Zero no Tsukaima wersja polska Tom 3 Rozdział 4

From Baka-Tsuki
Jump to: navigation, search

Rozdział 4 – Miłosny trójkąt[edit]

Louise siedziała po wschodniej stronie dziedzińca Akademii Magii, powszechnie zwanego Austri i jak oszalała robiła na drutach. Wiosenna pogoda zaczynała się zmieniać, ponieważ zbliżyło się lato, ale Louise wciąż pokazywała się w swojej odzieży wiosennej. Podobnie jak latem, było całkiem sucho zamiast wilgotno.

Minęło dziesięć dni odkąd wrócili z Albionu. Dziś mieli dzień wolny. Louise przyszła na dziedziniec, robić na drutach po posiłku, nawet bez zjedzenia deseru. Czasami dawała odpocząć swoim rękom i wpatrywała się w białe strony „Modlitewnika Założyciela”, chwilami myśląc o stosownym dekrecie na ceremonię Księżniczki.

Wokół niej, studenci dobrze się bawili. Była tam grupa grająca w piłkę. Stosując czary, wrzucali piłkę do kosza bez używania rąk i próbowali zdobyć jak najwięcej punktów. Wpatrując się w nich, Louise ciężko westchnęła i spojrzała na to co zaczęła dziergać na drutach.

Patrząc na scenę z boku, całkiem przypominało to obraz. Siedząca tam cicho Louise, wyglądała jak śliczna dziewczyna. Jej hobby było robienie na drutach. Gdy była mała, matka powiedziała jej, że jeśli nie ma talentu do czarów, to przynajmniej powinna umieć coś, w czym byłaby dobra, a zatem nauczyła ją robić na drutach.

Ale wyglądało na to, że niebo nie dało jej jakiegokolwiek talentu w robótce. Louise zaplanowała zrobić na drutach sweter. Niezależnie od tego jak przychylnie patrzyła, to wyglądał to bardziej jak zniekształcony gruby szal. Tak naprawdę było to podobne do przedmiotu skomplikowanie oplątanego wełną. Louise gorzko wpatrywała się w to i wydała kolejne westchnienie.

Twarz służącej pracującej w kuchni odzwierciedlała jej myśli. Louise wiedziała, że przygotowywała jedzenie dla Saito. On myślał, że Louise nie wie, ale ona nie była całkowicie nieświadoma.

„Ta dziewczyna umie dobrze gotować. Kirche ma urodę. Co ja mam?” Ukrywając te myśli, zdecydowała się próbować swojego hobby, robienia na drutach, ale najwyraźniej to nie był dobry wybór.

Właśnie kiedy stawała się trochę przygnębiona od wpatrywania się w rzecz, którą robiła na drutach, ktoś klepnął ją w ramię. Była to Kirche. Wystraszywszy się, Louise szybko ukryła robótkę pod „Modlitewnikiem Założyciela”.

– Co robisz Louise?

Kirche obdarowała ją swoim zwykłym uśmiechem, który wyglądał jakby patrzyła na ciebie z góry i usiadła obok.

– N-nie widzisz? Czytam.

– Ale ta książka jest pusta, nieprawdaż?

– Ta książka jest skarbem narodowym, zwanym „Modlitewnikiem Założyciela”, wiesz? – odpowiedziała Louise.

– Dlaczego masz skarb narodowy?

Louise wyjaśniła Kirche, że podczas ceremonii zaślubin Henrietty, miała odczytać dekret i jak miała wykorzystać „Modlitewnik Założyciela” i tak dalej.

– Rozumiem. Domyślam się, że ceremonia zaślubin Księżniczki ma coś wspólnego z podróżą do Albionu?

Louise rozważała, czy odpowiedzieć jej zgodnie z prawdą, czy nie, ale odkąd Kirche spełniała rolę przynęty mogli pójść dalej, pokiwała głową.

– Naraziliśmy swoje życie, by ślub Księżniczki mógł przebiegać gładko? Niezbyt prestiżowe zadanie... Więc, zasadniczo, to ma coś wspólnego z przymierzem między Tristain a Germanią ogłoszonym któregoś dnia?

Kirche było całkiem przenikliwa.

– Nie mów o tym nic nikomu – powiedziała Louise z wyrazem nieznacznego zniechęcenia.

– Oczywiście, nie zamierzam. Nie jestem Guiche, wiesz. Nasze dwa rodzinne kraje stały się sojusznikami. Od tej chwili powinniśmy spróbować radzić sobie razem. Prawda, La Vallière?

Kirche położyło swoje ręce na ramionach Louise i uśmiechnęła się, prawie z determinacją.

– Słyszałaś? Nowy rząd Albionu zaproponował traktat o nieagresji. Oklaski dla pokoju, do którego doprowadziliśmy.

Louise odpowiedziała bez entuzjazmu. Przez wzgląd na ten pokój, Henrietta musiała poślubić księcia, którego nawet nie kocha. Mógłbyś powiedzieć, że nie ma wyboru, ale to nie jest coś, z czego można się cieszyć.

– Przy okazji, co robiłaś na drutach?

Louise zarumieniła się głęboko.

– J-ja nie robiłam niczego na drutach.

– Robiłaś. To jest tu, prawda?

Kirche wyrwała to spod „Modlitewnika Założyciela”.

– Hej, oddaj.

Louise próbowała odebrać to, ale Kirche łatwo ją powstrzymała.

– Co to jest? – zapytała Kirche, wprawiona w osłupienie widokiem przedmiotu.

– T-to jest sweter.

“Sweter? To bardziej wygląda jak rozgwiazda. I to do tego nowy gatunek.”

– Sweter? To bardziej wygląda jak rozgwiazda. I to do tego nowy gatunek.

– Jakbym chciał coś takiego zrobić na drutach!

Louise w końcu chwyciła swoją robótkę z powrotem i speszona spojrzała w dół.

– Dlaczego robisz na drutach sweter?

– Nie twoja sprawa.

– W porządku. Poza tym, wiem dlaczego.

Kirche położyła jeszcze raz swoje ręce na ramionach Louise i zbliżyła się do jej twarzy.

– Robisz to na drutach, dla swojego chowańca, czyż nie?

– N-nie! Nigdy nie zrobiłabym takiej rzeczy! – wykrzyknęła Louise z jaskrawoczerwoną twarzą.

– Jesteś naprawdę łatwa do rozszyfrowania, wiesz. Lubisz go, prawda? Dlaczego? – zapytała Kirche patrząc Louise w oczy.

– N-nie lubię go. Ty jesteś jedyna która go lubi. Ten idiota nie ma jakichkolwiek dobrych cech.

– Wiesz Louise, gdy kłamiesz potrząsasz uszami. Wiedziałaś o tym?

Louise szybko złapała swoje uszy. Zdając sobie sprawę, że to było kłamstwo, wytrącona z równowagi opuściła swoje ręce na kolana.

– W-w każdym razie, nie zamierzam ci go oddać. On jest moim chowańcem.

Kirche zaśmiała się i powiedziała – To dobrze że pragniesz go dla siebie. Ale przypuszczam, że ja nie jestem jedyną, o którą powinnaś się martwić.

– Co masz na myśli?

– Umm... może ta kuchenna służąca?

Oczy Louise przesunęły się.

– Heh i co mam rację?

– N-nie bardzo...

– Jeśli pójdziesz teraz do swojego pokoju, możesz zobaczyć coś ciekawego.

Louise szybko wstała.

– Myślałam, że go nie lubisz? – Powiedziała swawolnym tonem Kirche.

– Ja tylko zapomniałam czegoś! – wykrzyknęła Louise, pędem oddalając się.


* * *

Saito sprzątał pokój. Musiał zamieść podłogę szczotką i wytrzeć stoły ścierką. Ponieważ ostatnio Louise wykonywała swoje własne pranie, jak również inne rzeczy powiązane z nią, praca Saito została ograniczona do czyszczenia.

Sprzątanie zostało zakończone bardzo szybko. W pokoju Louise nie było dużo rzeczy, po pierwsze, niewielkie biurko z szufladami obok szafy, stół z małym wazonem zawierającym roślinkę, dwa krzesła przy stole, jej łóżko i regał. Ponieważ była dość pilną osobą, regał był wypełniony grubymi książkami.

Zdjął jedną z nich. Zawierała litery, których nigdy wcześniej nie widział. No oczywiście, pomyślał Saito odkładając ją. Ale dlaczego mógł porozumieć się z Louise? Ich język był inny, a jednak mogli rozumieć się.

– Co się stało partnerze? – spytał Derflinger, który opierał się o ścianę pokoju.

– Derf! Dlaczego rozumiem co mówisz? – zapytał Saito, gdy pośpieszył do Derflingera.

– Tak więc, gdybyś nie rozumiał, bylibyśmy w niezłym bigosie.

– Pochodzę z innego świata. A mimo to mogę rozumieć twój język. Nie pojmuję dlaczego!

Saito pamiętał osobę, która została uratowana przez Old Osmana około trzydzieści lat temu. Był człowiekiem z jego świata. Wyglądało na to, że on i Osman rozmawiali z sobą.

– Jak przybyłeś na Halkeginię partnerze.

– Sam nie jestem pewien... była tam dziwna brama wydzielająca światło...

– W takim razie pomyślałbym, że odpowiedź ma coś wspólnego z tą bramą. – Derflinger odpowiedział, jak gdyby to nie były niczym ważnym.

– Czym dokładnie była ta brama?

– Nie wiem.

Saito było trochę zaskoczony.

– Jesteś legendarnym mieczem, a jednak niczego nie wiesz. Powinieneś wiedzieć trochę więcej jako, że jesteś legendarny. Na przykład, jak zabrać mnie do domu... – powiedział gorzko Saito.

– Jestem roztargniony i niespecjalnie zainteresowany. Nie można zbyt mocno opierać się na legendach.

Ktoś zapukał do drzwi. Któż to mógł być? Gdyby to była Louise, nie zapukałaby. To jest prawdopodobnie Guiche albo Kirche?

– Nie zamknięte? – odpowiedział Saito.

Drzwi otworzyły się i wyjrzała głowa Siesty.

– S-Siesta.

– Umm...

Była w swoim zwykłym ubraniu służącej, ale wyglądała trochę inaczej. Jej uporządkowane, jedwabisto czarne włosy dyndały nad czołem, a piegi na twarzy emitowały jakiś czar. Trzymała dużą srebrną tacę, wypełnioną jedzeniem.

– Um, nie przyszedłeś ostatnio do kuchni...

Saito pokiwał głową. Od kiedy Louise pozwala mu jeść co chce, odwiedzał kuchnię dużo rzadziej.

– Tak więc, martwiłam się, że możesz być głodny... – powiedziała nerwowo Siesta.

Widząc jej słodkie gesty, serce Saito zaczęło kołatać.

– D-dziękuję. Ale, Louise pozwoliła mi jeść przy stole, teraz więc niespecjalnie jestem głodny.

– Naprawdę? Ostatnio obsługiwałam stół nauczycieli, więc nie zauważyłam. Jeśli właśnie przeszkadzam to…

Siesta nieznacznie zwiesiła swoją głowę.

– N-nie, to nie jest wcale to! Ja naprawdę jestem szczęśliwy, że przyniosłaś mi jedzenie! Rzeczywiście, właśnie jestem głodny! – odpowiedział Saito, chociaż był pełen od posiłku w sali jadalnej Alviss, jakiś czas temu.

– Naprawdę?

Twarz Siesty pojaśniała.

– Dobrze, jedz ku zadowoleniu swego serca.

Stoliczek był wypełniony po brzegi jedzeniem. Siesta usiadła obok Saito, uśmiechając się. Saito zaczął czuć do siebie odrazę, za zjedzenie wcześniej zbyt dużo, ale nie mógł pozwolić by dobre zamiary Siesty zmarnowały się. Zdecydowany, zaczął jeść.

– Czy jest dobre? – zapytała Siesta.

– Taa, jest naprawdę dobre.

Nie kłamał, ale to byłoby jeszcze lepsze, gdyby był głodny.

– Ehehe, więc zjedz wszystko, co chcesz.

Siesta wpatrywała się w Saito, który jadł jak wygłodzony.

– Oh przepraszam, moje maniery przy stole...

– N-nie, to nie to! Coś przeciwnego. Ja naprawdę jestem szczęśliwa, że lubisz tak bardzo jedzenie! Jedzenie i kucharze byliby naprawdę szczęśliwi!

Rumieniąc się, przetarła rękoma swoje oczy. W ten sposób Siesta była słodka. Saito nie mógł już czuć smaku jedzenia.

– Ja zrobiłam to – powiedziała nieśmiałym głosem Siesta.

– Naprawdę?

– Tak. Trudno było to przyrządzić w kuchni, ale ponieważ to jesz, cieszę się, że to zrobiłam.

Saito poczuło, jak napięło się jego serce. Siesta myślała o mnie. O mnie, ze wszystkich ludzi. Pozbył się siebie z zasięgu swoich myśli. Atmosfera między nimi była bardzo napięta. Siesta nagle powiedziała w wytrąconym z równowagi tonie – S-Saito!

– T-Tak?

– Umm.

Siesta wstrzymała się, jakby próbując dobrać właściwe słowa.

– Ta rozmowa, którą prowadziliśmy wcześniej, była bardzo zabawna! Szczególnie o tej rzeczy! Um, jak to się nazywało? O, samolot!

Saito kiwnął głową. Rozmawiał ze Siestą o jego świecie i Japonii, w wannie. Siesta, pochodząca ze wsi, nie wiedziała dużo o świecie i mogła pojąć, to co Saito powiedział jak gdyby były to rzeczy z innego kraju.

– Ah, samolot.

– Tak! Możliwość latania bez magii musi być cudowna! Nawet plebejusze tacy jak my, mogą latać wolno po niebie jak ptaki?

– Czy to nie statek powietrzny (sterowiec)?

– To tylko unosi się w powietrzu.

– Moja wieś jest w rzeczywistości bardzo miłym miejscem. Nazywa się Tarb. Jest około trzy dni drogi konno stąd, w kierunku na La Rochelle.

Saito słuchał uważnie, podczas jedzenia.

– To jest bardzo oddalona wieś i nie ma tam naprawdę nic nadzwyczajnego, ale… ma bardzo rozległe i piękne pola. Podczas wiosny, kwiaty wiosenne kwitną, a w okresie letnim, letnie kwiaty kwitną. To jest jak morze kwiatów, jak okiem sięgnąć, po horyzont. Powinno tam być przepiękne w tej chwili... – powiedziała Siesta, oczy zamknęła jakby zatopiła się we wspomnieniach.

– Chcę patrzeć na to morze kwiatów właśnie z samolotu.

– Brzmi nieźle...

– Oh, dlaczego nie pomyślałam o tym wcześniej! – wykrzyknęła Siesta, która nagle chwyciła Saita za rękę.

Zaskoczony Saito niemal przewrócił się do tyłu.

– C-co?

– Czy chciałbyś odwiedzić moją wieś?

– Huh?

– Księżniczka bierze ślub, prawda? Są specjalne wakacje dla nas. Minął już ładny kawał czasu odkąd byłam we wsi... Jeśli to jest w porządku, proszę chodź. Chcę ci pokazać te piękne pola kwiatów. Moja wieś ma też naprawdę dobry sposób gotowania gulaszu. Nazywają to „Yosenabe”. Przyrządzone jest to z warzyw, których ludzie zazwyczaj nie używają. Naprawdę chcę abyś posmakował tego!

– D-dlaczego chcesz bym poszedł?

– ...Pokazałeś mi, że jest możliwość – odpowiedziała Siesta, nerwowo patrząc w dół.

– Możliwość?

– Tak. Możliwość, że nawet ludzie z gminu mogą zwyciężać arystokratów. Żyjemy w strachu przed nimi. Wiedząc o tym, że są tacy ludzie, którzy tak nie żyją, sprawia, że jestem szczęśliwa, jakby ich szczęście, było moim szczęściem. Również w kuchni każdy w to wierzy.

– Chcę pokazać taką osobę w swoim rodzinnym miasteczku – powiedziała Siesta.

– R-rozumiem...

Saito było zakłopotany. Nie jestem wspaniały lub coś takiego. Przypadkiem jestem legendarnym chowańcem, ale to wszystko. To nie jest coś, by się tym chwalić.

– Oczywiście, to nie jest tylko to. Również chcę pokazać Saito wieś... Ale, jeśli nagle przywiozę z sobą mężczyznę, moja rodzina będzie wstrząśnięta. Co powinnam zrobić...

Nagle Siesta zarumieniła się głęboko i szepnęła – Mogę mówić, że jesteś moim mężem.

– C-coo?

– Jeśli powiem, że to dlatego, że bierzemy ślub, oni będą się cieszyć. Moja matka, ojciec, brat i siostra, wszyscy będą szczęśliwi.

– Siesta?

Gdy Siesta rzuciła okiem na Saito, który wpatrywał się w nią oniemiały, potrząsnęła głową.

– Przepraszam! To będzie przysparzać kłopotów! Nie jestem pewna nawet czy przyjdziesz! Haha!

Zakłopotany, Saito odpowiedział – S-Siesta, jesteś czasami naprawdę śmiała. Jak wtedy gdy się kąpaliśmy.

Siesta zarumieniła się kolejny raz.

– Nie jestem śmiała, czy coś podobnego.

– Eh?

– Gdy opuściłam dom, moja matka powiedziała mi, abym nie nie pokazywała nikomu swojego ciała, z wyjątkiem wybranego mężczyzny.

I z tymi słowami, Siesta chwyciła rękę Saito. Jego serce uderzało bardzo głośno.

– Pokazała bym ci, gdybyś po prostu poprosił.

– T-ty żartujesz... prawda? – powiedział zszokowany Saito.

– To nie był żart. Nawet teraz...

– C-C-Co teraz?

Siesta spojrzała prosto w twarz Saito.

– Nie jestem atrakcyjna?

– Nie, to nie jest wcale to.

Była atrakcyjna. Zbyt atrakcyjna.

– Naprawdę?

Siesta dalej wpatrywała się w niego. „Stój”, pomyślał Saito, czując jak był przyciągany do tych czarnych oczu.

– To dlaczego nie zrobiłeś czegoś gdy kąpaliśmy się?

Siesta zakryła swoje oczy smutno.

„Ach, nie patrz w ten sposób, bo poczuję się jakbym jednak zrobił coś bardzo złego.”

– ...Rozumiem, nie jestem atrakcyjna. Masz taką fajną dziewczynę obok siebie... Ta La Vallière jest także arystokratką. Ja mimo wszystko, jestem tylko wiejską dziewczyną. – wzdychając, powiedziała smutno Siesta.

– Nie, to w ogóle nie tak.

– Saito.

– Jesteś naprawdę atrakcyjna. Mogę to gwarantować. Wyglądasz oszałamiająco bez ubrania.

Zwykle takie słowa by go powaliły, ale Siesta była zadowolona.

Zastanawiała się czy przynieść deser czy nie. Podczas gdy Saito rozwodziło się, zamknęła oczy i wstała. Z głębokim wdechem, upuściła swój fartuszek na ziemię.

– Siesta! – powiedział zszokowany Saito

Siesta patrzyła na niego spokojnie. Była typem osoby, która robiłaby coś dobrze jak tylko zdecydowała się to zrobić. Zaczęła rozpinać guziki swojej bluzki jeden po drugim.

– Siesta! Myślę, że to nie jest dobry pomysł – wykrzyknął Saito, kręcąc głową.

– Nie martw się.

Bluzka była do połowy rozpięta. Jej dobrze zarysowany dekolt zawładnął wzrokiem Saito. Skoczył ku Siescie, ale nagle zdał sobie sprawę, że potrząsa głową, wołając – Z-Zaczekaj! Zaczekaj chwilę! Muszę pomyśleć o czymś takim.

– Kya!

Siesta, którą Saito chwytał za ramiona straciła równowagę i spadła na łóżko Louise za nimi, tak jakby on ją pchnął.

– Przepraszam...

Bezpośrednio pod Saitem, leżała Siesta ze swoją niezapiętą bluzką. Położyła ręce na klatce piersiowej i zamknęła oczy.

We wspaniale wybranym czasie, Louise otworzyła drzwi.

W ciągu następnych dziesięciu sekund, wydarzyły się różne rzeczy.

Jeden: Louise zauważyła, że Siesta jest popychana na łóżko przez Saito.

Dwa: Louise zauważyła, że bluzka Siesty jest rozpięta.

Trzy: Saito i Siesta powstali wzburzeni.

Sześć: Siesta zapięła swoją bluzkę.

Siedem: Siesta wypadła z pokoju, wychodząc z dala od Louise.

Osiem: Saito wołał – Czekaj Siesta!?

Dziewięć: Louise doszła do siebie.

Dziesięć: właśnie kiedy Saito miał wyjaśnić co się zdarzyło, poczuł silny ból, gdy Louise wysoko go kopnęła.

I tak, Saito leżał na podłodze w dziesięć sekund po tym gdy Louise otworzyła drzwi.

Louise nadepnęła na jego głowę. Jej głos i ciało trzęsły się.

– Co dokładnie tu robiłeś?

– To nie to, na co wyglądało, Louise.

– Co robiłeś w moim łóżku?

– To długa historia, Siesta przyniosła mi jedzenie i...

– Chowaniec robiący coś takiego w łóżku jego mistrza. Nie mogę ci wybaczyć.

– To nie to, na co wyglądało. Nie zamierzałem robić niczego jak-

– To dopełniło miary.

Łzy zaczęły płynąć z oczu Louise. Saito wstał i chwycił ją za ramiona.

– Słuchaj, to nieporozumienie!

– Dość już.

Louise spiorunowała go wzrokiem.

– Co?

Nie mógł zrozumieć dlaczego Louise była taka zła. Ona nawet go nie lubiła. To z pewnością nie był powód do płaczu.

– Wynoś się.

– Um, w tym momencie, nie chciałem by to się zdarzyło.

– Wynoś się! Jesteś zwolniony!

Saito również zaczynał czuć gniew. „Najpierw wzywasz mnie, następnie wyrzucasz? Co powinienem robić?”

– Jestem zwolniony?

– Tak, jesteś zwolniony! Idź zdechnij gdzieś w rowie!

To były surowe słowa, choćby nie wiem co zrobił. Wszystko dlatego, że on i Siesta byli na jej łóżku. „Nawet nie robiliśmy niczego. A ja myślałem, że staje się milsza.”.

– Dobrze, świetnie.

– Nie chcę więcej widzieć twojej twarzy.

Saito złapał Derflinger i wyszedł z pokoju bez słowa.

Sama w pokoju, Louise położyła się na łóżku. Zarzuciła koc na swoją głową.

„Taki podły” pomyślała.

„To było nie tylko dziś. Gdy miałam lekcje, on przyprowadzał tę dziewczynę i robili to, a ja nie wiedziałam. Nie wybaczę mu.”

Louise przygryzła swoją wargę. Więc jego uczucia do niej, były kłamstwami. Łzy spłynęły po jej policzkach.

– Nienawidzę cię... a ty nawet pocałowałeś mnie.

Powtarzała szeptem te słowa, jakby były przeznaczone dla niej.

– ...a ty nawet pocałowałeś mnie.


* * *


Szukając Verdandiego, Guiche spostrzegł namiot w kącie dziedzińca Vestri. Z jakiegoś powodu, obok niego leżał olbrzymi kocioł. Był ciekaw, do czego służą kocioł i namiot.

Był to prymitywny namiot zrobiony z patyka i starej szmaty. Wokół rozrzucone były pozostałości jedzenia, kości i skórki z owoców. Wyglądało jakby ktoś tam żył. Jego ukochany chowaniec wyszedł z niego podczas gdy on patrzył na namiot, z głową przechyloną ze zdumienia.

– Verdandi, więc tutaj jesteś!

Guiche padł na kolana i potarł policzki dużego kreta. Kret radośnie szarpnął swoim nosem.

– Verdandi, co ty tutaj robisz?

Ktoś wypełznął z namiotu i krzyknął.

– Chodź tutaj krecie. Ty i ja jesteśmy przyjaciółmi, racja?

To był Saito. Wyglądający niechlujnie i z butelką wina w ręce, był oczywiście pijany.

– Co na bogów, tu robisz? – zapytał zaskoczony Guiche.

Saito upił łyk z butelki i kontynuowało nawoływanie kreta, ignorując Guiche.

– Hej, chodź tutaj. Jesteś jedynym przyjacielem, któremu mogę ufać.

Wielki kret, jakby to było problemem, spojrzał na obu Guiche i Saito.

– Verdandi nie idź tam. W ogóle, to czemu Verdandi jest twoim przyjacielem?

Kiedy Guiche zapytał o to, Saito odpowiedział martwym głosem, leżąc na ziemi.

– Ponieważ jestem kretem. Nieprzydatnym, biednym, nieszczęśliwym kretem.

– Nie wiem co się wydarzyło, ale nie myśl, że Verdandi jest taki sam jak ty.

Guiche spojrzał do wnętrza namiotu. Byli tam Derflinger i z jakiegoś powodu, salamandra Kirche.

– Kyuru kyuru. [<-dźwięk który wydaje salamandra – od tłumacza]

– Czego chcesz? – powiedział każdy z nich.

Na ziemi leżała kupa słomy i przewrócona dnem do góry filiżanka. To było wszystko w namiocie.

Guiche obrócił się ku Saito.

– Więc, zostałeś wypędzony z pokoju Louise?

Leżąc na podłodze Saito przytaknął.

– Zatem, zrobiłeś ten namiot.

Saito przytaknął ponownie.

– Będąc samotny, zebrałeś chowańców ludzi i upiłeś się?

Saito przytaknął energicznie. Guiche zamknął oczy i przytaknął sam sobie.

– Hmm. Więc jesteś dobry do niczego.

– Co jeszcze powinienem zrobić? Nie mam dokąd pójść. Nawet nie mam śladu jak dostać się do domu. Mogę jedynie pić.

Saito szybko wypiło wino. Ktoś chyżo szedł do nich. To była Siesta.

– Oh, przepraszam, spóźniłam się. Oto twój lunch.

Wyglądało jakby ta służąca z kuchni dbała o Saito.

– Wypiłeś już tego dużo?! Mówiłam ci, butelkę dziennie! – Siesta chwyciła jego rękę gdy go łajała.

– Przepraszam...

Saito żałośnie zwiesił głowę.

– Wy faceci! Mówiłam wam abyście mieli oko na to ile on pije!

– Kyuru kyuru.

– Mój błąd – odpowiedzieli obaj salamandra i Derflinger przepraszającym głosem.

Siesta pośpiesznie posprzątała bałagan wokół namiotu i postawiła na nogi Saito.

– Wrócę tu wieczorem! Nie pij za dużo!

A następnie Siesta pośpiesznie odeszła, w taki sam sposób jak przyszła.

Obserwując jej odejście, Guiche powiedział ze sztuczną różą w ustach – Tak więc, Louise rozzłościłaby się gdybyś był niewierny.

Nie jestem niewierny! Ja nie jestem związany z nikim, ani z Louise ani ze Siestą.

Pocałował Louise gdy spała, ale tego nie powiedział. Wolał by raczej o tym zapomnieć.

– Więc cokolwiek, ale czy planujesz tu mieszkać?

– Jakiś problem?

– Rujnujesz piękny krajobraz szkoły.

– Zamknij się.

– Zostaniesz poproszony o wyniesienie się, jeśli nauczyciele cię zobaczą, wiesz?

Saito wypił wino bez słowa i wrócił do namiotu tuląc kreta. Kret spojrzał rozpaczliwie na Guiche.

– Hej, oddaj mi mojego Verdandi!


* * *


W tym czasie, Louise opuszczała lekcje i zostawała w łóżku, zamartwiając się w nieskończoność. Trzy dni minęły odkąd wypędziła Saito. Myślała o chowańcu, którego wyrzuciła.

„Nawet mnie pocałował, nawet mnie pocałował, nawet mnie pocałował” myślała w nieskończoność. Posiadanie bolącej dumy jest naprawdę straszną rzeczą. Smutno rzuciła okiem na stóg siana, którego Saito zwykle używał. Chciała wyrzucić go, ale nie mogła zmusić się do zrobienia tego.

Nagle od drzwi doszło pukanie. Pierwszą myślą było, że Saito w końcu wrócił. Jej smutek przeszedł w radość, a wewnątrz tej radości odczuwała złość. „Dlaczego cieszę się, że on wrócił? Nie powinnam pozwalać mu wracać o tak późnej porze.”

Drzwi otworzyły się. Louise podskoczyła i krzyknęła gniewnie.

– Idiota! Gdzie ty... eh?

To była Kirche. Przygładzając swoje płonące włosy, uśmiechnęła się do Louise

– To tylko ja, przepraszam.

– Co ty tutaj robisz?

Louise wróciła do swojego posłania. Kirche podeszła żwawo do łóżka i usiadła. Od razu odrzuciła koc, odkrywając, że Louise zwinęła się w kłębek, dąsając się, w swoim peniuarze.

– Byłaś nieobecna przez trzy dni, więc przyszłam cię odwiedzić.

Kirche westchnęła ciężko. Posiadanie dobrego sumienia naprawdę sprawiało ból. Nie podejrzewała, że Louise wypędzi go z pokoju. Myślała, że dobrze będzie dla nich dwojga pokłócić się i odsunąć od siebie na trochę, ale nie domyślała się, że Louise posunie się tak daleko.

– Tak więc, co planujesz robić, teraz gdy wyrzuciłaś swojego chowańca z pokoju?

– Nie twoja sprawa.

Kirche spojrzała na Louise chłodno. Na jej różowych policzkach, były pozostałości po strumykach łez. Prawdopodobnie płakała przed chwilą.

– Wiedziałam, że jesteś głupio arogancka i dumna, ale nie pomyślałam, że masz tak zimne serce. Oni byli w trakcie wspólnego jedzenia.

– To nie było tylko to, przede wszystkim byli na moim łóżku... – mamrotała Louise.

– Obejmowali się wzajemnie?

Louise kiwnęła głową. Kirche była całkiem wstrząśnięta. Podrywać dziewczynę, która przyszła przynieść mu jedzenie... Saito było całkiem niezły.

– Tak więc, zobaczenie faceta, którego lubisz, z dziewczyną w twoim własnym łóżku musi potężnie szokować.

– Nie lubię go! To tylko dlatego, że byli w moim łóżku...

– To jest właśnie usprawiedliwienie. Wypędziłaś go, ponieważ go lubisz i byłaś na niego zła.

Słowa Kirche trafiły do celu, mimo to Louise nie zgodziła się i wydęła wargi.

– Nie mogę mówić, że nie widziałam, jak to narasta. Powodem było to, że nie dałaś mu niczego. Naturalne jest, że zaczął flirt z inną dziewczyną.

Louise nie odzywała się.

– La Vallière, jesteś dziwną dziewczyną, wiesz. Jesteś zła i płaczesz za facetem, którego nawet nie pocałujesz. Nie możesz wygrywać w ten sposób... – powiedział znudzonym tonem Kirche, wstając.

– Zrobię coś z Saito. Nie mogłam się doczekać zabrania go tobie… ale ty go uderzyłaś, kopnęłaś i wypędziłaś, w rzeczywistości współczuję mu. On nie jest zabawką, którą znasz.

Louise przygryzła wargi.

– Chowaniec jest partnerem maga. Zawodzisz jako mag, ponieważ nie potrafisz traktować go jak należy. No tak… przecież jesteś zerem.

I z tymi słowami, Kirche wyszła. Louise nie odpowiedziała nic. Wczołgała się z powrotem na swoje łóżko, pełna smutku i żalu, i płakała jak wtedy gdy była mała.


* * *

Było już późno wieczorem, gdy Kirche przyszła do Saita. Jego pijany głos był słyszalny w prymitywnym namiocie. „Kyuru kyuru” Płomyczka również było słychać. Musiał przyjść tu bawić się, gdy ona wyszła.

Kirche odchyliła połę namiotu. Scena wewnątrz wzbudzała wstręt. Guiche miał twarz ukrytą w swoim krecie, płacząc. Saito przytulał Płomyczka, narzekając z butelką wina w ręce.

– To jest tak, jak właśnie powiedziałeś! Jesteś idiotą! – wykrzyknął Saito. Najwyraźniej wypił tyle, że nawet nie mógł wyrażać się jak należy.

– Nawet nie zrobiłem niczego z tą Katie. Trzymała mnie za rękę, a Mortmerncy jedyny lekko pocałowałem! Pomimo tego, ja-

Guiche wybuchnął płaczem. Należał do tych którzy płakali gdy pili. Kirche westchnęła. Dlaczego ludzie muszą być takimi idiotami? Derflinger zauważył Kirche i poinformował Saito.

– Panowie, jest gość.

– Gość?

Saito popatrzył pijacko na Kirche.

– Kirche?

– Wygląda wesoło, mogę się przyłączyć – powiedziała Kirche z uśmiechem na twarzy.

Saito, który nie miał możliwości więcej wypić, rozgniewał się na widok kobiety. Stanął przodem do Kirche.

– Te duże cycki, jeśli pokażesz mi je, możesz dołączyć.

Guiche zaczął klaskać.

– Stanowczo zgadzam się! W imię Tristańskiej szlachty! Całkowicie się zgadzam!

Zamiast odpowiadać Kirche wyjęło swoją różdżkę i zaczęło wygłaszać zaklęcie.

– Teraz mniej pijani?

Saito i Guiche, którzy siedzieli sztywno, pokiwali głowami.

Wszystko wokół nich zostało wypalone. Nawet oni zostali wypaleni. Magiczny ogień Kirche poszarpał włosy Saito i ładną koszulę Guiche. Słyszeli o wodzie będącej dobrym sposobem do wykorzystania w ten sposób, ale nie myśleli, że ogień działałby równie dobrze.

– Dobrze więc, przygotujcie się do wyjścia.

– Przygotować się do wyjścia?

Guiche i Saito spojrzeli na siebie.

– Tak. Hej Saito. – Kirche nazwała go jego imieniem, zamiast kochanie.

– Co?

– Czy planujesz mieszkać w namiocie przez resztę swojego życia?

– Nie, ale... zostałem wyrzucony, a nie znalazłem nawet drogi powrotnej do domu...

„Drogi powrotnej do domu?” Kirche i Guiche spojrzeli na siebie. Saito nagle pokręcił głową.

– Nie, miałem na myśli Roba na wschodzie!

– Ah, tam się urodziłeś, nieprawdaż?

Kirche kiwnęła głową w zrozumieniu. Saito westchnęło z ulgą.

Podczas pieszczenia policzka Saito, Kirche powiedziała – Czy nie chcesz zostać arystokratą?

– Arystokratą?

Guiche był nieznacznie zaskoczony.

– Ale Kirche, on jest plebejuszem. Nie może być arystokratą, jeśli nie jest magiem.

– W Tristain tak. Z mocy prawa, plebejuszom ściśle zabroniono nabywania ziemi lub zostania arystokratą.

– Dokładnie.

– Ale, w Germanii jest inaczej. Jeśli masz pieniądze, nawet jeżeli jesteś człowiekiem z gminu, możesz kupić ziemię i stać się arystokratą, albo kupić prawa do stanowiska i zostać poborcą podatkowym lub dowódcą.

– I dlatego nazywają Germanię niecywilizowaną – powiedział Guiche, jak gdyby czuł mdłości.

– Niecywilizowana? Ludzie, którzy zabiegają o tradycje i zwyczaje takie jak „jeśli nie jesteś magiem nie możesz być arystokratą”, co czyni ich kraj słabym, nie mają prawa mówić. To jest powód dla którego Tristain musi mieć sojusz z Germanią, aby móc sprzeciwić się Albionowi.

Saito, który cicho przysłuchiwał się, w końcu otworzył usta.

– Um, więc Kirche. To co mówisz oznacza, że powinienem stać się arystokratą poprzez pieniądze w twoim kraju.

– Dokładnie to.

– Ja nie mam pieniędzy. Jestem bez grosza.

– To zarób trochę.

Kirche popukała w twarz Saito plikiem pergaminów.

– Co to jest?

Guiche i Saito spojrzeli na plik. Wydawał się być mapami.

– To są mapy skarbów.

– Skarb?! – powiedzieli zdziwieni Guiche i Saito.

– Tak, zamierzamy pójść na wyprawę po skarb i sprzedawać to co znajdziemy. Saito… możesz zrobić wtedy cokolwiek zechcesz.

Saito przełknął ślinę. Kirche obejmowała go, a jej piersi napierały na niego. Saitem potrząsało, jakby się dusił.

– Gdy zostaniesz arystokratą… możesz mi się oświadczyć, dobrze? Lubię facetów takich jak ty. Nie dbam o to czy jesteś człowiekiem z gminu, czy arystokratą. Ludzi, którzy potrafią przezwyciężyć swoje trudności i osiągają rzeczy poza ludzką wyobraźnią... Lubię takich ludzi. – Powiedziała Kirche, uśmiechająca się uwodzicielsko.

Guiche, który patrzył na mapy, szepnął niepewnie – Jakkolwiek patrzę na to, te mapy wydają się trochę podejrzane...

– Dostałam je z różnych miejsc, takich jak magiczne sklepy, stragany, sklepy wielobranżowe…

– To jest z pewnością coś podejrzanego. Wiem o kilku ludziach, którzy właśnie sprzedali zwykłe mapy, nazywając je mapami do skarbu. Są również arystokraci, którzy zbankrutowali z powodu tych oszustw.

– Takiego podejścia nie będzie – powiedziała Kirche z rękoma zaciśniętymi mocno w pięści.

– Większość to może szmelc, ale może tam być jedna prawdziwa, ukryta wśród nich.

Gah…Guiche jęknął uderzając się w czoło.

– Saito, chodźmy. Pójdźmy znaleźć skarb i porzucisz Louise… a następnie, oświadczysz mi się, dobrze?

Porzucanie Louise… to ładnie brzmiało. Arystokraci… oni są zawsze tak dumni i nawet zapominają o ludziach, którzy uratowali ich wcześniej. Saito pogodził się z tą myślą.

– W porządku, wchodzę w to. Chodźmy.

Kirche mocno przytuliła Saito. Nagle ktoś wpadł.

– Nienienienie, nie możesz tak zrobić!

– Siesta?

Przed nimi była Siesta w jej stroju służącej.

– Nie możesz się ożenić, Saito!

Siesta ciągnęła Saita.

– Nie życzysz człowiekowi, którego kochasz by był szczęśliwy?

Siesta została zaskoczona słowami Kirche i spojrzała na Saito. Nagle potrząsnęła swoją głową.

– Choćby dlatego, że bycie arystokratą niekoniecznie znaczy, że jesteś szczęśliwy. Możesz zostać w mojej wsi i za te pieniądze kupić winnicę!

– Winnicę?

– W mojej wsi, jest dużo dobrych winnic! Możemy razem robić dobre wino! Jego nazwa mogłaby być „Saito Siesta”!

Kirche i Siesta obydwie ciągnęły Saita. To było pierwszy raz w jego życiu, gdy walczyły o niego dziewczyny. Zarumienił się głęboko. To prawdopodobnie nie zdarzy się nigdy więcej.

– Jakbyście znaleźli skarb. – Powiedział Guiche znudzonym głosem.

– Guiche. Jeśli znajdziemy skarb możesz podarować go Księżniczce, jako prezent i może wtedy zobaczy cię w innym świetle.

Guiche wstał.

– Panie i panowie, chodźmy.

– Zabierzcie ze mnie sobą, proszę – krzyknęła Siesta. Gdyby nie poszła, bez wątpienia Kirche uwiodłaby Saito.

– Nie, nie możesz. Plebejusze są tylko ciężarem.

– Nie traktuj mnie jak idiotę! Chociaż wyglądam tak, jestem…

Siesta się trzęsła. Obydwie jej ręce były zaciśnięte mocno razem.

– Tak? Mów dalej.

– Potrafię gotować!

– Jakbyśmy nie wiedzieli – powiedzieli wszyscy.

– Ale, ale, posiłki są ważne, prawda? Podczas szukania skarbu, będziemy obozować, prawda? Nie możemy opierać się tylko na żywności, którą przyniesiemy. Mogę przyrządzić dobre jedzenie dla każdego.

Oczywiście w tym punkcie miała rację. Guiche i Kirche byli arystokratami i nie mogli znieść jedzenia kiepskich posiłków.

– Ale masz pracę do wykonania, prawda? Czy zamierzasz wziąć wolne?

– Kucharz zawsze pozwala mi odejść jeśli powiem, że robię coś dla Saito.

Szef kuchni naprawdę lubił Saito; mógł prawdopodobnie zrobić dokładnie tak jak Siesta powiedziała.

– Świetnie, rób co chcesz. Ale powiem ci zawczasu, ruiny, lasy i jaskinie do których się kierujemy są niebezpiecznymi miejscami. Tam jest mnóstwo potworów.

– Będę mieć się dobrze, Saito będzie mnie chronić.

I z tymi słowami, Siesta złapała ramię Saito, doprowadzając go do fantazjowania o jej nagich piersiach napierających na niego.

Kirche pokiwała głową i zwróciła się do wszystkich.

– Po tym jak przygotowania zostaną skończone, wyjedziemy.


Przekład[edit]

Tłumaczył: egaro


Cofnij do Rozdziału 3 z Tomu 3 - Modlitewnik Założyciela Powrót do strony głównej Skocz do Rozdział 5 z Tomu 3 - Rodzina królewska i arsenał