Zero no Tsukaima wersja polska Tom 2 Rozdział 9

From Baka-Tsuki
Revision as of 21:53, 26 May 2010 by Egaro (talk | contribs) (Wpisano cały rozdział)
(diff) ← Older revision | Latest revision (diff) | Newer revision → (diff)
Jump to: navigation, search

Rozdział 9 – Ostatnia bitwa

Następnego ranka...

W porcie Newcastle, wewnątrz jaskini, Saito stanął w kolejce do wejścia na „Orła”, otoczony przez pędzących ludzi, którzy nie byli w stanie wypłynąć na „Marie Galante”.

– Ponieważ z powodu miłości, czasami trzeba pozwolić odejść... – cicho mamrotał Derflinger, zawieszony na sznurku na plecach Saita. To było nieznośne, by podczas dni jak te, nie mieć nikogo do rozmowy.

– Przestań to mówić...

– Dlaczego?

– Czuję się niedobrze, gdy to mówisz.

– Masz na myśli „Ponieważ z powodu miłości, czasami trzeba pozwolić odejść...”. To?

– Dlaczego nie przestaniesz tego mówić?

– Rozumiem. Nie powiem już tego, jeśli partner prosi. A teraz, musimy omówić kilka rzeczy w sprawie naszej przyszłości. Czy zdecydowałeś się dokąd pójść, skoro mamy teraz mnóstwo wolnego czasu? – zapytał Derflinger, udając niewiedzę.

– Może do Arukattsu.

– A tam będziemy szukać sposobu powrotu partnera do dawnego świata?

– Dlaczego ty miałbyś tego szukać? Ja jestem jedyny, który jest tu obcy, prawda? – powiedział Saito.

Droga powrotna do domu? Louise powiedziała, że pomoże szukać, ale nie powinien na niej polegać. Chociaż opuszczanie miasta Louise było czymś trudnym do zrobienia.

– W takim razie powinieneś zostawać najemnikiem.

– Najemnikiem?

– Tak. Z mieczem na ramieniu, spodziewając się jednej bitwy dziś, a następnie przechodząc do innego kraju i pola bitwy jutro. Kiepski dochód, ale ostatecznie zaspokojona wściekłość, prawda?

Saito mamrotał.

– I kiepskie towarzystwo.

– Co, beze mnie jako partnera, zwykły facet, taki jak ty zostałby natychmiast w tyle.

– Nawet jeśli twoją największą siłą jest rdzewienie.

– Jak niegrzecznie. Ale wybaczam ci, bo jesteś moim partnerem. Mimochodem partnerze, przypomniałem sobie jedną rzecz któregoś dnia...

– Co?

– Partnerze, jesteś nazywany Gandálfrem?

– Ach, ponieważ to jest imię legendarnego chowańca. Gdy pierwszy raz to usłyszałem, byłem zdumiony. Ja...

– Czekaj. Poczekaj chwilkę, partnerze. Myślę, że pamiętam imię...

– Naprawdę?

– Nie, to jest niezwykle stare wspomnienie... To było bardzo dawno temu, właśnie złapałem to w kącie swojej głowy...

Derflinger kontynuował mamrotanie „ hm ”, „ acha ” i „ ach ” w kółko.

– Może jesteś zdezorientowany, bo to było dawno temu. Ponadto, gdzie w ogóle jest głowa miecza?

Derflinger pomyślał o tym przez chwilę.

– Może rączka? – powiedział, rozśmieszając Saita.

W końcu nadszedł czas Saita na załadunek na statek. Gdy wstał z przejścia zobaczył, że statek z uchodźcami jest wszystkim, czego można było po nim oczekiwać – wielu ludzi ściśniętych obok siebie tak, że niemożliwym było znaleźć miejsce do siedzenia na pokładzie.

Popatrzył na wapienną jaskinię z krawędzi górnej części nadburcia. W tym momencie, Louise była w trakcie swojego ślubu. Przy tej samotnej myśli Saito zamknął mocno oczy.

Ludzie wciąż kontynuowali wchodzenie na pokład statku, jeden za drugim, był naprawdę przepełniony i masa ludzi popchnęła Saito wokół pokładu. Łokieć kogoś uderzył jego zranione ramię, sprawiając, że krzyknął.



W międzyczasie, w kaplicy, w której wisiał portret Założyciel Brimira, następca tronu Wales czekał na pojawienie się pana młodego i panny młodej. Wokół nie było żadnych innych ludzi, każdy był zajęty przygotowywaniem się do nadchodzącej bitwy. Wales również zaplanował, że jak tylko ceremonia się skończył, też przygotuje się do bitwy. Ubrany był w galowy uniform następcy tronu. Nosił jasnofioletową pelerynę, symbol rodziny królewskiej i kapelusz z siedmio kolorowymi skrzydłami, symbol królewskiej rodziny Albionu.

Drzwi otworzyły się, przybyli Louise i Wardes. Louise stanęła z wyrazem oślepienia na swojej twarzy, więc Wales musiał ją nakłonić by podeszła i stanęła przed nim.

Louise była zaintrygowana. Wszystko zdarzyło się tak nagle. Wardes wpadł dziś rano do jej pokoju i zabrał ją tu, nawet nie budząc jak należy. Była zaintrygowana ponieważ uczucie rozpaczy powiększało się w jej umyśle. Przyszła tu niewiele myśląc, ciągle wpół śpiąca. Była bardzo przygnębiona z powodu księcia, który był zdeterminowany by umrzeć i wczorajszej postawy Saita.

Wardes, po poinformowaniu Louise, że „Teraz jest czas ślubu”, założył na jej głowę ślubny welon, wypożyczony od rodziny królewskiej Albionu. Welon był ładnie wykonany a kwiaty, które były wiecznie świeże z powodu czarów sprawiły, że wyglądał nieopisanie pięknie.

Następnie, Wardes zdjął z Louise czarny płaszcz i wymienił go na biały, który to również został pożyczony od rodziny królewskiej Albionu. Tylko panny młode miały zezwolenie na noszenie go ponieważ był to płaszcz dziewicy.

Jednakże, nawet w chwili ubierania rękoma Wardesa, Louise była wciąż obojętna. On zrozumiał jej nastrój, jako oznakę potwierdzenia woli.

Wardes i Louise stanęli przed Walesem, który znajdował się pod obrazem Brimira Założyciela, nosząc swój oficjalny uniform. Wardes, który miał na sobie zwykłe ubranie i magiczny płaszcz, pochylił głowę.

– W takim razie, zaczynajmy ceremonię.

Książęcy głos dotarł do uszu Louise. Jednakże zabrzmiał jak słaby dźwięk dalekiego dzwonka. Umysł Louise wciąż był zagubiony we mgle jej własnych myśli.

– Panie młody, Wicehrabio Jean-Jacques Francis de Wardes. Bierzesz tę dziewczynę jako swoją żonę i przysięgasz szanować i kochać ją w imieniu Założyciela Brimir?

Wardes kiwnął uroczyście głową i chwycił trzcinę swoją lewą ręka, trzymając ją przed swoją klatką piersiową.

– Przysięgam.

Wales popatrzył na Louise i uśmiechnął się krzepiąco.

– Panno młoda, trzecia córko Księcia de La Vallière, Louise Françoise le Blanc de La Vallière … – Wales przeczytał wyraźnie przysięgę.

W tym momencie Louise zauważyła, że jest w trakcie ceremonii ślubnej. Jej partner - niezawodny Wardes, którego kiedyś pragnęła. Małżeństwo zaaranżowane przez ich ojców. Dopiero teraz jej dziecięca, roztargniona, odległa przyszłość zaczynała zmieniać się w rzeczywistość.

„To nie jest tak jakbym nienawidziła Wardesa. Może nawet go lubię. Jeśli jednak tak jest, to dlaczego czuję taki ból? Dlaczego czuję się tak smutno?”

Czy jest tak, ponieważ zobaczyłam, jak królestwo zmienia się w ruiny? Albo jest tak, ponieważ stanęłam przed księciem, który porzucił swoją miłość i nadzieję, aby umrzeć?

To nie tak. Chociaż tamto są to przygnębiające wydarzenia, które ranią, nie powinno być takiej aury smutku wiszącej nad moim umysłem tylko przez nie.

To była głęboka, melancholijna aura, którą trudno udźwignąć.

Louise nagle przypomniała sobie wyraz twarzy Saito, gdy powiedziała do niego „małżeństwo”.

„Dlaczego powiedziałam mu taką rzecz?”

„Ponieważ chciałam zostać zatrzymana”.

Przez kogo?

„Ponieważ chciałam by Saito mnie zatrzymał”.

Dlaczego?

Louise zaczęła się rumienić myśląc o powodzie. Tak jak myślenie o powodzie dlaczego poprzedniej nocy, w głębokim smutku, tak łatwo rzuciła się do piersi Saita, którego przypadkowo spotkała na korytarzu. Ale czy te uczucia są prawdziwe? Nie wiem. Ale czy nie warto spróbować się dowiedzieć?

Przecież, nieważne jak była podniecona albo smutna, nigdy wcześniej nie rzuciła się do klatka piersiowa mężczyzny.



W międzyczasie...

Na pokładzie okrętu wojennego Orzeł.

Saito, będąc w depresji, opierał się o krawędź górnej części nadburcia, zaczął tracić zainteresowanie wszystkim wokół niego.

– Mmm?

– Co jest, partnerze?

Pole widzenia Saita zaczęło przygasać. Tak jak w rozedrganym powietrzu środka lata, widok w jego lewym oku zaczął się kołysać.

– Moje oczy zachowują się dziwnie.

– Ponieważ jesteś zmęczony.

Powiedział Derflinger, udając, że nie zna prawdziwego powodu.



– Panno młoda?

Wales patrzył w jej kierunku. Louise podniosła panicznie wzrok.

Miała wyraz twarzy osoby, która w ogóle nie wie co tam robi. Była zdziwiona. Co powinna zrobić? Co powinna zrobić w takiej chwili? Nikt jej tego nie nauczył. Jedynie chowaniec Louise, który opuszczał w tej chwili ląd, mógł znać odpowiedź.

– Jesteś zdenerwowana? W porządku. To twój pierwszy raz, to normalne być zdenerwowanym.

Mówiąc to, Wales się uśmiechał.

– Och kochana, wciąż musimy trzymać się etykiety, robienie tego ma sens tylko, gdy postępujemy zgodnie z etykietą. W takim razie niech powtórzę. Czy bierzesz tego człowieka jako swojego męża i przysięgasz szanować i kochać go w imieniu Założyciela Brimir...

Louise uświadomiła sobie, że nie powinna wahać się z odpowiedzią, czekając na kogoś, by powiedział jej co robić. Musiała sama podjąć decyzję.

Zdecydowana Louise wzięła głęboki wdech.

I, zanim Wales skończył swoje słowa, Louise potrząsnęła swoją głową.

– Panno młoda?

– Louise?

Dwoje ludzi podejrzliwie patrzyło w jej twarz. Spojrzała na Wardesa ze smutnym wyrazem twarzy i kolejny raz potrząsnęła głową.

– Przede wszystkim, Louise. Czy czujesz się źle?

– Nie, to nie to. Przykro mi...

– Jeśli dziś jest źle, to innym razem...

– To nie to, to nie to. Przykro mi Wardes, nie mogę cię poślubić.

Wales wyglądał niepewnie po nagłym zwrocie wydarzeń.

– Panno młoda, to nie jest małżeństwo, którego chcesz?

– Tak, tak to jest. Chcę przeprosić was obu za moją niegrzeczność, to była przykra decyzja do podjęcia, ale nie chcę wziąć ślubu.

Zły czerwony rumieniec szybko rozlał się po twarzy Wardesa. Wales odwrócił się do niego i powiedział speszonym, pełnym niepewności i żalu głosie.

– Wicehrabio, szalenie współczuję, ale panna młoda nie chce kontynuować tej ceremonii.

Jednakże, Wardes nie zwrócił żadnej uwagi na Walesa i chwycił Louise za rękę.

– ...jesteś po prostu zdenerwowana. Kochana Louise. Nie możesz być poważna odmawiając mojej propozycji.

– Przykro mi, Wardes. Tęskniłam za tobą. Może... może nawet kochałam cię kiedyś. Jednakże, teraz jest inaczej.

Wtedy, Wardes chwycił ramiona Louise. Wyraz jego oczu się zmienił. Zniknęła zwykła dobroć z jego twarzy, zastąpiona zimnym chłodem gada.

Wardes wykrzyknął gorączkowym tonem.

– Świat, Louise! Będę rządzić światem! Jesteś niezbędna do tego!

Przerażona nagłą zmianą w Wardesie, Louise kontynuowała potrząsanie głową.

– ...Ja, ja nie jestem potrzebna do tego.

Wardes rozciągnął obydwie ręce, przyciągając Louise bliżej.

– Jesteś mi niezbędna! Twoje umiejętności! Twoja moc!

Ten Wardes coraz bardziej ją przerażał. Nawet w swoich najbardziej szalonych marzeniach, które sobie wyobrażała, łagodny Wardes nie marszczył brwi i nie wykrzykiwał tak jak teraz. Louise spróbowała się odwrócić.

– Louise, zapomniałaś co kiedyś powiedziałem ci! Nie jesteś gorsza od Założyciela Brimira, pewnego dnia wyrośniesz na znakomitego maga! Po prostu jeszcze nie wiesz o tym! Ten talent!

– Wardes, ty...

Głos Louise trząsł się ze strachu. To nie był Wardes, którego znała. Co zmieniło go w taką osobę?



Na okręcie wojennym Orzeł, Saito jeszcze raz przetarł swoje oczy.

– Co jest, partnerze?

– Moje lewe oko zachowuje się naprawdę dziwnie.

– To z powodu zmęczenia.

Jednakże, widok w lewym oku Saita stawał się coraz bardziej zniekształcony.

– Łłaa! Mogę coś zobaczyć!

Wykrzyknął Saito. Naprawdę kogoś było widać.

Saito odczuwał lewe i prawe oko jak całkowicie oddzielne części.

– Mogę widzieć...

– Co możesz zobaczyć, partnerze?

– Może, to jest to, co widzi Louise – powiedział Saito.

Teraz przypomniał sobie co kiedyś powiedziała Louise – Chowaniec jest oczami i uszami swojego mistrza, to jego umiejętność.

„Jednakże, powiedziała, że nie może widzieć niczego przez moje oczy... To musi być ten przypadek, gdy role są odwrócone. Ale dlaczego tak nagle mogę widzieć to, co Louise?”

Saito spojrzał na swoją lewą rękę. Znak runiczny, wyryty tam, świecił jaskrawo, chociaż nie trzymał żadnej broni. Rzeczywiście, jego przypuszczenie musi być poprawne.

To była jego umiejętność. Naprawdę, to musiała być inna umiejętność legendarnego chowańca Gandálfra.

„Zobaczmy, zgaduję, że to jest to, co Louise widzi swoim lewym okiem?”. Tak rozmyślając, naturalna ciekawość poprowadziła Saita.



Wales, który nie mógł już dłużej zdzierżyć groźnej postawy Wardesa wobec Louise, wkroczył.

– Wicehrabio... dość. Zachowuj się jak dżentelmen...

Jednakże, Wardes wyciągniętą ręką uderzył Walesa.

– Zamknij się!

Wales zaskoczony jego słowami stanął. Wardes ścisnął rękę Louise swoimi tak, iż miała ona wrażenie, że był to owijający się wokół niej wąż.

– Louise! Jesteś mi niezbędna!

– Nie mam żadnego talentu jako mag.

– Mówiłem ci to już wiele razy! Po prostu jesteś nieświadoma swojej mocy, Louise!

Spróbowała pozbyć się ręki Wardesa, ale niewiarygodna siła, z którą ją złapał, stanęła temu na przeszkodzie. Krzywiąc się z bólu, Louise mówiła.

– Raczej umarłaby, niż cię poślubiła. Teraz rozumiem, nigdy mnie nie kochałeś. Tylko kochałeś magiczną moc we mnie, którą głupio myślisz, że mam. To jest okrutne, poślubić kogoś właśnie z takiego powodu. To jest zniewaga!

Louise się zezłościła. Wales położył rękę na ramieniu Wardesa, próbując go odciągnąć, ale on popchnął go, przewracając na ziemię. Twarz Walesa zaczerwieniła się i po ponownym wstawaniu, wyciągnął swoją laskę.

– Co za niegrzeczność! To jest zniewaga! Wicehrabio, natychmiast zabierz swoje ręce od la Vallière, albo moje magiczne ostrze potnie cię na kawałki!

Dopiero wtedy ręka Wardesa ostatecznie puściła Louise. Pełen dobroci uśmiech rozłożył się na jego wargach. Jednak, uśmiech był wymuszony i oczywiście sztuczny.

– Nawet jeżeli pytam cię w ten sposób, ty nie zrobisz tego? Louise. Moja Louise.

Louise mówiła z drżeniem od gniewu.

– Nie, nie ma wątpliwości, ty nie jesteś tym jedynym, którego kiedykolwiek bym poślubiła.

Wardes popatrzył w górę na niebo.

– A ja włożyłem tak wiele wysiłku, by pochwycić twoje uczucia podczas tej podróży...

Wardes rozłożył swoje ręce szeroko, odrzucając swoją głowę do tyłu.

– Tak więc, to może nie pomóc. Zgaduję, że będę musiał porzucić ten cel.

– Cel?

Louise patrzyła niepewnie. Co on sobie myśli?

Kąciki ust Wardesa uniosły się, formując źle wyglądający uśmiech.

– To prawda. Miałem trzy cele do osiągnięcia podczas tej podróży. Niestety, osiągnąłem tylko dwa z nich.

– Osiągnąłem? Dwa? O czym ty mówisz? – zapytała Louise, czując drżenie niepokoju wędrujące w dół kręgosłupa. Jej umysł pracował pełną mocą, próbując wyobrazić sobie, co się zdarzyło. Wardes wyciągnął swoją prawą rękę przed siebie, unosząc trzy palce i zgiął palec wskazujący.

– Pierwszym byłaś ty, Louise. Musiałem cię mieć. Jednakże, wygląda na to, że nie będę mógł tego osiągnąć.

– Oczywiście, że nie!

Wardes uśmiechnął się, zginając swój palec środkowy.

– Drugi cel Louise, jest w twojej kieszeni - list Henrietty.

Louise była zaskoczona.

– Wardes, ty...

– A trzeci...

Po usłyszeniu, jak Wardes mówi „list Henreitty” Wales zrozumiał wszystko, wyciągnął swoją laskę i zaczął skandować zaklęcie.

Jednakże, Wardes już wcześniej przygotował dwa pełne zaklęcia.

Wycelował swoją trzciną wiatru, która zaświeciła i czubkiem przeszył pierś Walesa.

– C-Cholera... „Rekonkwista”...

Nagle krew wytrysnęła z ust Walesa, a Louise krzyknęła.

Wardes mamrotał zagłębiając swoją świecącą laskę w piersi Walesa.

– Trzecim, jest twoje cholerne życie, Wales.

Wales upadł na ziemię.

– Arystokrata! Czyż też nie jesteś Albiońskim arystokratą!? Wardes!

Drżąc, wykrzyknęła Louise. Wardes był zdrajcą.

– Racja. Naprawdę należę do szlacheckiej frakcji Albionu, „Reconquista” – odpowiedział Wardes zimnym, beznamiętnym głosem.

– Jak to! Jak mogłeś ty, Tristainski szlachcic, zrobić taką rzecz?

– Jesteśmy pierwszymi zwiastunami przyszłości Halkeginii – związek arystokratów, który nie ma żadnych granic. Jesteśmy bezgraniczni.

Wardes uniósł laskę jeszcze raz.

– Halkeginia ponownie zostanie zjednoczona w jedno naszymi rękoma, przywrócimy „Świętą Ziemię” Założyciela Brimira jeszcze raz.

– Wcześniej... nie byłeś taki wcześniej. Co tak bardzo cię zmieniło? Wardes...

– Lata, wypadki i los. Chociaż to zmieniło mnie z tego którego znałaś, to nie zmieniło mojego charakteru, o którym mówisz. A mówisz zbyt wiele.

Louise spróbowała zrobić unik, gdy Wardes przesunął laskę, jednakże jego zaklęcie uderzyło ją łatwo, rzucając na podłogę.

– Ratunku...

Twarz Louise zbladła. Spróbowała wstać, ale nogi przestały być jej posłuszne.

Wardes odrzucił do tyłu głowę.

– Po to! Po to odrzuciłeś moją ofertę rządzenia razem światem!

Zaczął rzucać inne zaklęcie wiatru. „Łamiący wiatr”. A Louise została sprzątnięta jak kawałek papieru.

– Nie... Ratunku...

– Nawet najmniejszy ptak nie może cię usłyszeć, wygląda na to, że będziesz musiała pokłonić swoją głowę w porażce, ha, Louise?

Została rzucona o ścianę i pozostawiona leżąca na podłodze i postękująca z bólu. Łzy zaczęły spływać jej po twarzy.

Wciąż poprosiła o pomoc swojego chowańca, którego tam nie było.

– Ratuj mnie... proszę...

Louise powtórzyła słowa jakby recytowała zaklęcie. Dobrze się bawiąc, Wardes zaczął wolno skandować.

– „Chmura błyskawicy”.

– Szkoda... Szkoda, że twoje życie zostanie zabrane przez te ręce...

Jeśli ramię Saita zostało przypalone przez to błyskawiczne zaklęcie, to nie był żadnej szansy by ona to przeżyła, gdyby została bezpośrednio uderzona.

Przez szok jej oddech był nierówny i całe ciało odczuwało ból. Louise, wystraszona jak dziecko, wykrzyknęła.

– Saito! Ratuj!

W tym momencie, Wardes skończył zaklęcie i pochylił swoją laskę, celując w Louise i...

Ściana kaplicy zawaliły się z głośnym hukiem, a od zewnątrz wpadł silny podmuch wiatru.



– Cholera.

Wymamrotał Wardes.

Po przełamaniu ściany, Saito wskoczyło z Derflinger w ręce zatrzymując laskę Wardesa.

– Ty … – Saito machnął mieczem z boku. Wardes uchylił się przed nim odskakując do tyłu.

Przypadkowo, Saito zobaczył kątem oka Louise.

Po wykrzyknięciu swoich ostatnich słów Louise zasłabła i nie ruszyła się od tej pory.

Z szalejącym gniewem w oczach, Saito spiorunowało wzrokiem Wardes. Żądza zabójstwa gotowała się w jego ciele. Jęknął gryząc mocno swoją wargę.

– Niewybaczalne!

– Dlaczego tu jesteś, Gandálfr? – zapytał Wardes z okrutnym uśmiechem na swoich ustach.

Nie odpowiadając, Saito gniewnie machnął mieczem. Zniszczył jednak tylko podłogę. Wardes poleciał wysoko w powietrze, z powodzeniem uchylając się przed atakiem.

– Racja, musiałeś wyczuć, że twój mistrz jest w niebezpieczeństwie.

Wardes skrzyżował swoje ręce, gdy przepływał obok portretu Założyciela Brimir. Wyglądał na przekonanego i pewnego siebie.

– Zdradziłeś Louise! – Wykrzyknął Saito zadając pchnięcie mieczem w przód. Lecz Wardes poleciał w górę, uchylił się przed tym i wylądował z gracją na podłodze. Poruszał się jak piórko.

– By osiągnąć cel, nie możesz być wybiórczy w środkach.

– Louise wierzyła w ciebie! Byłeś jej narzeczonym... Tęskniła za tobą, gdy była młoda...

– Taka egoistyczna wiara.

Wardes uchylił się przed mieczem, gdy płynął. Następnie machnął laską i wystrzelił kolejne zaklęcie. Chociaż Saito próbowało zatrzymać je mieczem, zaklęcie „Łamiący Wiatr” odrzuciło go. Stęknął z bólu, ponieważ uderzył w ścianę. Jego zranione lewe ramię bolało i z tego powodu nie mógł ruszyć się tak swobodnie, jak zwykle.

– To wszystko? Gandálfr. Twoje ruchy są zbyt wolne. Przynajmniej spróbuj i uczyń to zabawnym.

Okrutny uśmiech wypłynął na usta Wardesa.

W tym momencie Derflinger wykrzyknął.

– Przypomniałem sobie!

– O czym ty gadasz w takim momencie jak ten!?

– Racja... Gandálfr!

– Co!

– Nie, z moich dawniejszych czasów, ręka, która mnie trzymała. Gandálfr. Ale zapomniałem. To było 600 lat temu, dawne czasy.

– Nie wygaduj bredni!

Wardes jeszcze raz uwolnił „Łamiący Wiatr”. Saito spróbował uchylić się przed tym, ale został pochwycony i ponownie rzucony.

– To jest tak nostalgiczne. Mógłbym zapłakać. Racja, nie, to jest to, co zagubiłem. Mój partner - ten Gandálfr!

– Przestań!

– Jestem zadowolony! Teraz nikt nie może mnie zignorować! Pokażę, jaki jestem fajny! – Derflinger wykrzyknął, podczas gdy jego ostrze zaczęło świecić.

Saito zostało na moment zaskoczony i obejrzał w zdumieniu Derflingera.

– Derf? Tak?

Wardes wyrecytował „Łamiący Wiatr” raz jeszcze.

Szalejący wiatr wyleciał celując w Saita, gdy on wystawiał świecącego Derflingera przed siebie.

– To jest nieprzydatne! Miecz nie może tego zatrzymać! – wykrzyknął Wardes.

Ale, wiatr, zamiast rzucić Saita, był wsysany do ostrza Derflingera.

I …

Światło wychodzące z Derflinger nasiliło się.

– Derf? Ty...

– To jest moja prawdziwa forma! Partnerze! Nie, zapomniałem tego! Moje zmęczone ciało się zmieniło! Nieważne, to jest całkiem interesująca historia, partnerze!

– Streść to!

– Niecierpliwy. Zapomniałem. Ale nie martw się, partnerze. Wsysam całe czary wokół mnie! To jestem ja, lewa ręka Gandálfra - Derflinger!

Wardes popatrzył z zainteresowaniem na miecz, który trzymał Saito.

– Rzeczywiście... nie jesteś zwykłym mieczem. Powinienem zauważyć, to gdy zredukowałeś moją „Chmurę Błyskawicy”.

Wardes wciąż nie porzucił swojego zaufania.

Uśmiechnął się blado, rozkładając trzcinę.

No więc, stańmy się poważni, dobrze? Czas nauczyć cię dlaczego te czary są nazwane najsilniejszymi.

Chociaż Saito skoczył na niego, Wardes uchylił się przed nim, jak akrobata i wypowiedział zaklęcie.

„Wszechobecny Wiatr...”

Gdy zaklęcie zostało skończone, ciało Wardesa nagle się podwoiło.

Jeden... Dwa... Trzy... Cztery... sobowtóry Wardesa, razem z rzeczywistym ciałem, otoczyły Saita.

– Podwojenie!

– To nie tylko „Podwojenie”. To jest „Wszechobecny Wiatr”, nierówne rozdzielenie... Wiatr jest nierówno rozdzielony. Miejsce gdzie wieje nie jest kwestią wyglądu, bo ma też znaczącą moc.

Jeden z Wardesów sobowtórów wyciągnął nagle z peleryny białą maskę i założył ją.

Ciało Saita zadrżało. Drżał ze złości i strachu. Zamaskowanym człowiekiem był Wardes! Człowiek, który stał obok Fouquet... Tym kto zaatakował Saita, było nie kto inny jak Wardes!

– Zamaskowany człowiek... Ty... A więc to ty, musiałeś być też tym, który pomógł Fouquet uciec. Co za podstępny i niewielki czar. Możesz pojawić się wszędzie.

– Rzeczywiście. Co więcej, każdy z nich ma siłę oryginału. Mówiłem ci, prawda? „Wiatr” jest nierówno rozdzielony!

Jeden z Wardesów skoczył na Saita, podczas gdy drugi wypowiedział zaklęcie, sprawiając, że trzcina zaświeciła.

„Powietrzna igła”, takie samo zaklęcie, które przedziurawiło wcześniej serce Walesa.

– Trzcina jest otoczona przez magiczny wir, więc miecz nie może tego wsysać!

Trzcina drżała, ponieważ wir obracał się wokół niej tworząc ostrze, którego czubek podczas ataku był wycelowany w ciało Saita.

Derflinger zablokował to, ale wpływ podmuchu uderzył zranioną rękę i Saito upadł. Wardes się zaśmiał.

– Nie najgorzej jak na człowieka z gminu. Przecież jesteś legendarnym Gandálfrem. Jednakże, na tym to się kończy. Nie możesz się równać z moim czarem „Wszechobecnego Wiatru”!

Stopniowo, Wardesowie otoczyli upadłego Saita.

– Hej, legendarny mieczu! Jedyny, którego „Gandálfr” użył! Derf!

– Tym jestem. Co jest?

– Jeśli jesteś tak legendarny, to zrób coś albo zostaniemy zabici.

– Tak więc, świecę i wciągam czary nieprzyjaciół, czyż nie?

– Nie, nie to, coś więcej? Coś jak specjalny atak? Jak zdmuchnięcie wroga jednym uderzeniem?

– Co? Jestem tylko mieczem.

Jeden z Wardesów poleciał w górę i spróbował uderzyć Saita swoją trzciną.

Saito podskoczył, broniąc swego ciała mieczem i uchylając się przed atakiem.

– Nieprzydatny! Co to jest za legenda!

– Ale nie do tego stopnia!

Wardes kontynuował gwałtownie atakowanie, ale ponieważ plecy Saita były wsparte o ścianę, tylko trzech z nich mogło zaatakować w tym samym czasie. Jakoś udało mu się blokować wszystkie ich ataki.

– W tym tempie będę pokonany! I zabity!

– Dobry Boże, moje wyrazy głębokiego współczucia!

W międzyczasie... 15 stóp od miejsca gdzie Saito walczyło, ocknęła się Louise. Gdy ujrzała, jak on zaciekle walczył, jej twarz była przez moment pozbawiona wyrazu ze zdziwienia, ale potem chwyciła swoją różdżkę.

– Uciekaj, jeśli możesz! Idiotko!

Wykrzyknął Saito, ale Louise się nie zatrzymała. Zaklęcie zostało wypowiedziane, a różdżka wycelowana. Wyskandowała zaklęcie „Kula Ognia”. Czar wycelowany w Wardesa eksplodował uderzając w podłogę pod nim.

Bum! Z tym głośnym dźwiękiem Wardes zniknął, podczas gdy Louise patrzyła zdumiona.

– Ee? Zniknął? Z powodu mojej magii?

Pozostali Wardesowie spróbowali skoczyć na Louise.

– Uciekaj! – wykrzyknął Saito, ale Louise uparcie zaczęła skandować takie samo zaklęcie raz jeszcze. Jednakże tym razem, została zdmuchnięta przez trzcinę Wardesów.

Saito wpatrywało się ze zdziwieniem.

Zaczął trząść się ze złości. Kiedy na jego oczach, ciało Louise uderzyło w ścianę, podobny do bestii ryk wyrwał się z jego ust.

– Jak śmiesz robić to Louise …!

Jak tylko ciało Louise zostało zdmuchnięte raz jeszcze, pozostałe klony Wardesa skoncentrowały się na nim, próbując przyciskać go dalej. Jednakże, ruchy Saita stopniowo zwiększyły prędkość.

Oddechy wszystkich Wardesów stały się nieregularne i nierówne. Jednak, nawet wtedy, wyraz ich twarzy się nie zmienił.

W momencie blokowania miecza, Wardes zapytał.

– Dlaczego wróciłeś by umrzeć? Narazić swoje życie dla Louise, która tobą gardzi? Nie mogę zrozumieć jak pracuje umysł plebejusza!

Saito wykrzyknął machając mieczem.

– A więc dlaczego, ty łajdaku próbowałeś zabić Louise!? Byłeś jej narzeczonym!

– Hahaha, wciąż jesteś zakochany w Louise? Beznadziejna miłość służącego do jego pana! To jest naprawdę zabawne! Ta arogancka Louise nigdy nie odwróci się do ciebie! Zwykłe współczucie pomylone z miłością! Głupiec!

– To co, jeśli się zakochałem!

Wykrzyknął Saito przygryzając swoje wargi.

– Jednakże...

– Jednakże, co?

– To jest porażka!

– Co?

Zdziwienie wypłynęło na twarz Wardesa.

– Aah! Widząc taką twarz, moje serce bije szybciej! To jest dość dobry powód dla mnie! Dlatego obronię Louise! – Krzyknął Saito.

ZnT02-247.jpg

Runy zaczęły świecić.

Dorównując światłu, Derflinger również zaświecił jaśniej.

– Dobrze! To jest dobry partner! Racja! To jest klucz! Przypomniałem sobie! Znam źródło mocy Gandálfra! Dobry partner!

W końcu miecz Saita ściął innego Wardesa.

– Coo??

Wardes skrzywił się z bólem nie do zniesienia.

– Źródło mocy Gandálfra odczuwa! Gniew! Smutek! Miłość! Przyjemność! Wszystko jest dobre! A teraz wydajesz się być naprawdę wstrząśniętym, mój Gandálfrie!

Saito zamachnął mieczem w górę. Z powodu jego strasznej prędkości, Wardes nie mógł zareagować na miecz na czas i zniknął.

– Cholera...

Pozostało teraz tylko trzech.

– Nie zapomnij! Walczysz ze mną! Nie możesz przewyższyć moich umiejętności!

Saito skoczył wysoko w w powietrze, trzymając swój miecz. Wardes również poleciał.

– Powietrze jest moim żywiołem... Nie zapomnij! Gandálfr!

Laski wszystkich Wardesów zostały rzucone w Saita, ale on wymachiwał Derflinger jak kołem ognistym. Derflinger wykrzyknął.

– To jest sposób walki, Gandálfr! Rozhuśtaj mnie w rytm swojego serca!

W następnej chwili, wszystkich trzech Wardesów zostało rozdartych w mgnieniu oka.

Saito wylądował.

Po pokonaniu „Wszechobecnego Wiatru”, ciało pozostałego, rzeczywistego Wardesa upadło na podłogę.

Jego odcięte ramię wylądowało tam po kilku sekundach.

Saito również wylądował na ziemi, ale potknął się i musiał podeprzeć się kolanem. Jego zmęczenie osiągnęło decydującą granicę.

Wardes stanął osłupiały i wpatrywał się w Saito.

– Cholera... Ten „Błysk” naprawdę mnie zwyciężył...

Saito spróbował wstać i podbiec do niego, ale jego ciało przestało być mu posłusznym.

– Ku...

– Aah, partnerze. Nie działaj teraz głupio – Gandálfr nie może ruszać się po zmarnowaniu swojej energii. To dlatego, że chowaniec został stworzony by obronić swojego mistrza, gdy on skanduje zaklęcie.

Wyjaśnił Derflinger.

Wardes trzymał swoją laskę pozostałą prawą ręką i popłynął w górę.

– Och kochany, wygląda na to, że udało mi się osiągnąć tylko jeden cel. Jednakże, teraz jesteś mój „Gandálfrie” – wkrótce wpadnie tu duża armia. Hej! Możesz usłyszeć dźwięki końskich kopyt i skrzydeł dragonów!?

Rzeczywiście, można było usłyszeć hałas armat i odgłosy wybuchów ogni magicznych na zewnątrz, a także głośne głosy arystokratów i żołnierzy wymieszane w bitwie.

– Ty i twój niemądry mistrz będziecie obróceni w popiół! Gandálfr!

Rzucając to ostatnie pożegnalne słowo, Wardes zniknął w dziurze w ścianie.

Saito, które użył Derflinger jako kuli dla podparcia się, kuśtykając podszedł do Louise.

– Louise!

Potrząsnął nią, daremnie próbującą ją obudzić. W panice przystawił swoje ucho do jej klatki piersiowej.

Tup, tup, tup...

Słysząc słabe bicie serca, wdał z siebie westchnienie ulgi. Louise była wycieńczona. Jej płaszcz był rozdarty, a kolana i policzek stłuczone.

A musiało być również więcej stłuczeń pod ubraniem.

Jej ręka ściskała klatkę piersiową. Guzik górnej kieszeni urwał się i można było dostrzec list Henrietty wystający z wnętrza. Wydawało się, że nawet tak nieświadoma, Louise wciąż chroniła list.

„Naprawdę, tak się cieszę, że żyjesz. Przyszedłem w samą porę”. pomyślał Saito.

– Ale partnerze... Co teraz zrobimy? „Orzeł” już opuścił port...

To prawda. By ratować Louise, Saito zeskoczył z pokładu odlatującego „Orła”.

– Ee?

– Ee? Naprawdę. Możesz usłyszeć okrzyki na zewnątrz? Jak sądzisz, co ludzie Walesa pomyśleliby widząc, jak jego ciało leży na podłodze? Z całą pewnością pomyśleliby, że jesteśmy zdrajcami.

Rzeczywiście, wybuchy i ryki bitwy stawały się bliższe i bliższe ścian. Było tylko kwestią czasu zanim przebyliby wdzierając się tu.

Saito cicho położył Louise na krześle.

A następnie stanął przed nią, pełniąc straż.

– Co robisz?

– Bronię Louise.

Gdy Saito to powiedział, Derflinger zadrżał z szarpnięciem.

– Ha. Poza tym, rozumiem. Partnerze Gandálfr, miło było cię poznać i tę arystokratyczną dziewczynę, twojego mistrza.

– Przestań żartować.

– Hm?

– Louise i ja, oboje przeżyjemy.

– Czy słuchałeś przemówienia króla? Tam jest 50000 wrogów.

– Nie ma znaczenia.

Saito, resztką swoich pozostających sił, chwycił miecz. Nawet 50000, nawet 100000 czuł się jakby mógł wygrać. Dziś mógł zwyciężyć jakiegokolwiek maga, nawet jeśli był niezwykle zmęczony.

Potrząsanie Derflingera stawało się głośniejsze i głośniejsze.

– To prawda! To jest sposób, w jaki to lubię. Kto troszczy się o 50000. Pozwól im przyjść do nas!

A Saito, trzymając Derflingera, wpatrywał się w wejście do kaplicy.

Czekali, prędzej czy później wróg przybędzie...

Ale wtedy...

Ziemia, blisko miejsca gdzie ułożona była Louise, uniosła się w górę.

– Co?

Saito obserwował ziemię.

– Czy to jest wróg? Przekopuje się poniżej?

Obniżył miecz w kierunku dziury, z której szybko wystawiło swoją głowę brązowe zwierzę.

– Aaaaaaaan?

A następnie to brązowe zwierzę zaczęło obmacywać ciało leżącej obok Louise.

– Ty... jesteś olbrzymim kretem Verdandi! Chowańcem Guichego!

Wykrzyknął Saito i dość szybko w tej samej dziurze, z której wyszedł Verdandi, pojawiła się twarz Guiche.

– Hej! Verdandi! Możesz wykopywać dół gdziekolwiek! Dobry chłopiec! Gu...

Guiche odwrócił swoją umorusaną twarz od Saita i zauważył Louise leżącą blisko, a następnie powiedział udając niewiedzę.

– Ha! Ty! Tu jesteś!

– Co ty tu robisz!? – wykrzyknął Saito.

– Nie tak. Po wygrywaniu bitwy przeciw Fouquet Kruszącej Ziemia i po chwilowej przerwie, zdecydowaliśmy się jechać za tobą. To jest nasz obowiązek, jako że honor księżniczki Henrietty zależy od tego, prawda?

– Ale to miejsce jest na niebie! Jak znalazłeś się tu!?

Wtedy, blisko Guichego, wyskoczyła twarz Kirche.

– Sylphid Tabithy.

– Kirche!

– Osiągnęliśmy Albionu z powodzeniem, ale ponieważ to jest obcy kraj nie wiedzieliśmy gdzie pójść. Ale wtedy, znienacka Verdandi zaczął wykopywać dół, więc podążyliśmy za nim.

W międzyczasie olbrzymi kret wciskał swój nos w „Rubin Wody”, który świecił na palcu Louise. Guiche kiwnął głową.

– Oczywiście. Podążył za zapachem rubinu i zaczął przekopywanie tu tunelu. Mój słodki Verdandi, z powodu swojej miłości do klejnotów mógł podążyć z La Rochelle i wykopać dziurę by znaleźć się w tym miejscu.

Saito otworzył swoje usta zdumiony. Na pewno, nigdy nie planował być uratowanym przez kreta.

– Wszystko z tobą w porządku? Znów prawie pochwyciłam Fouquet, ale uciekła w ostatniej chwili. Ta kobieta, mimo bycia magiem, z pewnością sporo ucieka. Przy okazji, kochanie, co tu robisz?

Kirche zapytała w momencie ścierania chustką brudu ze swojej twarzy.

Saito zaśmiał się nerwowo.

– Ha, ha, haha...

– Kochanie? Czy coś nie tak, kochanie?

– Porozmawiamy o tym później! Wróg niedługo tu wpadnie! Uciekajmy!

– Uciekać, a misja? Co z Wicehrabią Wardesem?

– Mamy list! Wardes był zdrajcą! Wracajmy teraz!

– Co? Nie rozumiem tego dobrze, ale najwyraźniej wszystko już się skończyło. – Powiedziała Kirche nonszalanckim tonem.

Z Louise w rękach, Saito wolno zrobiło sobie przejście przez dziurę. Ale potem przypominając sobie coś, zostawił Louise pod opieką Guiche i szybko wrócił do Walesa w kaplicy.

Jednakże, Wales już umarł.

Saito zamknął jego oczy i cicho odmówił modlitwę.

– Hej! Co tam robisz! Wróć szybko! – Guiche zawołał do Saita.

Saito spojrzał na ciało Walesa. Szukał jakiejś pamiątki by dać Henrietcie. Zauważył duży rubin na jego palcu.

Rubin należał do Albiońskiej rodziny królewskiej.

Saito zdjął go z palca i włożył do swojej kieszeni.

– Dzielny książę... Nie będziesz zapomniany – mamrotało Saito.

– Przysięgam ci, że również obronię rzeczy, w które wierzę.

Powiedział Saito kłaniając się i pobiegł z powrotem do dziury.

W tym samym momencie, gdy Saito zanurkował w dziurze, szlacheccy żołnierze i magowie przedarli się przez drzwi i wskoczyli do kaplicy.



Tunel, który Verdandi wykopał, biegł dokładnie pod kontynent Albionu, więc momentalnie Saito wypadł z dziury. Nie było tam poniżej nic poza chmurami, mimo to Sylphid z powodzeniem złapał całą czwórkę spadających ludzi i kreta.

Kret, którego smok wiatru złapał swoim pyskiem, wydał protestujący krzyk.

– Proszę spróbuj znieść to, mój słodki Verdandi. Wytrzymaj z tym do czasu, gdy znów wysiądziemy w Tristain.

Z potężnymi uderzeniami skrzydeł, smok wiatru przedarł się przez otaczające chmury i zmienił kierunek ku Akademii Magicznej.

Saito z Louise w ramionach, popatrzył w górę na kontynent Albionu.

Zachmurzony i pusty, niebieski wewnątrz, kontynent Albionu zniknął. Chociaż był to krótki pobyt, Saito miało różne rzeczy do zapamiętania.

Obserwował leżącą w jego ramionach Louise. Jej blade policzki były zabrudzone krwią i ziemią, ale nawet w tym stanie, każdy mógł dostrzec jej arystokratyczne cechy. Dwa pasy biegnące z jej oczu w dół policzków były pozostawione przez łzy.

Saito wytarł twarz Louise swoim rękawem. Nie mógł znieść widoku brudnej twarzy swojego ładnego mistrza.

Louise wciąż była nieprzytomna od szoku. Patrzenie na jej twarz było jakoś bolesne dla Saita.

– Kochana Louise. Louise. Moja Louise...

Pik pik, jego serce biło głośno.

Teraz Saito patrzył jedynie na twarz Louise, przyciskając ją łagodnie do swojej klatki piersiowej.



W międzyczasie, Louise nieprzytomnie błąkała się we śnie.

Sen o domu la Vallière, w jej rodzinnym mieście.

Staw na zapomnianym dziedzińcu...

Pływała tam łódeczka... Louise leżała tu, gdy stawała przed trudnościami. Zawsze się tam ukrywała i spała. Jej świat, w który nikt inny się nie wtrącał. Jej tajemne miejsce...

Serce Louise było w bólu.

Ale Wardes nie przyszedł już tu więcej. Łagodny wicehrabia Wardes, jej arystokratyczne zadurzenie z dzieciństwa, jej narzeczony do małżeństwa zaaranżowanego przez ich ojców za obopólnym porozumieniem...

Młoda Louise zaszlochała łagodnie, nie było tam już żadnego Wardesa, który wziąłby ją z jej tajemnego miejsca. Był brudnym zdrajcą, który zamordował odważnego księcia, te miłe ręce należały do mordercy...

Louise zapłakała w swojej łódce.

Ale przecież, ktoś przyszedł.

– Czy to ty, Wicehrabio? – Zapytała w swoim śnie Louise. Ale od razu potrząsnęła głową. Nie, wicehrabia więcej tu nie przyszedł. Więc, kto?

To był Saito. Miecz wisiał na jego plecach, kiedy bez wahania przed przemoczeniem wszedł do stawu i zbliżył się do jej łódki.

Serce Louise biło mocno.

Saito podniósł Louise na zewnątrz z łódki i trzymał ją w swoich ramionach.

– Płakałaś? – Zapytał.

Louise w swoim śnie kiwnęła dziecinnie głową.

– Przestań płakać. Louise. Moja Louise.

Louise spróbowała się rozzłościć. „Jak śmie ten chowaniec, nazywać mnie Moją Louise”. Ale gdy otworzyła swoje usta by go zrugać, jej wargi zostały zamknięte ponownie pocałunkiem. Chociaż początkowo wiła się ze wściekłości, siła szybko opuściła jej ciało.

Louise obudziła się na grzbiecie smoka wiatru, w ramionach Saita.

Uświadomiła sobie, że jest trzymana w jego ramionach. Siedzieli blisko ogona, a Saito obejmował ją. Wpatrywała się w jego twarz z boku, ponieważ wydawał się nie zauważać, że nie spała.

Kirche, Tabitha, Guiche – wszyscy troje, siedzieli z przodu smoka wiatru. Wiatr wiał w jej policzki. – Aah, to nie jest sen.

W takim razie...

– Przeżyłam.

Umysł Louise był wypełniony rozpalonymi myślami.

„Prawie zostałam zabita przez tego zdrajcę Wardesa, ale wtedy wskoczył Saito. Następnie zasłabłam. Potem obudziłam się raz jeszcze i skandowałam jakieś czary”.

Po tym jednak, straciłam przytomność... może Saito znowu wygrał.

Ale tylko my przeżyliśmy, może królewskie wojsko było już pokonane.

Wales też umarł.

Szczęście z przeżycia, połączone ze smutkiem, prawie doprowadziło Louise do łez. Jednakże, nie chcąc płakać przed Saitem, zamknęła swoje oczy.

Wstydziła się również podziękować. Chociaż nie mogła zrozumieć dlaczego, była odprężona z Kirche, Tabithą, Guiche – z nimi wszystkimi. Ale dziękowanie Saito przed wszystkimi powodowało uczucie zażenowania. Dlatego, Louise zdecydowała się udawać, że śpi.

Jednakże ciągle potajemnie patrzyła na niego z kącika swoich półprzymkniętych oczu. Saito spojrzał na jej oczy. Patrzył wprost na nią.

Te oczy sprawiły, że Louise przypomniała sobie swój ostatni sen.

Smok wiatru zwiększył prędkość.

Silny podmuch uderzył w jej policzki.

Ale ten wiatr sprawił przyjemność.

Ten wiatr i palące spojrzenie Saita, aah, Louise nie mogła ukryć swojego uczucia.

Jej umysł znajdował się w stanie zamieszania.

Zdrajca Wardes.

Następca tronu martwy...

Szlachecka unia „Rekonkwista” zwycięża...

Raport dla Księżniczki...

Z różnych powodów, podczas gdy Louise użalała się nad nimi, właśnie wtedy wszystkie jej myśli zostały porwane przez wiatr.

Po ocaleniu od śmierci, chciała przez chwilę delektować się życiem.

W ten sposób, delektując się bez ograniczeń uczuciem życia, udając sen...

Twarz Saita przysunęła się bliżej. Jej serce opuściło uderzenie.

Wargi Saita objęły usta Louise.

Louise instynktownie podniosła swoją rękę do odepchnięcia go daleko... ale przyciągnęła ją z powrotem na klatkę piersiową.

Silny wiatr uderzył w jej policzki, gdy Sylphid przecinała niebo.

Coś ciepłego napełniło jej serce. Serce, które było ranne przez smutne wydarzenia zostało ukojone. Jakiś czas temu walczyła silnie przeciw temu uczuciu w swoim śnie.

Ale w końcu teraz...

Przyjemny wiatr wiał z innego świata...

Opierając swój policzek na jego klatce piersiowej, cicho zasnęła.


Przekład

Tłumaczył: egaro


Cofnij do Rozdziału 8 z Tomu 2 - Wieczór w Newcastle Powrót do strony głównej Skocz do Rozdział 1 z Tomu 3 - Pochodzenie Zera