, że jego statek był całkowicie nieuzbrojony, ale wszystko co mieli to trzy przenośne armaty na pokładzie, który nie były bardziej przydatne niż dekoracje kiedy ma się do czynienia z całą burtą, przeszło dwudziestu wycelowanych w nich. Kapitan patrzył na Wardes w oczekiwaniu pomocy.

– Cała moja magia została użyta na statku. Możemy tylko zrobić co oni mówią – odpowiedział spokojnie Wardes.

Kapitan powiedział bezgłośnie – Idzie o moją fortunę – i dał rozkaz.

– Zwinąć żagle. Zatrzymać statek.


Louise, widząc ogień wystrzału, otaczanie ich i zatrzymanie się ich statku, trzymała się blisko Saita, który nerwowo patrzył na czarny okręt.

– Jesteśmy piratami! Nie stawiać oporu! – człowiek na pokładzie czarnego statku krzyknął przez róg.

– Piraci? – Louise była wstrząśnięta.

Na czarnym okręcie na bakburcie, ludzie stanęli w szeregu z łukami i strzelbami. Wycelowali i strzelili linami z hakami, łapiąc ich statek za sterburtę. Silniejsi, około dziesięciu z nich dzierżących topory i zakrzywione szable, ześlizgnęli się na linach na statek.

Saito trzymał swój miecz, ale jego nadgarstek wciąż bolał od bitwy poprzedniej nocy i nie mógł użyć swojej siły.

– Saito... – powiedziała cicho Louise. Usłyszał ją i spróbował trzymać swój miecz mocniej. Znaki na grzbiecie jego lewy ręki zaświeciły. Jednakże, Wardes, który jakoś pojawił się za nim, położył swoją rękę na jego ramieniu.

– Oni nie są tylko uzbrojonymi barbarzyńcami, Saito. Oni mają wiele armat wycelowanych w nas. Jeśli chcesz przeżyć na polu bitwy, musisz dokładnie mierzyć ich siłę i swoją. Oni mogą nawet mieć magów po swojej stronie.

Gryf Wardesa, który siedział z przodu pokładu również był przerażony piratami i warknął. Jego głowa została przykryta błękitno-białym dymem i opadła na pokład, szybko zasypiając.

– Zaklęcie snu... więc oni mają magów.

W porządku, piraci wylądowali na ich statku. Jeden z nich był ubrany całkiem nienagannie. Nosił koszulę, która wyglądała jakby zwykle była biała, ale była ubrudzona od potu i smaru. Można było zobaczyć jego silne i dobrze opalone mięśnie klatki piersiowej w otworach koszuli. Łata przykryła jego lewe oko. Ten człowiek wydawał się przywódcą piratów.

– Gdzie jest kapitan? – rozkazał szorstkim tonem, rozglądając się dookoła.

– To ja. – Kapitan trzęsąc się, ale jednak próbując być opanowanym, podniósł swoją rękę.

Przywódca podszedł do niego dużymi krokami, wyjął swoją szablę i postukał nią w twarz kapitana.

– Co to za statek i co przewozi?

– Tristaińska Marie Galante. Ładunkiem jest siarka.

Gwałtowny wydech doszedł od piratów. Przywódca zachichotał, podnosząc kapelusz kapitana i kładąc go na głowę.

– Kupuję wszystko na tym statku więc... ceną będzie wasze życie!

Kapitan zatrząsł się ze wstydu. Następnie, przywódca zauważył Louise i Wardes stojących na pokładzie.

– Oho, mamy szlachetnych gości! – Przywódca podszedł do Louise i swoją ręką uniósł jej brodę. – Mamy tu piękność. Czy zechciałabyś być naszą pomywaczką?

Ludzie szorstko i ciche się zaśmiali. Louise trzepnęła jego rękę i spiorunowała go wzrokiem jakby właśnie miała wybuchnąć płomieniami.

– Odczep się ode mnie, ty szumowino!

– Oh, ona nazwała nas szumowinami! Jestem teraz tak wystraszony! – Ludzie śmiali się głośno. Saito chciało wyjąć swój miecz, ale Wardes zatrzymał go, szepcząc, – Hej, chowańcu. Wyglądasz jakbyś właśnie nie mógł się uspokoić.

– A-ale... Louise...

– Co przyjdzie z robienia harmidru teraz? Ich armaty i strzały mogą zrobić z Louise, ciebie, wszystkich nas razem ser szwajcarski.

Saito był wstrząśnięty.

– Czy nie troszczysz się troszeczkę o bezpieczeństwo Louise?

Saito zatopił się w rozpaczy i wyrzutach sumienia. „Jestem nieprzydatny. Nie mogę nawet równać się z tym facetem. Louise... będzie lepiej jak wyjdzie za niego”. Pomyślał.

– W porządku, chłopcy, weźcie wszystkich. Możemy za nich dostać piekielnie duży okup!



Przekład[edit]

Tłumaczył: egaro

Rozdział 7 – Książę konającego kraju[edit]

Saito zostało pochwycony i zamknęty w więzieniu przez piratów. Wyglądało to jakby załoga Marie Galante pomogła przejąć statek.

Odkąd miecz Saita i różdżki Wardesa oraz Louise zostały zabrane, ich ręce i stopy nie były skrępowane. Bez swoich różdżek magowie, tak jak nieuzbrojony Saito, byli niegroźni. Chociaż tego samego nie można było powiedzieć o Louise.

W tle można było zobaczyć nieporządnie porozrzucane beczki wina, worki zboża i baryłki prochu. Ciężkie kule armatnie były zgromadzone w kącie pomieszczenia.

Wardes zbadał ładunek z wielkim zainteresowaniem.

Saito usiadł w kącie ładowni, marszcząc brwi z powodu bólu w zranionym ramieniu. Louise, widząc go w takim stanie, patrzyła ze zmartwieniem na twarzy.

– ...Co? Jak myślę, rany przede wszystkim bolą.

– To nic – odpowiedział opryskliwie Saito.

– To nie jest nic - pokaż mi! – Louise z mocą chwyciła ramię Saita i podwinęła ubranie.

– Auu.

Wyglądało to naprawdę okropne. Zaklęcie błyskawicy Zamaskowanego Człowieka zadało poważną ranę na jego lewym ramieniu, biegnącą od barku do nadgarstka. Co więcej, to wydawało się pogarszać; jego ramię miało okropne drgawki.

– Czy to nie jest strasznie spalone?! Powinnam odczuwać teraz ulgę?! – wykrzyknęła Louise. Wstała i zaczęła pukać w drzwi.

– Ludzie! Niech ktoś przyjdzie!

Strażnik wstał.

– Eh?

– Wody! Jest tam mag? Potrzebujemy maga wody! Tu jest osoba poszkodowana! On musi zostać wyleczony!

– Nie ma takiej osoby.

– Kłamstwa! Jest!

Zaskoczony Wardes obserwował Louise w osłupieniu. Saito trzymał się ramienia Louise.

– Bądź posłuszna. Jesteś tu więźniem.

– Nie! Nie będę, jesteś ranny!

– Przestań tak mówić! – wykrzyknął Saito. Louise skuliła się z powodu jego groźnej postawy i jej źrenice zaczęły stawać się wilgotne. Jednakże, przełknęła ślinę i spróbowała stłumić nadchodzące łzy.

– Nie płacz.

– Nie płaczę. Nie ma mistrza, który zapłakałby przed swoim chowańcem!

Saito odwrócił swoją twarz.

– Widzę.

– Nigdy nie zapłakałbym przed tobą.

Louise podeszła do przeciwnej ściany i siadła twarzą odwróconą od niego, jej ciało drżało. Saito skierował się do Wardesa i klepnął jego ramię.

– Proszę, pociesz ją.

– Czemu?

– Czy nie jesteś narzeczonym Louise.

Wardes kiwnął głową, obrócił się ku Louise i trzymał jej ramiona od tyłu, pocieszając ją. Saito upadł na ziemię, odwracając swoje oczy od Wardesa i Louise. Ból w jego ramieniu ciągle się pogarszał. To była jego własna wina, że powstrzymywał Louise przed pomaganiem mu.

„To jest odpowiednia kara dla takiego bezwartościowego jak ja”.

– Moja kara... Nie boli aż tak. Ałaa-

Jego pomrukiwanie zostało przerwane przez otwarcie drzwi, ponieważ wszedł gruby człowiek z talerzem zupy.

– Ryż.

Gdy Saito, które było blisko drzwi spróbował zabrać to, człowiek nagle podniósł talerz.

– Tylko gdy odpowiecie na kilka pytań.

Louise, której oczy wyglądały na opuchnięte, wstała.

– Pytaj.

– Jakie sprawy macie w Albionie?

– Podróżujemy – zdecydowanym głosem powiedziała Louise, kładąc swoją rękę na pasie.

– Arystokrato Tristain, dlaczego miałbyś podróżować do Albionu? Dlaczego miałbyś zwiedzać takie miejsce?

– Nie muszę mówić ci takich rzeczy.

– Ciągłe udawanie bycia twardym, pomimo strachu i płaczu?

Louise odwróciła swoją twarz, gdy pirat zaczął się śmiać. Złapała talerz z zupą i wodą by rzucić w niego, ale...

Saito wziął go od niej.

– Hej!

– Nie mogę jeść zupy zrobionej przez takich ludzi!

Louise odwróciła się jeszcze raz.

– Nie jest zdrowe być głodnym.

Gdy Wardes tak powiedział, Louise wzięła talerz zupy z nadąsaną twarzą.

Troje ludzi jadło zupę z jednego talerza, chociaż w normalnych okolicznościach to nigdy by się nie zdarzyło.

Wardes oparł się o ścianę ze zmęczonym wyrazem na twarzy.

Louise podarła rękaw swojej koszuli i zmoczyła go w wodzie, próbując tym schłodzić ranę Saita.

– Jest dobrze.

– Nie jest dobrze! – Louise wpatrywała się stanowczo w Saita swoimi opuchniętymi oczami – Ponieważ jesteś moim chowańcem, musisz słuchać co ci mówię!

Saito odwrócił swoją twarz. Louise, która zajmowała się jego ramieniem łagodnie, popatrzyła na niego.

– Co jest?

– Masz ważniejsze obowiązki.

– Tak jest, ale uraz jest również bardzo ważny! Jasne?!

Saito kontynuował wpatrywanie się, nim zauważył beczki z prochem.

– Moglibyśmy uciec używając tego.

– Eh?

Louise podejrzliwie podążyła za spojrzeniem Saita. On otworzył beczkę i napełnił talerz prochem.

Wardes mamrotał zmęczonym głosem.

– I gdzie pobiegłbyś? Otacza nas jedynie pustka.

Saito usiadło jeszcze raz z hukiem.

– ... ale, siedząc tak i nic nie robiąc...

W tym momencie, drzwi otworzyły się ponownie. Tym razem stanął przed nimi chudszy pirat. Patrzył na nich troje świdrującym spojrzeniem i zapytał.

– Dobry wieczór, jesteście arystokratami udającymi się do Albionu?

Louise nie odpowiedziała.

– Oi oi, sądząc z waszego milczenia jest to prawda. Jednakże, nie wyglądamy na takich, co nie szanują arystokratów, dzięki nim nasz biznes działa dobrze.

– Ale, czy to nie jest okręt wojenny buntowników?

– Nie nie, chociaż jesteśmy zatrudnieni, angażujemy się pół na pół z obiema stronami. Powiązani jesteśmy z obiema frakcjami. To jak jest? Jesteście arystokratami? Jeśli to prawda, to zostaniecie uwolnieni w najbliższym porcie.

Saito odczuł ulgę. Skoro Louise była arystokratką wszystko mogło być rozwiązane spokojnie. Co więcej, zostaliby zabrani do najbliższego portu.

Louise jednakże, nie kiwnęła swoją głową w zgodzie, a za to kontynuowała piorunowanie wzrokiem czoła pirata.

– Jak ośmielasz się mieć cokolwiek do czynienia z tymi brudnymi buntownikami? Nie lekceważ arystokratów Albionu. Ja sama jestem z jednej ze szlacheckich rodzin. Albion wciąż jest królestwem, a rodzina królewska jest wciąż legalnym rządem w Albionie. Ponieważ jestem arystokratą, który przychodzi tu w imieniu Tristain, jestem innymi słowy, ambasadorem. Dlatego, żądam od ciebie traktowania jak ambasadora.

Saito szeroko otworzył usta i wymamrotał – jesteś idiotką?

– Kogo nazywasz idiotą? Ty jesteś idiotą! Próbując zachować się chłodny, będąca tak poważnie rannym! – Louise gniewnie odwróciła się do Saita i wykrzyknęła.

– Ale! Powinnaś lepiej wybrać czas i miejsce na swoją szczerość!

– Zamknij się! Jesteś moim chowańcem i powinieneś słuchać co mówię! Poza tym pokaż swoje ramię! Hej!

Zaskoczony Saito trzymał kurczowo swoje ramię, podczas gdy Louise spróbowała ciągnąć ramię Saita z szarpnięciem. Pirat śmiał się oglądając tę scenę.

– Szczerze mówiąc, powinnaś przestać to robić!

– Jesteś w błędzie, nie mogę pozwalać ci być zranionym tak nierozważnie – stwierdziła Louise.

– Eh? – powiedział Saito zaskoczonym głosie.

– Ponieważ jesteś moim chowańcem... t-to dlatego...

– W takim razie pójdę zameldować Szefowi.

Pirat śmiejąc się, opuścił ich.

Saito było tak zaskoczony, że nie mógł odpowiedzieć Louise jak należy.

– Ramię, pokaż je.

– Nie rób tak. Czy nie ma więcej rzeczy do niepokojenia się? Jak nasza obecna sytuacja.

Louise powiedziała zdecydowanie – nie pozwolę takim rzeczom absorbować mnie pod warunkiem, że będziemy mieli cień szansy przeżycia.

Stanęła prosto. Chociaż myśl poślubienia Wardesa sprawiła, że z początku czuła się wesoło, to obecnie nie było to tak silne.

– ... zresztą, skłamałaś im.

– Nie wygaduj nonsensów. Poważnie myślisz, że kłamanie takim ludziom jest czymś złym?

Saito westchnął zmęczonym głosem. Wardes zbliżył się i stuknął w ramię Louise.

– Nie mów takich rzeczy Louise, jesteś wciąż moją narzeczoną.

Saito odwróciło wzrok z przygnębieniem. Twarz Louise pokazała mieszane uczucia, ponieważ opuściła wzrok.

Drzwi otworzyły się ponownie, to był ten sam chudy pirat.

– Szef woła.



Korytarz mieścił wąskie schody i doprowadził trójkę do wspaniałego pokoju zbudowanego na górnej części pokładu.

Szef... faktycznie, herszt piratów.

Gdy drzwi otworzyły się, można było zobaczyć cudowny stół jadalniany i jednego pirata siedzącego przy jego końcu, bawiącego się trzciną, która miała przytwierdzony na szczycie duży kryształ. Pozornie, był magiem. Pokój szefa był bardzo różny od tego co można by oczekiwać po piracie.

Popatrzył intensywnie na Louise, która weszła do pokoju. Chudy pirat, który zabrał ją tam szturchnął ją nieznacznie od tyłu.

– Hej ty, stoisz przed Szefem, więc przywitaj się z nim jak należy.

Jednakże, Louise stanęła tam normalnie, piorunując wzrokiem Szefa, gdy on uśmiechnął się do niej.

– Ach, lubię kobiety o silnej woli, ty nie jesteś już dzieckiem.

– Domagam się traktowania jak ambasador.

Louise, nie zwróciła uwagi na słowa Szefa, powtarzającego jej żądanie.

– A co będzie tą wiadomością, którą próbujesz przekazać?

Powiedział Szef ignorując słowa Louise.

– I powiedziałaś królewski?

– Tak.

– Idziesz do Newcastle? Oni wyjadą jutro.

– Nie powiem ci.

Ale Szef mówił do Louise radosnym głosem.

– Jesteś skłonna do zdradzenia arystokratów? Inaczej, nawet jeśli jesteś magiem, nie mogę udzielić gwarancji na twoje bezpieczeństwo, nawet za znaczącą opłatę.

– Raczej umarłabym.

Saito szturchnął Louise i w tym momencie zauważył, że jej ciało drżało. Bała się. Ale nawet gdy bała się, kontynuowała patrzenie prosto w oczy Szefa.

Saito pamiętał swój pojedynek z Guiche.

„Bałem się wtedy. Myślałem, że umrę. Ale nie zgiąłem swojej głowy. Myślę, że Louise dziś jest podobna do mnie w tym czasie. Ona stoi naprzeciwko przerażającego przeciwnika, ale może wytrzymać to, ponieważ ona ma coś ważnego w swoim umyśle, właśnie jak ja.”

Ta Louise wyglądała naprawdę niezwykle.

– Zapytam cię jeszcze raz. Jesteś skłonna do zdradzenia arystokratów?

Louise patrzyła prosto przed siebie. Skrzyżowała swoje ramiona i oparła je na klatce piersiowej. Jednakże, Saito przerwał jej, zanim mogła otworzyć swoje usta.

– Powiedziała już swoją odpowiedź.

– A kim ty jesteś?

Szef patrzył na Saito z przeszywającym spojrzeniem. Oczyma, które wydawały się widzieć najgłębsze tajemnice. Ale Saito patrzył prosto na Szefa, właśnie tak jak Louise.

– Chowaniec.

– Chowaniec?

– Na to wygląda.

Szef zaczął się śmiać. Śmiał się głośno.

– Wiedziałem, że Tristainscy arystokraci są dziwni, ale nie tak bezradni. Och nie, mój żołądek boli.

Powiedział Szef, gdy powstrzymał się od śmiechu. Saito i inni zostali zdziwieni przez nagłą zmianę atmosfery i patrzyli na siebie.

– O, przepraszam. Jako arystokrata powinienem też odpowiednio się przedstawić.

Pirat, który śmiał się głośno, nagle stanął prosto.

Usunął swoje czarne kręcone włosy z głowy, które okazały się być peruką. Zabrał również czarną opaskę z oka, a także zdjął swoją sztuczną brodę. Przed nimi stała teraz młoda osoba z blond włosami.

– Jestem generałem Albiońskich Królewskich Sił Powietrznych. Również dowódcą naszej floty. Jednak prawdę powiedziawszy, ten okręt wojenny nazwany „Orzeł” jest jedynym statkiem w naszej flocie. Bezsilna flota. Ojej, również ludzie z ulicy łatwo mogliby nas pobić. Młoda osoba zgięła się w czasie przedstawiania.

– Jestem księciem Królestwa Albionu, Wales Tudor.

Usta Louise otworzyły się szeroko, a Saito nie mógł oderwać oczu, z powodu niespodziewanego pojawienia się młodego księcia Albionu. Wardes patrzył na księcia z wielkim zainteresowaniem. Wales uśmiechnął się czarująco i przesunął krzesło, aby Louise usiadła.

– Witamy w Albionie, Ambasadorze. Teraz, porozmawiajmy o twojej wiadomości.

Jednakże, Louise wciąż była oniemiała. Stała tam po prostu osłupiała, niepotrafiąca się ruszyć.

– Dlaczego przebieram się za pirata? By się ukryć? Nie, bogaci buntownicy wysłali dużo zaopatrzenia dla rebeliantów i to jest podstawowa taktyka wojenna by przeciąć linii zaopatrzenia wroga. Nawet jeżeli muszę robić to w taki niegodny sposób, przebierając się za brudnego pirata.

Powiedział Wales śmiejąc się.

– Nie, to było naprawdę nieuprzejme traktować ambasadora w ten sposób. Ale musisz sama przyznać, że zupełnie nie wyglądasz jak posłaniec królewski. I nigdy nie pomyślałem o poparciu od arystokratów z innego kraju. Wciąż powinienem przepraszać.

Również po słowach Walesa, usta Louise wciąż były otwarte i zamykały się bez wydawania z siebie jednego dźwięku. Psychicznie nie została przygotowana na tak nagłe spotkanie z księciem.

– Przynieśliśmy tajny list od Jej Wysokości Księżniczki Henrietty – powiedział Wardes kłaniając się z gracją.

– Ohh, od Jej Wysokości. A ty jesteś?

– Kapitan Tristainskich Rycerzy Gryfa, wicehrabia Wardes.

Następnie, Wardes przedstawił Walesowi Louise.

– A to jest ambasador wysłany przez Jej Wysokość z rodziny Vallière i jej chowaniec, Wasza Wysokość.

– Rzeczywiście! Taki wspaniały arystokrata. A ja mam tylko dziesięciu swoich ochroniarzy by was witać, takie żałosne powitanie. W takim razie masz tajny list?

Louise panicznie wyjęła list Henrietty ze swojego ubrania. Jednakże, zatrzymała się przed daniem go Walesowi. Po kilku chwilach wahania otworzyła swoje usta.

– A-ale...

– Co?

– Przepraszam, ale czy naprawdę jesteś księciem?

Wales zaśmiał się.

– O kochana, nie uwierzysz mi, nawet gdybym pokazał ci swoją prawdziwą twarz. Jestem Wales i jestem naprawdę księciem. Pokażę w takim razie dowody.

Powiedział Wales po zobaczeniu błyszczącego pierścionka z rubinem wody na palcu Louise.

Ręka Louise została wzięta i pierścień, który świecił na palcu został usunięty. Książę przesunął go blisko swojego pierścienia z rubinem. Dwa pierścienie zareagowały na siebie, promieniując jaskrawym światłem.

– Ten pierścień należy do rodziny królewskiej Albionu, rubin Wiatru, podczas gdy tamten należy do Henrietty z Tristainskiej rodziny królewskiej i jest rubinem Wody. Prawda?

Louise kiwnęła głową.

– Woda i wiatr tworzą tęczę, która pojawia się między rodzinami królewskimi.

– Prawda, przepraszam za moją nieuprzejmość.

Louise podała Walesowi list i ukłoniła się.

Po popatrzeniu na list z miłością, Wales pocałował podpis. Następnie, pieczęć została ostrożnie usunięta, papier z wnętrza został wyjęty i Wales zaczął czytać.

Przez jakiś czas kontynuował czytanie z poważnym wyrazem twarzy.

– Czy księżniczka wychodzi za mąż? Ta piękna Henrietta. Moja ukochana... kuzynka.

Wardes ukłonił się cicho, z potwierdzeniem na twarzy. Wales rzucił spojrzenie na list jeszcze raz i uśmiechnęła się, gdy ostatnia linia została przeczytana.

– Rozumiem. Księżniczka informuje mnie, że chce byś zwróciła ten list. I co ważniejsze, księżniczka również ma nadzieję, że zwrócę list od niej. Na to wygląda.

Twarz Louise promieniowała zadowoleniem.

– Jednakże, obecnie nie jest w moich rękach. Jest w zamku w Newcastle. Nie chciałem przynieść listu księżniczki na ten piracki statek – Wales powiedział to śmiejąc się.

– Tak więc, nawet jeśli to przysparza kłopotów, proszę chodź ze mną do Newcastle.


Przekład[edit]

Tłumaczył: egaro

Rozdział 8 – Wieczór w Newcastle[edit]

Okręt wojenny „Orzeł” zabrał Saita do postrzępionej linii brzegowej Albionu. Podróżowali przez trzy godziny i mogli już zobaczyć przylądek oraz wielki zamek stojący na samym jego brzegu.

Wales wyjaśnił Saito, który stał na prawej stronie pokładu, że była to twierdza Newcastle. Jednakże, „Orzeł” nie skierował się na wprost do miasta, ale za to pożeglował w dół wybrzeża.

– Dlaczego zmierzamy w dół?

Wales wskazał na niebo za zamkiem, gdzie pływał olbrzymi statek. Jednakże, on nie mógł zobaczyć ich statku, który ukrywał się na przeciwnym brzegu chmury.

– Okręt wojenny buntowników.

To mogło być opisane tylko jako olbrzymi statek - był dwa razy tak długi, jak „Orzeł”, z niesamowitą ilością żagli i wyglądał jakby mierzył w port Newcastle. Bez żadnego ostrzeżenia otworzył ogień celując w zamek. Pierwsza kula armatnia uderzyła w ścianę i mógł być dostrzeżony mały ogień. Falę uderzeniową można było odczuć na pokładzie Orła.

– Ten statek nazywał się „Niezawisłe Królestwo” i należał do floty naszego kraju. Teraz gdy buntownicy przejęli kontrolę nad nim, zmienili nazwę na „Lexington”. Został nazwany na cześć pola bitwy gdzie ci faceci odnieśli pierwsze zwycięstwo nad nami – powiedział z uśmiechem Wales.

– Ten okręt wojenny prowadzi stałą blokadę Newcastle z nieba. Od czasu do czasu strzela w zamek, nie w celu zrobienia jakiegoś uszkodzenia, ale tylko by nas zdenerwować.

Saito spojrzał poprzez chmurę na okręt wojenny. Było tam wiele armat po każdej stronie, a na powierzchni statku namalowany był smok.

– Ma 108 armat i chwilami naprawdę wygląda jak ognisto dechy smok. Cały bunt rozpoczął się na tym statku. Nie możemy równać się z nim, a więc lepiej jest żeglować wokół tej chmury i pozostać niewidocznym. Od kiedy jest tam tajemny port, o którym tylko my wiemy, możemy osiągnąć Newcastle z innej strony.



Nagle stało się ciemno, gdy statek wszedł pod kontynentem, ponieważ ląd zablokował światło słoneczne. W dodatku, wciąż byli otoczeni przez chmury. Nie mogli nic zobaczyć. Wales wyjaśnił, że buntownicy nigdy nie zeszli pod kontynent, ponieważ podróżowanie tą drogą było niebezpieczne. Zimno, wilgoć i chłodne powietrze uderzyły w policzki Saita.

– Nawigatorom królewskiego lotnictwa wojskowego łatwo żeglować, opierając się na mapach topograficznych, używając magii światła i pomiarów.

Wales zaśmiał się, arystokrata, który nie zna nieba nie jest osobą inteligentną.

Żeglowali przez chwilę i ostatecznie dotarli do obszaru, który otworzył się na czarnej dziurę w górze. Rozświetlone przez magiczne światło z masztu, było to naprawdę spektakularne, mogli zobaczyć dziurę średnicy 300 metrów.

– Zatrzymywać się tu teraz.

– Aye Aye sir, zatrzymywać się tu!

Rozkaz Walesa był wydany do wciąż bardzo energicznej i pełnej życia załogi. Żagle zostały zdjęte i „Orzeł” zaczął płynąć w prawo pod dziurę.

– Wolno zwiększyć prędkość.

– Aye Aye sir, wolno zwiększyć prędkość!

„Orzeł” wzniósł się wolno w kierunku dziury. Za nim postępowała „Marie Galante”, na której pokład weszli nawigatorzy Orła.

Wardes kiwnął głową – Z pewnością nie jesteście powietrznymi piratami, Wasza Wysokość.

– Jesteśmy dokładnie powietrznymi piratami, Wicehrabio.



Można było dojrzeć światło wewnątrz dziury i tam się „Orzeł” kierował.

Okręt wojenny przybył do tajemnego portu Newcastle. Wewnątrz olbrzymia wapienna jaskinia była pokryta białym mchem. Wielu ludzi oczekiwało na nabrzeżu. Liny zostały rzucone do marynarzy by przywiązać Orła i w końcu zostało przystawione drewniane przejście.

Wales pośpieszył Louise i innych by zeszli przejściem. Wysoki i wiekowy mag podszedł do nich.

– Ha ha, cudowne wojskowe osiągnięcie, prawda Wasza Wysokość?

Stary mag wydawał się pojawić znikąd przed Orłem.

– Ciesz się, Parys. Siarka, to jest siarka!

Gdy Wales tak wykrzyknął, otoczyli go przyjmujący wiwatami żołnierze.

– Och! Siarka! To jest honor dla naszej gwardii! – stary mag zaczął płakać, jakby się postarzał.

– Służyłem przez sześćdziesiąt lat pod poprzednim królem... Nie będzie tak szczęśliwych dni więcej, Wasza Wysokość. Po tym jak wybuchła rebelia, to wszystko zmieniło się w smutek... Nawet z siarką nie zrobimy tego...

Wales zaśmiał się z uśmiechem.

– Nawet jeżeli zostaniemy pokonani, pokażemy buntownikom odwagę rodziny królewskiej i honor.

– Cudowna śmierć. Moje stare kości dygoczą z podniecenia. Poinformowano, że buntownicy zamierzają zaatakować zamek jutro. Teraz, to jest naprawdę wszystko albo nic, Wasza Wysokość.

– Ze swoim ostatnim oddechem przyniesiemy ich żołnierzom wstyd!

Wales i inni zaśmiali się ze spokojem płynącym z głębi ich serc. Louise zmartwiła się po usłyszeniu słowa pokonani. Innymi słowy, oni umrą. Czy nie boją się śmierci?

– A kim są ci ludzie? – stary mag nazwany Parysem, zapytał Walesa po zobaczeniu Louise.

– To jest ambasador z Tristain. Przybyła z powodu ważnej sprawy związanej z królestwem.

Parys przez moment był zaskoczony, co ambasador z innego królestwa szukałby w tych ruinach? Ale niedługo uśmiech powrócił na jego twarz.

– Więc jesteś ambasadorem. Szambelan Parys do usług, Pani. To miło, że przebyłaś całą drogę do Albionu. Chociaż to nie może być dużo, będziemy mieć małą ucztę dziś wieczorem. Jak najbardziej - proszę przyjdź.



Louise i inni poszli za Walesem do jego pokoju. Pokój księcia był usytuowany za pokojem kuchennym i wyglądał raczej zwyczajnie.

Drewniane łóżko, stół i para krzeseł, a także obraz na ścianie, który przedstawiał scenę batalistyczną.

Książę siadł na krześle i otworzył szufladę biurka, wewnątrz której była niewielka szkatułka. Zdjął naszyjnik ze swojej szyi.

Niewielki klucz został włożony w zamek szkatułki i Wales otworzył ją. Leżał tam portret Henrietty.

Louise przyjęła list pochylając się głęboko.

Wales, który zauważył, że Louise patrzyła na pudełko, przemówił zakłopotany.

– Sejf.

W środku był jeden list. Wydawało się, że też był od księżniczki. Wales wyjął go z miłością i przeczytał. Ten list wyglądał na starszy niż był, z powodu ciągłego czytania.

Po przeczytaniu Wales łagodnie złożył go i włożył do koperty, a następnie podał Louise.

– To jest list, który otrzymałem od księżniczki. Zwracam go.

– Dziękuję ci.

Louise przyjęła list pochylając się głęboko.

– „Orzeł” zabierze cię do Tristain jutro, ponieważ nie będziemy go używać w bitwie.

Louise zdecydowanie otworzyła swoje usta, po wpatrywaniu się przez jakiś czas na list.

– Ale, Wasza Dostojność... Co miałeś na myśli, gdy wspomniałeś o wspaniałej porażce?

Z wahaniem zapytała Louise. Wales odpowiedziała na to bardzo prosto.

– To jest tak. Moje armia ma 300 ludzi, podczas gdy siły nieprzyjacielskie mają 50000. Nie ma żadnej szansy na zwycięstwo. Więc pozwól nam przynajmniej zginąć w chwale.

Louise spuściła wzrok.

– Wasza Wysokość, również masz na myśli siebie, gdy mówisz o polegnięciu w bitwie?

– Oczywiście. Ja też umrę.

Saito, które przyglądał się rozmowie z boku, westchnął. Książę martwiący się tak mało o jutrzejszą śmierć, robił wszystko tak zagmatwanym. Wydawało się, że to nie była rzeczywistość, ale wydarzenie z gry.

Ramiona Louise opadły, gdy ukłoniła się głęboko do Walesa. Miała jednak więcej rzeczy do powiedzenia.

– Wasza Wysokość... Wybaczać moją niegrzeczność, ale jest jeszcze kilka rzeczy, które muszę powiedzieć.

– Co chcesz powiedzieć?

– Co jest zawartością listu?

– Louise.

Saito zaprotestował. Oczywiście, zawartość listu była przecież rzeczą osobistą. Ale Louise, po zadaniu pytania, patrzyła z determinacją.

– Kiedy księżniczka dała mi to zadanie, wyglądała jakby martwiła się o swojego kochanka. A w pudełku był portret księżniczki i dostrzegłam posępną minę po pocałowaniu i przeczytaniu listu... Czy ty i księżniczka...

Wales się uśmiechnął. Zgadł co Louise chciała powiedzieć.

– Chcesz powiedzieć, że kuzynka Henrietta i ja mamy stosunki miłosne?

Louise kiwnęła głową.

– Najwyraźniej tak. Wybacz zadziwiającą niegrzeczność. Skoro tak, zawartością tego listu jest...

Po położeniu swojej ręki na czole i zrobienie gestu, jakby martwiąc się przez moment co powinien i nie powinien mówić, Wales rzekł.

– List miłosny. Właśnie tak jak zgadłaś. Głupio, jeśli ten list miłosny miałyby być przekazany cesarskiej rodzinie Germanii, jak poinformowała listownie Henrietta. Może stać się wielkim zagrożeniem. W liście przysięga ona wieczną miłość do mnie w imieniu założyciela Brimira. To jest jak przysięga ślubna, miłość zaprzysiężona na imię założyciela. Jeśli ten list zostanie wydobyty na światło dzienne, ona zostanie oskarżona o popełnianie przestępstwa bigamii. Cesarz Germanii nie omieszka zerwać zaręczyn z księżniczką, która naruszyła zasady. Wtedy nie będzie żadnego przymierza. Tristain może być politycznie zignorowana przez rodziny szlacheckie innych krajów.

– Tak więc księżniczka i Wasza Wysokość byliście zakochani w sobie?

– To stara historia.

Louise rozmawiała z Walesem gorączkowym tonem.

– Wasza Wysokość, wróć! Wróć do Tristain!

Wardes nagle położył swoją rękę na jej ramieniu. Jednakże, to nie zatrzymało Louise.

– Błagam! Proszę, jedź z nami do Tristain!

– To nie może być zrobione – powiedział Wales ze śmiechem.

– Wasza Wysokość, nie zgadzam się. Księżniczka też tak myśli! Czy nie mówi tak w liście? Znam księżniczkę od naszego dzieciństwa, wiem bardzo dobrze jak ona myśli. Księżniczka nie opuszcza ludzi, których kocha! Wasza Wysokość, nie powiedziałeś tego, ale jestem pewna, że księżniczka także każe ci uciec!

Wales potrząsnął swoją głową – nie jest tam nic takiego napisane.

– Wasza Wysokość! – Louise kontynuowała naciskanie Walesa.

– Jestem z rodziny królewskiej. Nie kłamię. W liście, księżniczka nie każe mi uciec, przysięgam to na mój honor.

Wales mówił jakby odczuwał ból. To wyglądało jakby słowa Louise uderzyły go.

– Henrietta jest księżniczką. Ona musi dać priorytet raczej krajowi niż mnie.

Louise zrozumiała co miał na myśli. Nawet gdyby Wales lubił Henriettę, to nigdy nie byłoby to poparte przez innych arystokratów w jego sytuacji.

Wales stuknął w ramię Louise.

– Jesteś uczciwą dziewczyną, Vallière. Masz uczciwe, czyste i przyjazne oczy.

Louise spuściła wzrok tęsknie.

– Ale dam ci jakąś radę. Nie jest zbyt dobrze dla ambasadora mówić szczerze w ten sposób.

Wales uśmiechnął się uroczo.

– Jednakże, jesteś idealnym ambasadorem w zrujnowanym kraju jak nasz, ponieważ rząd, który zostanie jutro zniszczony jest uczciwszy niż jakikolwiek, więc nie ma niczego do obrony oprócz swego honoru.

Po tym wyjął coś ze swojej kieszeni. Z kształtu i poruszającej się strzały wydawał się zegarem.

– Ahhaha, już czas na nasze małej przyjęcie. Odkąd jesteście ostatnimi gośćmi naszego królestwa, chciałbym abyście też byli na nim obecni.

Saito i Louise wyszli z pokoju. Wardes został i ukłonił się Walesowi.

– Och masz jakąś inną sprawę, Wicehrabio?

– Jest jedna przysługa, o którą chciałbym prosić, Milordzie.

– Proś.

Wardes wyszepnął do ucha Walesa, który się uśmiechnął.

– Ach taka urocza prośba, to będzie przyjemność.



Przyjęcie odbywało się w sali zamkowej. Król Albionu, James I, siedział na tronie i przyglądał się poprzez zwężone oczy, zebranym arystokratom i wasalom.

Chociaż następnego dnia każdy mógł umrzeć, to było to zupełnie prawdziwe przyjęcie, a stół był zastawiony rozmaitymi smakołykami.

Saito i inni obserwowali to kolorowe przyjęcie stojąc w kącie sali.

– Zostawiają wszystkie kłopoty jutra i próbują cieszyć się teraźniejszością.

Wardes kiwnął głową w odpowiedzi na słowa Saita.

– Tak, oni zachowują się radośnie.

Kiedy pojawił się Książę Wales, rozeszły się jakieś entuzjastyczne westchnienia między paniami. Wyglądało to, jakby cieszył się popularnością nie tylko jako książę, ale także jako całkiem przystojny mężczyzna. Gdy zbliżył się do tronu, ludzie zaczęli szeptać.

James I spróbował wstać prosto i przywitać się z nim, ale z powodu swojej starości zachwiał się i prawie upadł.

Z sali było słychać jakiś śmiech.

– Wasza królewska Mość! Za wcześnie na upadek!

– Rzeczywiście! Oszczędźmy to na jutro!

James I nie był obrażony na takie komentarze i uśmiechnął się.

– Nie martwcie się, po prostu moje nogi były zdrętwiałe od tak długiego siedzenia.

Wales zbliżył się i podtrzymał ciało króla. Było jeszcze kilka zdławionych chichotów.

– Powiem wszystkim wam dzielnym i lojalnym wasalom, że jutro „Rekonkwista” planuje zaatakować nasze Newcastle pełną siłą. Szliście i walczyliście dzielnie dla tego nieporadnego starego króla, jednakże jutro nie będzie bitwy. To będzie bardziej jak jednostronna rzeź. Znieśmy to i pokażmy nasze męstwo po raz ostatni.

Król zakasłał głośno, potem kontynuował mowę.

– Ale to może zbyt wiele prosić wszystkich o śmierć. Dlatego jutro rano okręt wojenny „Orzeł” zabierze wszystkie kobiety, dzieci i tych, którzy postanowią odejść do bezpieczniejszego miejsca, daleko od tego opuszczonego kontynentu.

Jednakże, nikt nie odpowiedział. Jeden arystokrata głośno poinformował króla.

– Wasza Wysokość! Czekamy na rozkaz! Całe Wojsko Naprzód! Całe Wojsko Naprzód! Całe Wojsko Naprzód! Ponieważ nasz słuch jest dziś wieczorem tak kiepski, wątpię czy będziemy w stanie usłyszeć jakikolwiek inny rozkaz!

Wszyscy ludzie kiwnęli głowami.

– Tak! Co powiedzieliby inni, gdybyśmy uciekli?

– Za późno na wycofanie się, Wasza królewska Mość.

– To prawda! Będziemy służyć królowi, jak robiliśmy to przed laty! Dzisiejszy wieczór jest dobrą porą! Założyciel pobłogosławił nas cudownym księżycem i ciepłą nocą! Radujmy się dziś wieczorem piciem i tańcem!

Po tym każdy powrócił do uczty. Trzech gości z Tristain przyciągnęło dużo uwagi. Arystokraci nie wydawali się smutnymi albo zmartwionymi, wesoło żartowali i proponowali wino lub jedzenie gościom.

– Ambasadorze! Spróbuj to wino! Powiedz nam, z którego kraju wino jest lepsze!

– Tu! Spróbujcie tego! To specjalność Albionu - kurczak z miodem, z całą pewnością uczyni was zdrowymi i silnymi!

Albion dobrze się bawił! Nawet u kresu.

Saito został melancholikiem. Ludzie, którzy radowali się w obliczu śmierci, wyglądali bardziej smutnie niż dzielnie. Louise wydawała się czuć to mocniej. Nie mogła znieść atmosfery, potrząsnęła głową i wybiegła z sali.

Przez moment Saito chciał podążyć za nią, ale nakłonił Wardesa by poszedł zamiast niego.

Wardes kiwnął głową i ruszył. Saito przykucnął na podłodze i westchnął.

Wales zobaczył, jak to robił i przyszedł do niego z centrum sali.

– Ten chłopiec jest chowańcem panny Vallière. Jednakże, bardzo niezwykłym jest dla osoby, być chowańcem. Tristain jest naprawdę niezwykłym krajem.

Wales śmiał się, gdy tak mówił.

– To jest niezwykłe także w Tristain – powiedział zmęczonym głosem Saito.

– Czujesz się przygnębiony?

Z niepokojem, Wales spojrzał w twarz Saita. Wciąż odczuwał ból w ramieniu i widzenie ludzi przygotowujących się na śmierć, też go przygnębiało.

Saito wstał i zapytał Walesa – Przepraszam za niegrzeczność... Ale czy ty się nie boisz?

– Bać się? – Wales popatrzył obojętnie na Saito.

– Czy nie boisz się umrzeć?

Wales zaśmiał się po usłyszeniu tych słów.

– Martwisz się o nas! Nas! Jakim jesteś miłym chłopcem!

– Nie, właśnie to jest przerażające dla mnie. Nie mógłbym śmiać się tak jak ty, gdybym wiedział, że umarłbym jutro.

– Boję się. Nie ma żadnej osoby, która nie bałaby się umrzeć. Obojętne czy jesteś arystokratą, czy człowiekiem z gminu.

– To dlaczego?

– Ponieważ mam co bronić. Coś, co sprawia, że zapominam o chłodzie grobu.

– Co bronisz? Honoru? Sławy? To są głupie powody do umierania za nie – powiedział głośno Saito.

Wales odpowiedziała z odległym spojrzeniem.

– Frakcja arystokratów „Rekonkwisty” jest naszym wrogiem, który próbuje zjednoczyć Halkeginie. Chwytają się idei „Świętej Ziemi”. Dobrze, że ludzie mają takie ideały, ale to nie powinno być realizowane siłą i krwią. Wszystkie kraje byłyby zrujnowane.

– Jednakże, nie ma już szansy na zwycięstwo? Jaki jest sens tu umierać? Może mógłbyś znaleźć później inne powody do porażki...

– Nie, przynajmniej powinniśmy popisać się przebłyskiem odwagi i honoru przed innymi arystokratami, nawet jeśli nie jest możliwe zwycięstwo, możemy pokazać, że rodziny królewskie Halkeginii nie są słabym wrogiem. Chociaż nie wydaje się by porzucili szybko ambicje „Unii” i „Odzyskania Świętej Ziemi”.

– Dlaczego? – zapytał Saito.

Saito, które dorastał we współczesnej Japonii nie mogło zrozumieć, dlaczego ktoś okazywałby swoją odwagę w taki sposób.

Wales zdecydowanie oświadczył.

– Dlaczego? Niewątpliwie, to jest nasz obowiązek. Obowiązek tych urodzonych w rodzinie królewskiej. Obowiązek nałożony na rodzinę królewską by bronić królestwa do samego końca.

Saito nie zrozumiał. Jednak, ponieważ Wales ma osobę, którą kocha i która też kocha jego, przeżycie czy przetrwanie dla takiej osoby również nie jest obowiązkiem? Pomyślał w ten sposób.

– Księżniczka Tristain cię kocha. Czy zapomniałeś jej list?

Po słowach Saita, Wales uśmiechnął się przypominając go sobie.

– Z powodu miłości, czasami trzeba udać niewiedzę. Z powodu miłości, czasami trzeba pozwolić odejść. To dałoby innym tylko wymówkę, by najechać Tristain.

– Ale, ale...

Saito zawahał się. Decyzja Walesa nie zostanie zmieniona. Trzymał ramię Saita i patrzył mu prosto w oczy.

– Skoro jest to jasne, nie mów tego Henriettcie. Nie ma potrzeby by martwić jej ładną twarz niepotrzebnymi zmartwieniami. Ona jest jak ładny kwiat. Czy też tak nie sądzisz?

Saito kiwnął głową. „Ona rzeczywiście jest piękną księżniczką. Nie chcę widzieć, jej twarzy smutnej albo zmartwionej”.

Ale, Wales nie zmieniłby przez to swojej decyzji. To jest to, co jego oczy mówiły.

– Po prostu powiedz jej, że Wales walczył dzielnie i zginął z odwagą. To będzie wystarczające.

Po powiedzeniu tego Wales wrócił do centrum sali.



Saito opuścił ucztę, ale od kiedy poczuł się zaginiony, zapytał kelnera gdzie jest jego pokój.

Po tym jak mu powiedziano, ktoś stuknął go w ramię od tyłu. Gdy odwrócił się, zobaczył Wardesa. – Muszę ci coś powiedzieć.

Rzekł Wardes kamiennym głosem.

– I to będzie?

– Louise i ja bierzemy tu jutro ślub.

Ciało Saito zamarzło. Nie był w stanie zrozumieć znaczenia słów.

– W takim czasie? Dlaczego?

– Ponieważ chcemy prosić dzielnego następcę tronu Walesa o udzielenie nam małżeństwa. Następca tronu z przyjemnością się zgodził. Odprawimy ceremonię przed decydującą bitwą.

Saito ucichło i kiwnął głową.

– Przyjdziesz? – zapytał Wardes.

Saito potrząsnął swoją głową.

– W takim razie możesz odlecieć jutro na statku. Louise i ja wrócimy gryfem.

– Ale czy to nie jest za długi dystans?

Saito, ponieważ był zdezorientowany, zadał raczej banalne pytanie.

– Tylko jeżeli leciałbyś szybko bez odpoczynku – odpowiedział Wardes – w takim razie, muszę już pójść.

– W porządku – ramiona Saita opadły.

Chociaż wiedział, że do tego ostatecznie dojdzie, wciąż czuł się bardzo samotny.



Saito przechodził ciemnym, że oko wykol, przejściem ze świecznikiem. Księżyc świecił przez otwarte okno na drogę w przejściu.

Spacerowała tam przy świetle księżyca samotnie dziewczyna. Miała długie jasno różowawe włosy... Łzy, które wyglądały jak perły, spadały z jej bladego policzka. Saito przez chwilę patrzył cicho podziwiając jej tak piękną, ale smutną twarz.

Louise odwróciła się i zauważyła go stojącego tam ze świecą. Jej oczy były wilgotne, chociaż je wytarła.

Jej twarz posmutniała kolejny raz. Gdy Saito podszedł do niej, oparła się o jego ciało, jakby tracąc całą swoją siłę.

– Płaczesz, dlaczego...

Louise nie odpowiedziała, ale przycisnęła swoją twarz do klatki piersiowej Saita.

Objął ją stanowczo.

Początkowo był zdziwiony przylgnięciem do niego Louise. Nie był przyzwyczajony do tego rodzaju rzeczy. Jednakże, zaszlochała jak dziewczyna i poczuł jak przylgnęła do niego bardzo serdecznie. Była zraniona i współczuł jej. Jednakże, co to oznacza?

„Louise prawdopodobnie przylgnęła do mnie, ponieważ byłem tu przez przypadek - tak, jak dziewczyna przytula się do wypchanego zwierzaka. To nie ja, ale Wardes jest dla niej naprawdę ważny”.

Ciągle, Saito nic nie mówił i głaskał głowę Louise niezgrabnie swoją ręką. Jej głowa wydawała się tak mała, że mieściła się w jego dłoni.

Gdy Saito podszedł do niej, oparła się o jego ciało, jakby tracąc całą swoją siłę.

Louise powiedziała płacząc.

– Nie... Ci ludzie... Dlaczego, dlaczego postanowili umrzeć? Nawet choć księżniczka jest ... Nawet jeżeli Wales kocha ją... Dlaczego następcę tronu Wales wybrał śmierć?

– Powiedział, że to ma obronić kogoś ważnego.

– Co jest ważniejsze na świecie, niż osoba, którą kochasz?

– Także nie rozumiem sposobu myślenia księcia.

– Przekonam go! Przekonam go jeszcze raz!

– Nie.

– Dlaczego?

– Ponieważ, jesteś tu by dostarczyć list księżniczki. To jest twoja jedyna misja.

Louise mamrotała, podczas gdy łzy kontynuowały płynięcie w dół jej policzków.

– ... chcę niedługo wrócić. Chcę wrócić do Tristain. Nie lubię tego kraju. Ci niemądrzy ludzie i nierozsądny książę, który zostawia wszystko.

Chociaż Louise czasami zachowywała się nieustępliwie, wciąż była dziewczyną. Louise nie mogła zrozumieć świata Walesa. Ale Saito rozumiał ją, ponieważ też myślał tak samo.

Louise, jakby nagle przypominając sobie, wyjęła coś ze swojej kieszeni.

– Wyciągnij swoje lewe ramię – powiedziała.

– Co?

– Zrób to.

Saito odsłonił swoje lewe ramię, jak mu kazano. Louise wyjęła puszkę. Zagarnęła w środka swoim palcem i wyciągnęła jakieś lepkie lekarstwo, które miało dziwny zapach.

– Dostałam to przed chwilą od kogoś w zamku. To lekarstwo magii wody jest bardzo skuteczne przeciwko oparzeniom. Mogłem dostać tylko to, ale powinno być w porządku.

Louise mamrotała, podczas gdy smarowała tym ramię Saita.

„Nigdy nie sądziłem, że może być tak łagodna. Ale nie powinienem uzależniać się od tej łagodności zbyt mocno, ponieważ niedługo odejdzie.”

Saito potrząsnął swoją głową i odepchnął ją od siebie. Louise spojrzała w jego twarzy zdziwiona.

Saito miał bolesny wyraz twarzy.

Po dostrzeżeniu tego, Louise ugryzła swoją wargę.

– ...Dlaczego taka mina? Coś się zdarzyło?

– To nieistotne.

– Rozumiem. Gdy tylko wrócimy, będę szukać sposobu by odesłać cię twojego świata.

Powiedziała Louise, wahając się chwilę. Widocznie, źle zrozumiała. Jednakże, Saito pomyślał, że dobrze jest tak to pozostawić.

– ...jest dobrze, nawet jeśli nie pomagasz.

– Co?

– Mam na myśli, że weźmiesz niedługo ślub, więc nie powinnaś przejmować się szukaniem sposobu by mnie odesłać.

– Co? Tylko mi nie mów, że martwisz się tym? Wciąż myślisz, o słowach które powiedziałam w hotel w La Rochelle? Rzeczywiście, powiedziałam wtedy „ślub”... Ale, ale nie myślałam o tym serio.

Louise odwróciła swoją twarz od Saita.

– Ślub nie jest jeszcze możliwy. Wciąż nie jestem wspaniałym magiem... I też nie znalazłam sposobu by cię odesłać...

Saito pomyślał.

„Rzeczywiście, Louise nie może wziąć ślubu, ponieważ poczuwa się do odpowiedzialności za mnie. I przez to nie będzie mogła wyjść za mąż do czasu, gdy nie znajdę swojej drogi do domu.” Saito pomyślał, że to będzie jej szkodzić. „Myślę, że nie jest to uczciwe dla tej olśniewającej, pięknej, miłej i łagodnej Louise”.

– W porządku. Sam będę szukał drogi powrotnej, więc powinnaś wziąć ślub.

– Co za samolubną rzecz powiedziałeś, jesteś moim chowańcem! Broń mnie do czasu, aż znajdziemy sposób by cię odesłać!

Powiedziała Louise i intensywnie wpatrywała się w Saita.

– Nie mogę cię bronić.

Ramiona Saito same opadły w dół, gdy to powiedział.

– Pamiętaj co się zdarzyło.

Dramat podróży ożył w głowie Saita. Gdy zaczęto strzelać strzałami, został uratowany przez Wardesa. Został pokonany w pojedynku z nim. Gdy zostali zaatakowani przez człowieka w białej masce, nie mógł uratować Louise.

„Zawsze Wardes ciebie ratował. Nie byłem w stanie zrobić nic poza staniem i patrzeniem”.

– Nie jestem silnym magiem tak jak Wicehrabia. Jestem po prostu normalną osobą, nawet jeżeli mówią, że jestem legendarnym chowańcem „Gandálfrem”. Nie wiem jak walczyć. Wszystko, co mogę robić to brawurowo wymachiwać mieczem wokół. Nie mogę cię chronić.

Dłoń Louise uderzyła w policzek Saita.

– Tchórz!

Saito mówił z niezmienionym wyrazem twarzy.

– Rozdzielmy się odtąd Louise. Wracasz z wicehrabią gryfem, podczas gdy ja wracam „Orłem”. Gdy powrócę, będę szukał drogi do mojego świata. W tej sytuacji, jestem ci wdzięczny.

– Jesteś poważny?

– Tak.

– Idiota!

Wykrzyknęła Louise. Łzy zaczęły płynąć z jej oczu ponownie. Saito nie odpowiedział. Tylko patrzył, jak Louise drżała.

– Nienawidzę cię! Nienawidzę cię!

Saito wymamrotał, zasłaniając oczy – Wiem.

Louise odwróciła się na piętach i pobiegła ciemnym przejściem. Saito klepał swój policzek. Miejsce gdzie został uderzony wciąż bolało i sprawiało, że czuł się bardzo smutny.

– Żegnaj, Louise.

Powiedział cicho. Chociaż myślał, że nie zapłacze, łzy lały strumieniami i się nie zatrzymywały.

– Żegnaj mój łagodny i śliczny mistrzu.


Przekład[edit]

Tłumaczył: egaro

Rozdział 9 – Ostatnia bitwa[edit]

Następnego ranka...

W porcie Newcastle, wewnątrz jaskini, Saito stanął w kolejce do wejścia na „Orła”, otoczony przez pędzących ludzi, którzy nie byli w stanie wypłynąć na „Marie Galante”.

– Ponieważ z powodu miłości, czasami trzeba pozwolić odejść... – cicho mamrotał Derflinger, zawieszony na sznurku na plecach Saita. To było nieznośne, by podczas dni jak te, nie mieć nikogo do rozmowy.

– Przestań to mówić...

– Dlaczego?

– Czuję się niedobrze, gdy to mówisz.

– Masz na myśli „Ponieważ z powodu miłości, czasami trzeba pozwolić odejść...”. To?

– Dlaczego nie przestaniesz tego mówić?

– Rozumiem. Nie powiem już tego, jeśli partner prosi. A teraz, musimy omówić kilka rzeczy w sprawie naszej przyszłości. Czy zdecydowałeś się dokąd pójść, skoro mamy teraz mnóstwo wolnego czasu? – zapytał Derflinger, udając niewiedzę.

– Może do Arukattsu.

– A tam będziemy szukać sposobu powrotu partnera do dawnego świata?

– Dlaczego ty miałbyś tego szukać? Ja jestem jedyny, który jest tu obcy, prawda? – powiedział Saito.

Droga powrotna do domu? Louise powiedziała, że pomoże szukać, ale nie powinien na niej polegać. Chociaż opuszczanie miasta Louise było czymś trudnym do zrobienia.

– W takim razie powinieneś zostać najemnikiem.

– Najemnikiem?

– Tak. Z mieczem na ramieniu, spodziewając się jednej bitwy dziś, a następnie przechodząc do innego kraju i pola bitwy jutro. Kiepski dochód, ale ostatecznie zaspokojona wściekłość, prawda?

Saito mamrotał.

– I kiepskie towarzystwo.

– Co, beze mnie jako partnera, zwykły facet, taki jak ty zostałby natychmiast w tyle.

– Nawet jeśli twoją największą siłą jest rdzewienie.

– Jak niegrzecznie. Ale wybaczam ci, bo jesteś moim partnerem. Mimochodem partnerze, przypomniałem sobie jedną rzecz któregoś dnia...

– Co?

– Partnerze, jesteś nazywany Gandálfrem?

– Ach, ponieważ to jest imię legendarnego chowańca. Gdy pierwszy raz to usłyszałem, byłem zdumiony. Ja...

– Czekaj. Poczekaj chwilkę, partnerze. Myślę, że pamiętam imię...

– Naprawdę?

– Nie, to jest niezwykle stare wspomnienie... To było bardzo dawno temu, właśnie złapałem to w kącie swojej głowy...

Derflinger kontynuował mamrotanie „ hm ”, „ acha ” i „ ach ” w kółko.

– Może jesteś zdezorientowany, bo to było dawno temu. Ponadto, gdzie w ogóle jest głowa miecza?

Derflinger pomyślał o tym przez chwilę.

– Może rączka? – powiedział, rozśmieszając Saita.

W końcu nadszedł czas Saita na załadunek na statek. Gdy wstał z przejścia zobaczył, że statek z uchodźcami jest wszystkim, czego można było po nim oczekiwać – wielu ludzi ściśniętych obok siebie tak, że niemożliwym było znaleźć miejsce do siedzenia na pokładzie.

Popatrzył na wapienną jaskinię z krawędzi górnej części nadburcia. W tym momencie, Louise była w trakcie swojego ślubu. Przy tej samotnej myśli Saito zamknął mocno oczy.

Ludzie wciąż kontynuowali wchodzenie na pokład statku, jeden za drugim, był naprawdę przepełniony i masa ludzi popchnęła Saito wokół pokładu. Łokieć kogoś uderzył jego zranione ramię, sprawiając, że krzyknął.



W międzyczasie, w kaplicy, w której wisiał portret Założyciel Brimira, następca tronu Wales czekał na pojawienie się pana młodego i panny młodej. Wokół nie było żadnych innych ludzi, każdy był zajęty przygotowywaniem się do nadchodzącej bitwy. Wales również zaplanował, że jak tylko ceremonia się skończył, też przygotuje się do bitwy. Ubrany był w galowy uniform następcy tronu. Nosił jasnofioletową pelerynę, symbol rodziny królewskiej i kapelusz z siedmio kolorowymi skrzydłami, symbol królewskiej rodziny Albionu.

Drzwi otworzyły się, przybyli Louise i Wardes. Louise stanęła z wyrazem oślepienia na swojej twarzy, więc Wales musiał ją nakłonić by podeszła i stanęła przed nim.

Louise była zaintrygowana. Wszystko zdarzyło się tak nagle. Wardes wpadł dziś rano do jej pokoju i zabrał ją tu, nawet nie budząc jak należy. Była zaintrygowana ponieważ uczucie rozpaczy powiększało się w jej umyśle. Przyszła tu niewiele myśląc, ciągle wpół śpiąca. Była bardzo przygnębiona z powodu księcia, który był zdeterminowany by umrzeć i wczorajszej postawy Saita.

Wardes, po poinformowaniu Louise, że „Teraz jest czas ślubu”, założył na jej głowę ślubny welon, wypożyczony od rodziny królewskiej Albionu. Welon był ładnie wykonany a kwiaty, które były wiecznie świeże z powodu czarów sprawiły, że wyglądał nieopisanie pięknie.

Następnie, Wardes zdjął z Louise czarny płaszcz i wymienił go na biały, który to również został pożyczony od rodziny królewskiej Albionu. Tylko panny młode miały zezwolenie na noszenie go ponieważ był to płaszcz dziewicy.

Jednakże, nawet w chwili ubierania rękoma Wardesa, Louise była wciąż obojętna. On zrozumiał jej nastrój, jako oznakę potwierdzenia woli.

Wardes i Louise stanęli przed Walesem, który znajdował się pod obrazem Brimira Założyciela, nosząc swój oficjalny uniform. Wardes, który miał na sobie zwykłe ubranie i magiczny płaszcz, pochylił głowę.

– W takim razie, zaczynajmy ceremonię.

Książęcy głos dotarł do uszu Louise. Jednakże zabrzmiał jak słaby dźwięk dalekiego dzwonka. Umysł Louise wciąż był zagubiony we mgle jej własnych myśli.

– Panie młody, Wicehrabio Jean-Jacques Francis de Wardes. Bierzesz tę dziewczynę jako swoją żonę i przysięgasz szanować i kochać ją w imieniu Założyciela Brimir?

Wardes kiwnął uroczyście głową i chwycił trzcinę swoją lewą ręka, trzymając ją przed swoją klatką piersiową.

– Przysięgam.

Wales popatrzył na Louise i uśmiechnął się krzepiąco.

– Panno młoda, trzecia córko Księcia de La Vallière, Louise Françoise le Blanc de La Vallière … – Wales przeczytał wyraźnie przysięgę.

W tym momencie Louise zauważyła, że jest w trakcie ceremonii ślubnej. Jej partner - niezawodny Wardes, którego kiedyś pragnęła. Małżeństwo zaaranżowane przez ich ojców. Dopiero teraz jej dziecięca, roztargniona, odległa przyszłość zaczynała zmieniać się w rzeczywistość.

„To nie jest tak jakbym nienawidziła Wardesa. Może nawet go lubię. Jeśli jednak tak jest, to dlaczego czuję taki ból? Dlaczego czuję się tak smutno?”

Czy jest tak, ponieważ zobaczyłam, jak królestwo zmienia się w ruiny? Albo jest tak, ponieważ stanęłam przed księciem, który porzucił swoją miłość i nadzieję, aby umrzeć?

To nie tak. Chociaż tamto są to przygnębiające wydarzenia, które ranią, nie powinno być takiej aury smutku wiszącej nad moim umysłem tylko przez nie.

To była głęboka, melancholijna aura, którą trudno udźwignąć.

Louise nagle przypomniała sobie wyraz twarzy Saito, gdy powiedziała do niego „małżeństwo”.

„Dlaczego powiedziałam mu taką rzecz?”

„Ponieważ chciałam zostać zatrzymana”.

Przez kogo?

„Ponieważ chciałam by Saito mnie zatrzymał”.

Dlaczego?

Louise zaczęła się rumienić myśląc o powodzie. Tak jak myślenie o powodzie dlaczego poprzedniej nocy, w głębokim smutku, tak łatwo rzuciła się do piersi Saita, którego przypadkowo spotkała na korytarzu. Ale czy te uczucia są prawdziwe? Nie wiem. Ale czy nie warto spróbować się dowiedzieć?

Przecież, nieważne jak była podniecona albo smutna, nigdy wcześniej nie rzuciła się do klatka piersiowa mężczyzny.



W międzyczasie...

Na pokładzie okrętu wojennego Orzeł.

Saito, będąc w depresji, opierał się o krawędź górnej części nadburcia, zaczął tracić zainteresowanie wszystkim wokół niego.

– Mmm?

– Co jest, partnerze?

Pole widzenia Saita zaczęło przygasać. Tak jak w rozedrganym powietrzu środka lata, widok w jego lewym oku zaczął się kołysać.

– Moje oczy zachowują się dziwnie.

– Ponieważ jesteś zmęczony.

Powiedział Derflinger, udając, że nie zna prawdziwego powodu.



– Panno młoda?

Wales patrzył w jej kierunku. Louise podniosła panicznie wzrok.

Miała wyraz twarzy osoby, która w ogóle nie wie co tam robi. Była zdziwiona. Co powinna zrobić? Co powinna zrobić w takiej chwili? Nikt jej tego nie nauczył. Jedynie chowaniec Louise, który opuszczał w tej chwili ląd, mógł znać odpowiedź.

– Jesteś zdenerwowana? W porządku. To twój pierwszy raz, to normalne być zdenerwowanym.

Mówiąc to, Wales się uśmiechał.

– Och kochana, wciąż musimy trzymać się etykiety, robienie tego ma sens tylko, gdy postępujemy zgodnie z etykietą. W takim razie niech powtórzę. Czy bierzesz tego człowieka jako swojego męża i przysięgasz szanować i kochać go w imieniu Założyciela Brimir...

Louise uświadomiła sobie, że nie powinna wahać się z odpowiedzią, czekając na kogoś, by powiedział jej co robić. Musiała sama podjąć decyzję.

Zdecydowana Louise wzięła głęboki wdech.

I, zanim Wales skończył swoje słowa, Louise potrząsnęła swoją głową.

– Panno młoda?

– Louise?

Dwoje ludzi podejrzliwie patrzyło w jej twarz. Spojrzała na Wardesa ze smutnym wyrazem twarzy i kolejny raz potrząsnęła głową.

– Przede wszystkim, Louise. Czy czujesz się źle?

– Nie, to nie to. Przykro mi...

– Jeśli dziś jest źle, to innym razem...

– To nie to, to nie to. Przykro mi Wardes, nie mogę cię poślubić.

Wales wyglądał niepewnie po nagłym zwrocie wydarzeń.

– Panno młoda, to nie jest małżeństwo, którego chcesz?

– Tak, tak to jest. Chcę przeprosić was obu za moją niegrzeczność, to była przykra decyzja do podjęcia, ale nie chcę wziąć ślubu.

Zły czerwony rumieniec szybko rozlał się po twarzy Wardesa. Wales odwrócił się do niego i powiedział speszonym, pełnym niepewności i żalu głosie.

– Wicehrabio, szalenie współczuję, ale panna młoda nie chce kontynuować tej ceremonii.

Jednakże, Wardes nie zwrócił żadnej uwagi na Walesa i chwycił Louise za rękę.

– ...jesteś po prostu zdenerwowana. Kochana Louise. Nie możesz być poważna odmawiając mojej propozycji.

– Przykro mi, Wardes. Tęskniłam za tobą. Może... może nawet kochałam cię kiedyś. Jednakże, teraz jest inaczej.

Wtedy, Wardes chwycił ramiona Louise. Wyraz jego oczu się zmienił. Zniknęła zwykła dobroć z jego twarzy, zastąpiona zimnym chłodem gada.

Wardes wykrzyknął gorączkowym tonem.

– Świat, Louise! Będę rządzić światem! Jesteś niezbędna do tego!

Przerażona nagłą zmianą w Wardesie, Louise kontynuowała potrząsanie głową.

– ...Ja, ja nie jestem potrzebna do tego.

Wardes rozciągnął obydwie ręce, przyciągając Louise bliżej.

– Jesteś mi niezbędna! Twoje umiejętności! Twoja moc!

Ten Wardes coraz bardziej ją przerażał. Nawet w swoich najbardziej szalonych marzeniach, które sobie wyobrażała, łagodny Wardes nie marszczył brwi i nie wykrzykiwał tak jak teraz. Louise spróbowała się odwrócić.

– Louise, zapomniałaś co kiedyś powiedziałem ci! Nie jesteś gorsza od Założyciela Brimira, pewnego dnia wyrośniesz na znakomitego maga! Po prostu jeszcze nie wiesz o tym! Ten talent!

– Wardes, ty...

Głos Louise trząsł się ze strachu. To nie był Wardes, którego znała. Co zmieniło go w taką osobę?



Na okręcie wojennym Orzeł, Saito jeszcze raz przetarł swoje oczy.

– Co jest, partnerze?

– Moje lewe oko zachowuje się naprawdę dziwnie.

– To z powodu zmęczenia.

Jednakże, widok w lewym oku Saita stawał się coraz bardziej zniekształcony.

– Łłaa! Mogę coś zobaczyć!

Wykrzyknął Saito. Naprawdę kogoś było widać.

Saito odczuwał lewe i prawe oko jak całkowicie oddzielne części.

– Mogę widzieć...

– Co możesz zobaczyć, partnerze?

– Może, to jest to, co widzi Louise – powiedział Saito.

Teraz przypomniał sobie co kiedyś powiedziała Louise – Chowaniec jest oczami i uszami swojego mistrza, to jego umiejętność.

„Jednakże, powiedziała, że nie może widzieć niczego przez moje oczy... To musi być ten przypadek, gdy role są odwrócone. Ale dlaczego tak nagle mogę widzieć to, co Louise?”

Saito spojrzał na swoją lewą rękę. Znak runiczny, wyryty tam, świecił jaskrawo, chociaż nie trzymał żadnej broni. Rzeczywiście, jego przypuszczenie musi być poprawne.

To była jego umiejętność. Naprawdę, to musiała być inna umiejętność legendarnego chowańca Gandálfra.

„Zobaczmy, zgaduję, że to jest to, co Louise widzi swoim lewym okiem?”. Tak rozmyślając, naturalna ciekawość poprowadziła Saita.



Wales, który nie mógł już dłużej zdzierżyć groźnej postawy Wardesa wobec Louise, wkroczył.

– Wicehrabio... dość. Zachowuj się jak dżentelmen...

Jednakże, Wardes wyciągniętą ręką uderzył Walesa.

– Zamknij się!

Wales zaskoczony jego słowami stanął. Wardes ścisnął rękę Louise swoimi tak, iż miała ona wrażenie, że był to owijający się wokół niej wąż.

– Louise! Jesteś mi niezbędna!

– Nie mam żadnego talentu jako mag.

– Mówiłem ci to już wiele razy! Po prostu jesteś nieświadoma swojej mocy, Louise!

Spróbowała pozbyć się ręki Wardesa, ale niewiarygodna siła, z którą ją złapał, stanęła temu na przeszkodzie. Krzywiąc się z bólu, Louise mówiła.

– Raczej umarłaby, niż cię poślubiła. Teraz rozumiem, nigdy mnie nie kochałeś. Tylko kochałeś magiczną moc we mnie, którą głupio myślisz, że mam. To jest okrutne, poślubić kogoś właśnie z takiego powodu. To jest zniewaga!

Louise się zezłościła. Wales położył rękę na ramieniu Wardesa, próbując go odciągnąć, ale on popchnął go, przewracając na ziemię. Twarz Walesa zaczerwieniła się i po ponownym wstawaniu, wyciągnął swoją laskę.

– Co za niegrzeczność! To jest zniewaga! Wicehrabio, natychmiast zabierz swoje ręce od la Vallière, albo moje magiczne ostrze potnie cię na kawałki!

Dopiero wtedy ręka Wardesa ostatecznie puściła Louise. Pełen dobroci uśmiech rozłożył się na jego wargach. Jednak, uśmiech był wymuszony i oczywiście sztuczny.

– Nawet jeżeli pytam cię w ten sposób, ty nie zrobisz tego? Louise. Moja Louise.

Louise mówiła z drżeniem od gniewu.

– Nie, nie ma wątpliwości, ty nie jesteś tym jedynym, którego kiedykolwiek bym poślubiła.

Wardes popatrzył w górę na niebo.

– A ja włożyłem tak wiele wysiłku, by pochwycić twoje uczucia podczas tej podróży...

Wardes rozłożył swoje ręce szeroko, odrzucając swoją głowę do tyłu.

– Tak więc, to może nie pomóc. Zgaduję, że będę musiał porzucić ten cel.

– Cel?

Louise patrzyła niepewnie. Co on sobie myśli?

Kąciki ust Wardesa uniosły się, formując źle wyglądający uśmiech.

– To prawda. Miałem trzy cele do osiągnięcia podczas tej podróży. Niestety, osiągnąłem tylko dwa z nich.

– Osiągnąłem? Dwa? O czym ty mówisz? – zapytała Louise, czując drżenie niepokoju wędrujące w dół kręgosłupa. Jej umysł pracował pełną mocą, próbując wyobrazić sobie, co się zdarzyło. Wardes wyciągnął swoją prawą rękę przed siebie, unosząc trzy palce i zgiął palec wskazujący.

– Pierwszym byłaś ty, Louise. Musiałem cię mieć. Jednakże, wygląda na to, że nie będę mógł tego osiągnąć.

– Oczywiście, że nie!

Wardes uśmiechnął się, zginając swój palec środkowy.

– Drugi cel Louise, jest w twojej kieszeni - list Henrietty.

Louise była zaskoczona.

– Wardes, ty...

– A trzeci...

Po usłyszeniu, jak Wardes mówi „list Henreitty” Wales zrozumiał wszystko, wyciągnął swoją laskę i zaczął skandować zaklęcie.

Jednakże, Wardes już wcześniej przygotował dwa pełne zaklęcia.

Wycelował swoją trzciną wiatru, która zaświeciła i czubkiem przeszył pierś Walesa.

– C-Cholera... „Rekonkwista”...

Nagle krew wytrysnęła z ust Walesa, a Louise krzyknęła.

Wardes mamrotał zagłębiając swoją świecącą laskę w piersi Walesa.

– Trzecim, jest twoje cholerne życie, Wales.

Wales upadł na ziemię.

– Arystokrata! Czyż też nie jesteś Albiońskim arystokratą!? Wardes!

Drżąc, wykrzyknęła Louise. Wardes był zdrajcą.

– Racja. Naprawdę należę do szlacheckiej frakcji Albionu, „Reconquista” – odpowiedział Wardes zimnym, beznamiętnym głosem.

– Jak to! Jak mogłeś ty, Tristainski szlachcic, zrobić taką rzecz?

– Jesteśmy pierwszymi zwiastunami przyszłości Halkeginii – związek arystokratów, który nie ma żadnych granic. Jesteśmy bezgraniczni.

Wardes uniósł laskę jeszcze raz.

– Halkeginia ponownie zostanie zjednoczona w jedno naszymi rękoma, przywrócimy „Świętą Ziemię” Założyciela Brimira jeszcze raz.

– Wcześniej... nie byłeś taki wcześniej. Co tak bardzo cię zmieniło? Wardes...

– Lata, wypadki i los. Chociaż to zmieniło mnie z tego którego znałaś, to nie zmieniło mojego charakteru, o którym mówisz. A mówisz zbyt wiele.

Louise spróbowała zrobić unik, gdy Wardes przesunął laskę, jednakże jego zaklęcie uderzyło ją łatwo, rzucając na podłogę.

– Ratunku...

Twarz Louise zbladła. Spróbowała wstać, ale nogi przestały być jej posłuszne.

Wardes odrzucił do tyłu głowę.

– Po to! Po to odrzuciłeś moją ofertę rządzenia razem światem!

Zaczął rzucać inne zaklęcie wiatru. „Łamiący wiatr”. A Louise została sprzątnięta jak kawałek papieru.

– Nie... Ratunku...

– Nawet najmniejszy ptak nie może cię usłyszeć, wygląda na to, że będziesz musiała pokłonić swoją głowę w porażce, ha, Louise?

Została rzucona o ścianę i pozostawiona leżąca na podłodze i postękująca z bólu. Łzy zaczęły spływać jej po twarzy.

Wciąż poprosiła o pomoc swojego chowańca, którego tam nie było.

– Ratuj mnie... proszę...

Louise powtórzyła słowa jakby recytowała zaklęcie. Dobrze się bawiąc, Wardes zaczął wolno skandować.

– „Chmura błyskawicy”.

– Szkoda... Szkoda, że twoje życie zostanie zabrane przez te ręce...

Jeśli ramię Saita zostało przypalone przez to błyskawiczne zaklęcie, to nie był żadnej szansy by ona to przeżyła, gdyby została bezpośrednio uderzona.

Przez szok jej oddech był nierówny i całe ciało odczuwało ból. Louise, wystraszona jak dziecko, wykrzyknęła.

– Saito! Ratuj!

W tym momencie, Wardes skończył zaklęcie i pochylił swoją laskę, celując w Louise i...

Ściana kaplicy zawaliły się z głośnym hukiem, a od zewnątrz wpadł silny podmuch wiatru.



– Cholera.

Wymamrotał Wardes.

Po przełamaniu ściany, Saito wskoczyło z Derflinger w ręce zatrzymując laskę Wardesa.

– Ty … – Saito machnął mieczem z boku. Wardes uchylił się przed nim odskakując do tyłu.

Przypadkowo, Saito zobaczył kątem oka Louise.

Po wykrzyknięciu swoich ostatnich słów Louise zasłabła i nie ruszyła się od tej pory.

Z szalejącym gniewem w oczach, Saito spiorunowało wzrokiem Wardes. Żądza zabójstwa gotowała się w jego ciele. Jęknął gryząc mocno swoją wargę.

– Niewybaczalne!

– Dlaczego tu jesteś, Gandálfr? – zapytał Wardes z okrutnym uśmiechem na swoich ustach.

Nie odpowiadając, Saito gniewnie machnął mieczem. Zniszczył jednak tylko podłogę. Wardes poleciał wysoko w powietrze, z powodzeniem uchylając się przed atakiem.

– Racja, musiałeś wyczuć, że twój mistrz jest w niebezpieczeństwie.

Wardes skrzyżował swoje ręce, gdy przepływał obok portretu Założyciela Brimir. Wyglądał na przekonanego i pewnego siebie.

– Zdradziłeś Louise! – Wykrzyknął Saito zadając pchnięcie mieczem w przód. Lecz Wardes poleciał w górę, uchylił się przed tym i wylądował z gracją na podłodze. Poruszał się jak piórko.

– By osiągnąć cel, nie możesz być wybiórczy w środkach.

– Louise wierzyła w ciebie! Byłeś jej narzeczonym... Tęskniła za tobą, gdy była młoda...

– Taka egoistyczna wiara.

Wardes uchylił się przed mieczem, gdy płynął. Następnie machnął laską i wystrzelił kolejne zaklęcie. Chociaż Saito próbowało zatrzymać je mieczem, zaklęcie „Łamiący Wiatr” odrzuciło go. Stęknął z bólu, ponieważ uderzył w ścianę. Jego zranione lewe ramię bolało i z tego powodu nie mógł ruszyć się tak swobodnie, jak zwykle.

– To wszystko? Gandálfr. Twoje ruchy są zbyt wolne. Przynajmniej spróbuj i uczyń to zabawnym.

Okrutny uśmiech wypłynął na usta Wardesa.

W tym momencie Derflinger wykrzyknął.

– Przypomniałem sobie!

– O czym ty gadasz w takim momencie jak ten!?

– Racja... Gandálfr!

– Co!

– Nie, z moich dawniejszych czasów, ręka, która mnie trzymała. Gandálfr. Ale zapomniałem. To było 600 lat temu, dawne czasy.

– Nie wygaduj bredni!

Wardes jeszcze raz uwolnił „Łamiący Wiatr”. Saito spróbował uchylić się przed tym, ale został pochwycony i ponownie rzucony.

– To jest tak nostalgiczne. Mógłbym zapłakać. Racja, nie, to jest to, co zagubiłem. Mój partner - ten Gandálfr!

– Przestań!

– Jestem zadowolony! Teraz nikt nie może mnie zignorować! Pokażę, jaki jestem fajny! – Derflinger wykrzyknął, podczas gdy jego ostrze zaczęło świecić.

Saito zostało na moment zaskoczony i obejrzał w zdumieniu Derflingera.

– Derf? Tak?

Wardes wyrecytował „Łamiący Wiatr” raz jeszcze.

Szalejący wiatr wyleciał celując w Saita, gdy on wystawiał świecącego Derflingera przed siebie.

– To jest nieprzydatne! Miecz nie może tego zatrzymać! – wykrzyknął Wardes.

Ale, wiatr, zamiast rzucić Saita, był wsysany do ostrza Derflingera.

I …

Światło wychodzące z Derflinger nasiliło się.

– Derf? Ty...

– To jest moja prawdziwa forma! Partnerze! Nie, zapomniałem tego! Moje zmęczone ciało się zmieniło! Nieważne, to jest całkiem interesująca historia, partnerze!

– Streść to!

– Niecierpliwy. Zapomniałem. Ale nie martw się, partnerze. Wsysam całe czary wokół mnie! To jestem ja, lewa ręka Gandálfra - Derflinger!

Wardes popatrzył z zainteresowaniem na miecz, który trzymał Saito.

– Rzeczywiście... nie jesteś zwykłym mieczem. Powinienem zauważyć, to gdy zredukowałeś moją „Chmurę Błyskawicy”.

Wardes wciąż nie porzucił swojego zaufania.

Uśmiechnął się blado, rozkładając trzcinę.

No więc, stańmy się poważni, dobrze? Czas nauczyć cię dlaczego te czary są nazwane najsilniejszymi.

Chociaż Saito skoczył na niego, Wardes uchylił się przed nim, jak akrobata i wypowiedział zaklęcie.

„Wszechobecny Wiatr...”

Gdy zaklęcie zostało skończone, ciało Wardesa nagle się podwoiło.

Jeden... Dwa... Trzy... Cztery... sobowtóry Wardesa, razem z rzeczywistym ciałem, otoczyły Saita.

– Podwojenie!

– To nie tylko „Podwojenie”. To jest „Wszechobecny Wiatr”, nierówne rozdzielenie... Wiatr jest nierówno rozdzielony. Miejsce gdzie wieje nie jest kwestią wyglądu, bo ma też znaczącą moc.

Jeden z Wardesów sobowtórów wyciągnął nagle z peleryny białą maskę i założył ją.

Ciało Saita zadrżało. Drżał ze złości i strachu. Zamaskowanym człowiekiem był Wardes! Człowiek, który stał obok Fouquet... Tym kto zaatakował Saita, było nie kto inny jak Wardes!

– Zamaskowany człowiek... Ty... A więc to ty, musiałeś być też tym, który pomógł Fouquet uciec. Co za podstępny i niewielki czar. Możesz pojawić się wszędzie.

– Rzeczywiście. Co więcej, każdy z nich ma siłę oryginału. Mówiłem ci, prawda? „Wiatr” jest nierówno rozdzielony!

Jeden z Wardesów skoczył na Saita, podczas gdy drugi wypowiedział zaklęcie, sprawiając, że trzcina zaświeciła.

„Powietrzna igła”, takie samo zaklęcie, które przedziurawiło wcześniej serce Walesa.

– Trzcina jest otoczona przez magiczny wir, więc miecz nie może tego wsysać!

Trzcina drżała, ponieważ wir obracał się wokół niej tworząc ostrze, którego czubek podczas ataku był wycelowany w ciało Saita.

Derflinger zablokował to, ale wpływ podmuchu uderzył zranioną rękę i Saito upadł. Wardes się zaśmiał.

– Nie najgorzej jak na człowieka z gminu. Przecież jesteś legendarnym Gandálfrem. Jednakże, na tym to się kończy. Nie możesz się równać z moim czarem „Wszechobecnego Wiatru”!

Stopniowo, Wardesowie otoczyli upadłego Saita.

– Hej, legendarny mieczu! Jedyny, którego „Gandálfr” użył! Derf!

– Tym jestem. Co jest?

– Jeśli jesteś tak legendarny, to zrób coś albo zostaniemy zabici.

– Tak więc, świecę i wciągam czary nieprzyjaciół, czyż nie?

– Nie, nie to, coś więcej? Coś jak specjalny atak? Jak zdmuchnięcie wroga jednym uderzeniem?

– Co? Jestem tylko mieczem.

Jeden z Wardesów poleciał w górę i spróbował uderzyć Saita swoją trzciną.

Saito podskoczył, broniąc swego ciała mieczem i uchylając się przed atakiem.

– Nieprzydatny! Co to jest za legenda!

– Ale nie do tego stopnia!

Wardes kontynuował gwałtownie atakowanie, ale ponieważ plecy Saita były wsparte o ścianę, tylko trzech z nich mogło zaatakować w tym samym czasie. Jakoś udało mu się blokować wszystkie ich ataki.

– W tym tempie będę pokonany! I zabity!

– Dobry Boże, moje wyrazy głębokiego współczucia!

W międzyczasie... 15 stóp od miejsca gdzie Saito walczyło, ocknęła się Louise. Gdy ujrzała, jak on zaciekle walczył, jej twarz była przez moment pozbawiona wyrazu ze zdziwienia, ale potem chwyciła swoją różdżkę.

– Uciekaj, jeśli możesz! Idiotko!

Wykrzyknął Saito, ale Louise się nie zatrzymała. Zaklęcie zostało wypowiedziane, a różdżka wycelowana. Wyskandowała zaklęcie „Kula Ognia”. Czar wycelowany w Wardesa eksplodował uderzając w podłogę pod nim.

Bum! Z tym głośnym dźwiękiem Wardes zniknął, podczas gdy Louise patrzyła zdumiona.

– Ee? Zniknął? Z powodu mojej magii?

Pozostali Wardesowie spróbowali skoczyć na Louise.

– Uciekaj! – wykrzyknął Saito, ale Louise uparcie zaczęła skandować takie samo zaklęcie raz jeszcze. Jednakże tym razem, została zdmuchnięta przez trzcinę Wardesów.

Saito wpatrywało się ze zdziwieniem.

Zaczął trząść się ze złości. Kiedy na jego oczach, ciało Louise uderzyło w ścianę, podobny do bestii ryk wyrwał się z jego ust.

– Jak śmiesz robić to Louise …!

Jak tylko ciało Louise zostało zdmuchnięte raz jeszcze, pozostałe klony Wardesa skoncentrowały się na nim, próbując przyciskać go dalej. Jednakże, ruchy Saita stopniowo zwiększyły prędkość.

Oddechy wszystkich Wardesów stały się nieregularne i nierówne. Jednak, nawet wtedy, wyraz ich twarzy się nie zmienił.

W momencie blokowania miecza, Wardes zapytał.

– Dlaczego wróciłeś by umrzeć? Narazić swoje życie dla Louise, która tobą gardzi? Nie mogę zrozumieć jak pracuje umysł plebejusza!

Saito wykrzyknął machając mieczem.

– A więc dlaczego, ty łajdaku próbowałeś zabić Louise!? Byłeś jej narzeczonym!

– Hahaha, wciąż jesteś zakochany w Louise? Beznadziejna miłość służącego do jego pana! To jest naprawdę zabawne! Ta arogancka Louise nigdy nie odwróci się do ciebie! Zwykłe współczucie pomylone z miłością! Głupiec!

– To co, jeśli się zakochałem!

Wykrzyknął Saito przygryzając swoje wargi.

– Jednakże...

– Jednakże, co?

– To jest porażka!

– Co?

Zdziwienie wypłynęło na twarz Wardesa.

– Aah! Widząc taką twarz, moje serce bije szybciej! To jest dość dobry powód dla mnie! Dlatego obronię Louise! – Krzyknął Saito.

ZnT02-247.jpg

Runy zaczęły świecić.

Dorównując światłu, Derflinger również zaświecił jaśniej.

– Dobrze! To jest dobry partner! Racja! To jest klucz! Przypomniałem sobie! Znam źródło mocy Gandálfra! Dobry partner!

W końcu miecz Saita ściął innego Wardesa.

– Coo??

Wardes skrzywił się z bólem nie do zniesienia.

– Źródło mocy Gandálfra odczuwa! Gniew! Smutek! Miłość! Przyjemność! Wszystko jest dobre! A teraz wydajesz się być naprawdę wstrząśniętym, mój Gandálfrie!

Saito zamachnął mieczem w górę. Z powodu jego strasznej prędkości, Wardes nie mógł zareagować na miecz na czas i zniknął.

– Cholera...

Pozostało teraz tylko trzech.

– Nie zapomnij! Walczysz ze mną! Nie możesz przewyższyć moich umiejętności!

Saito skoczył wysoko w w powietrze, trzymając swój miecz. Wardes również poleciał.

– Powietrze jest moim żywiołem... Nie zapomnij! Gandálfr!

Laski wszystkich Wardesów zostały rzucone w Saita, ale on wymachiwał Derflinger jak kołem ognistym. Derflinger wykrzyknął.

– To jest sposób walki, Gandálfr! Rozhuśtaj mnie w rytm swojego serca!

W następnej chwili, wszystkich trzech Wardesów zostało rozdartych w mgnieniu oka.

Saito wylądował.

Po pokonaniu „Wszechobecnego Wiatru”, ciało pozostałego, rzeczywistego Wardesa upadło na podłogę.

Jego odcięte ramię wylądowało tam po kilku sekundach.

Saito również wylądował na ziemi, ale potknął się i musiał podeprzeć się kolanem. Jego zmęczenie osiągnęło decydującą granicę.

Wardes stanął osłupiały i wpatrywał się w Saito.

– Cholera... Ten „Błysk” naprawdę mnie zwyciężył...

Saito spróbował wstać i podbiec do niego, ale jego ciało przestało być mu posłusznym.

– Ku...

– Aah, partnerze. Nie działaj teraz głupio – Gandálfr nie może ruszać się po zmarnowaniu swojej energii. To dlatego, że chowaniec został stworzony by obronić swojego mistrza, gdy on skanduje zaklęcie.

Wyjaśnił Derflinger.

Wardes trzymał swoją laskę pozostałą prawą ręką i popłynął w górę.

– Och kochany, wygląda na to, że udało mi się osiągnąć tylko jeden cel. Jednakże, teraz jesteś mój „Gandálfrie” – wkrótce wpadnie tu duża armia. Hej! Możesz usłyszeć dźwięki końskich kopyt i skrzydeł dragonów!?

Rzeczywiście, można było usłyszeć hałas armat i odgłosy wybuchów ogni magicznych na zewnątrz, a także głośne głosy arystokratów i żołnierzy wymieszane w bitwie.

– Ty i twój niemądry mistrz będziecie obróceni w popiół! Gandálfr!

Rzucając to ostatnie pożegnalne słowo, Wardes zniknął w dziurze w ścianie.

Saito, które użył Derflinger jako kuli dla podparcia się, kuśtykając podszedł do Louise.

– Louise!

Potrząsnął nią, daremnie próbującą ją obudzić. W panice przystawił swoje ucho do jej klatki piersiowej.

Tup, tup, tup...

Słysząc słabe bicie serca, wdał z siebie westchnienie ulgi. Louise była wycieńczona. Jej płaszcz był rozdarty, a kolana i policzek stłuczone.

A musiało być również więcej stłuczeń pod ubraniem.

Jej ręka ściskała klatkę piersiową. Guzik górnej kieszeni urwał się i można było dostrzec list Henrietty wystający z wnętrza. Wydawało się, że nawet tak nieświadoma, Louise wciąż chroniła list.

„Naprawdę, tak się cieszę, że żyjesz. Przyszedłem w samą porę”. pomyślał Saito.

– Ale partnerze... Co teraz zrobimy? „Orzeł” już opuścił port...

To prawda. By ratować Louise, Saito zeskoczył z pokładu odlatującego „Orła”.

– Ee?

– Ee? Naprawdę. Możesz usłyszeć okrzyki na zewnątrz? Jak sądzisz, co ludzie Walesa pomyśleliby widząc, jak jego ciało leży na podłodze? Z całą pewnością pomyśleliby, że jesteśmy zdrajcami.

Rzeczywiście, wybuchy i ryki bitwy stawały się bliższe i bliższe ścian. Było tylko kwestią czasu zanim przebyliby wdzierając się tu.

Saito cicho położył Louise na krześle.

A następnie stanął przed nią, pełniąc straż.

– Co robisz?

– Bronię Louise.

Gdy Saito to powiedział, Derflinger zadrżał z szarpnięciem.

– Ha. Poza tym, rozumiem. Partnerze Gandálfr, miło było cię poznać i tę arystokratyczną dziewczynę, twojego mistrza.

– Przestań żartować.

– Hm?

– Louise i ja, oboje przeżyjemy.

– Czy słuchałeś przemówienia króla? Tam jest 50000 wrogów.

– Nie ma znaczenia.

Saito, resztką swoich pozostających sił, chwycił miecz. Nawet 50000, nawet 100000 czuł się jakby mógł wygrać. Dziś mógł zwyciężyć jakiegokolwiek maga, nawet jeśli był niezwykle zmęczony.

Potrząsanie Derflingera stawało się głośniejsze i głośniejsze.

– To prawda! To jest sposób, w jaki to lubię. Kto troszczy się o 50000. Pozwól im przyjść do nas!

A Saito, trzymając Derflingera, wpatrywał się w wejście do kaplicy.

Czekali, prędzej czy później wróg przybędzie...

Ale wtedy...

Ziemia, blisko miejsca gdzie ułożona była Louise, uniosła się w górę.

– Co?

Saito obserwował ziemię.

– Czy to jest wróg? Przekopuje się poniżej?

Obniżył miecz w kierunku dziury, z której szybko wystawiło swoją głowę brązowe zwierzę.

– Aaaaaaaan?

A następnie to brązowe zwierzę zaczęło obmacywać ciało leżącej obok Louise.

– Ty... jesteś olbrzymim kretem Verdandi! Chowańcem Guichego!

Wykrzyknął Saito i dość szybko w tej samej dziurze, z której wyszedł Verdandi, pojawiła się twarz Guiche.

– Hej! Verdandi! Możesz wykopywać dół gdziekolwiek! Dobry chłopiec! Gu...

Guiche odwrócił swoją umorusaną twarz od Saita i zauważył Louise leżącą blisko, a następnie powiedział udając niewiedzę.

– Ha! Ty! Tu jesteś!

– Co ty tu robisz!? – wykrzyknął Saito.

– Nie tak. Po wygrywaniu bitwy przeciw Fouquet Kruszącej Ziemia i po chwilowej przerwie, zdecydowaliśmy się jechać za tobą. To jest nasz obowiązek, jako że honor księżniczki Henrietty zależy od tego, prawda?

– Ale to miejsce jest na niebie! Jak znalazłeś się tu!?

Wtedy, blisko Guichego, wyskoczyła twarz Kirche.

– Sylphid Tabithy.

– Kirche!

– Osiągnęliśmy Albionu z powodzeniem, ale ponieważ to jest obcy kraj nie wiedzieliśmy gdzie pójść. Ale wtedy, znienacka Verdandi zaczął wykopywać dół, więc podążyliśmy za nim.

W międzyczasie olbrzymi kret wciskał swój nos w „Rubin Wody”, który świecił na palcu Louise. Guiche kiwnął głową.

– Oczywiście. Podążył za zapachem rubinu i zaczął przekopywanie tu tunelu. Mój słodki Verdandi, z powodu swojej miłości do klejnotów mógł podążyć z La Rochelle i wykopać dziurę by znaleźć się w tym miejscu.

Saito otworzył swoje usta zdumiony. Na pewno, nigdy nie planował być uratowanym przez kreta.

– Wszystko z tobą w porządku? Znów prawie pochwyciłam Fouquet, ale uciekła w ostatniej chwili. Ta kobieta, mimo bycia magiem, z pewnością sporo ucieka. Przy okazji, kochanie, co tu robisz?

Kirche zapytała w momencie ścierania chustką brudu ze swojej twarzy.

Saito zaśmiał się nerwowo.

– Ha, ha, haha...

– Kochanie? Czy coś nie tak, kochanie?

– Porozmawiamy o tym później! Wróg niedługo tu wpadnie! Uciekajmy!

– Uciekać, a misja? Co z Wicehrabią Wardesem?

– Mamy list! Wardes był zdrajcą! Wracajmy teraz!

– Co? Nie rozumiem tego dobrze, ale najwyraźniej wszystko już się skończyło. – Powiedziała Kirche nonszalanckim tonem.

Z Louise w rękach, Saito wolno zrobiło sobie przejście przez dziurę. Ale potem przypominając sobie coś, zostawił Louise pod opieką Guiche i szybko wrócił do Walesa w kaplicy.

Jednakże, Wales już umarł.

Saito zamknął jego oczy i cicho odmówił modlitwę.

– Hej! Co tam robisz! Wróć szybko! – Guiche zawołał do Saita.

Saito spojrzał na ciało Walesa. Szukał jakiejś pamiątki by dać Henrietcie. Zauważył duży rubin na jego palcu.

Rubin należał do Albiońskiej rodziny królewskiej.

Saito zdjął go z palca i włożył do swojej kieszeni.

– Dzielny książę... Nie będziesz zapomniany – mamrotało Saito.

– Przysięgam ci, że również obronię rzeczy, w które wierzę.

Powiedział Saito kłaniając się i pobiegł z powrotem do dziury.

W tym samym momencie, gdy Saito zanurkował w dziurze, szlacheccy żołnierze i magowie przedarli się przez drzwi i wskoczyli do kaplicy.



Tunel, który Verdandi wykopał, biegł dokładnie pod kontynent Albionu, więc momentalnie Saito wypadł z dziury. Nie było tam poniżej nic poza chmurami, mimo to Sylphid z powodzeniem złapał całą czwórkę spadających ludzi i kreta.

Kret, którego smok wiatru złapał swoim pyskiem, wydał protestujący krzyk.

– Proszę spróbuj znieść to, mój słodki Verdandi. Wytrzymaj z tym do czasu, gdy znów wysiądziemy w Tristain.

Z potężnymi uderzeniami skrzydeł, smok wiatru przedarł się przez otaczające chmury i zmienił kierunek ku Akademii Magicznej.

Saito z Louise w ramionach, popatrzył w górę na kontynent Albionu.

Zachmurzony i pusty, niebieski wewnątrz, kontynent Albionu zniknął. Chociaż był to krótki pobyt, Saito miało różne rzeczy do zapamiętania.

Obserwował leżącą w jego ramionach Louise. Jej blade policzki były zabrudzone krwią i ziemią, ale nawet w tym stanie, każdy mógł dostrzec jej arystokratyczne cechy. Dwa pasy biegnące z jej oczu w dół policzków były pozostawione przez łzy.

Saito wytarł twarz Louise swoim rękawem. Nie mógł znieść widoku brudnej twarzy swojego ładnego mistrza.

Louise wciąż była nieprzytomna od szoku. Patrzenie na jej twarz było jakoś bolesne dla Saita.

– Kochana Louise. Louise. Moja Louise...

Pik pik, jego serce biło głośno.

Teraz Saito patrzył jedynie na twarz Louise, przyciskając ją łagodnie do swojej klatki piersiowej.



W międzyczasie, Louise nieprzytomnie błąkała się we śnie.

Sen o domu la Vallière, w jej rodzinnym mieście.

Staw na zapomnianym dziedzińcu...

Pływała tam łódeczka... Louise leżała tu, gdy stawała przed trudnościami. Zawsze się tam ukrywała i spała. Jej świat, w który nikt inny się nie wtrącał. Jej tajemne miejsce...

Serce Louise było w bólu.

Ale Wardes nie przyszedł już tu więcej. Łagodny wicehrabia Wardes, jej arystokratyczne zadurzenie z dzieciństwa, jej narzeczony do małżeństwa zaaranżowanego przez ich ojców za obopólnym porozumieniem...

Młoda Louise zaszlochała łagodnie, nie było tam już żadnego Wardesa, który wziąłby ją z jej tajemnego miejsca. Był brudnym zdrajcą, który zamordował odważnego księcia, te miłe ręce należały do mordercy...

Louise zapłakała w swojej łódce.

Ale przecież, ktoś przyszedł.

– Czy to ty, Wicehrabio? – Zapytała w swoim śnie Louise. Ale od razu potrząsnęła głową. Nie, wicehrabia więcej tu nie przyszedł. Więc, kto?

To był Saito. Miecz wisiał na jego plecach, kiedy bez wahania przed przemoczeniem wszedł do stawu i zbliżył się do jej łódki.

Serce Louise biło mocno.

Saito podniósł Louise na zewnątrz z łódki i trzymał ją w swoich ramionach.

– Płakałaś? – Zapytał.

Louise w swoim śnie kiwnęła dziecinnie głową.

– Przestań płakać. Louise. Moja Louise.

Louise spróbowała się rozzłościć. „Jak śmie ten chowaniec, nazywać mnie Moją Louise”. Ale gdy otworzyła swoje usta by go zrugać, jej wargi zostały zamknięte ponownie pocałunkiem. Chociaż początkowo wiła się ze wściekłości, siła szybko opuściła jej ciało.

Louise obudziła się na grzbiecie smoka wiatru, w ramionach Saita.

Uświadomiła sobie, że jest trzymana w jego ramionach. Siedzieli blisko ogona, a Saito obejmował ją. Wpatrywała się w jego twarz z boku, ponieważ wydawał się nie zauważać, że nie spała.

Kirche, Tabitha, Guiche – wszyscy troje, siedzieli z przodu smoka wiatru. Wiatr wiał w jej policzki. – Aah, to nie jest sen.

W takim razie...

– Przeżyłam.

Umysł Louise był wypełniony rozpalonymi myślami.

„Prawie zostałam zabita przez tego zdrajcę Wardesa, ale wtedy wskoczył Saito. Następnie zasłabłam. Potem obudziłam się raz jeszcze i skandowałam jakieś czary”.

Po tym jednak, straciłam przytomność... może Saito znowu wygrał.

Ale tylko my przeżyliśmy, może królewskie wojsko było już pokonane.

Wales też umarł.

Szczęście z przeżycia, połączone ze smutkiem, prawie doprowadziło Louise do łez. Jednakże, nie chcąc płakać przed Saitem, zamknęła swoje oczy.

Wstydziła się również podziękować. Chociaż nie mogła zrozumieć dlaczego, była odprężona z Kirche, Tabithą, Guiche – z nimi wszystkimi. Ale dziękowanie Saito przed wszystkimi powodowało uczucie zażenowania. Dlatego, Louise zdecydowała się udawać, że śpi.

Jednakże ciągle potajemnie patrzyła na niego z kącika swoich półprzymkniętych oczu. Saito spojrzał na jej oczy. Patrzył wprost na nią.

Te oczy sprawiły, że Louise przypomniała sobie swój ostatni sen.

Smok wiatru zwiększył prędkość.

Silny podmuch uderzył w jej policzki.

Ale ten wiatr sprawił przyjemność.

Ten wiatr i palące spojrzenie Saita, aah, Louise nie mogła ukryć swojego uczucia.

Jej umysł znajdował się w stanie zamieszania.

Zdrajca Wardes.

Następca tronu martwy...

Szlachecka unia „Rekonkwista” zwycięża...

Raport dla Księżniczki...

Z różnych powodów, podczas gdy Louise użalała się nad nimi, właśnie wtedy wszystkie jej myśli zostały porwane przez wiatr.

Po ocaleniu od śmierci, chciała przez chwilę delektować się życiem.

W ten sposób, delektując się bez ograniczeń uczuciem życia, udając sen...

Twarz Saita przysunęła się bliżej. Jej serce opuściło uderzenie.

Wargi Saita objęły usta Louise.

Louise instynktownie podniosła swoją rękę do odepchnięcia go daleko... ale przyciągnęła ją z powrotem na klatkę piersiową.

Silny wiatr uderzył w jej policzki, gdy Sylphid przecinała niebo.

Coś ciepłego napełniło jej serce. Serce, które było ranne przez smutne wydarzenia zostało ukojone. Jakiś czas temu walczyła silnie przeciw temu uczuciu w swoim śnie.

Ale w końcu teraz...

Przyjemny wiatr wiał z innego świata...

Opierając swój policzek na jego klatce piersiowej, cicho zasnęła.


Przekład[edit]

Tłumaczył: egaro

Powrót do strony głównej