Haken no Kouki Altina PL: Tom 4

From Baka-Tsuki
Jump to: navigation, search

Ilustracje[edit]


Prolog I: Nadchodząca burza[edit]

Belgaria, rok cesarski 851


Mimo że nastał już kwiecień, w północnym regionie wciąż panował chłód. Nocą padał nawet śnieg, który co prawda roztopił się wraz z nadejściem poranka, ale przez to w fortecy było wszędzie mokro.

Regisa, który zasnął z książką w ręku, obudził mały snop światła wpadający przez okno leżącego w rogu twierdzy pokoju.

– Hnnnn... He? To już ranek? – powiedział do siebie chłopak, odkładając na bok lekturę.

Wstał z łóżka, ze smutkiem rozstając się z kocem. Obejmując swoje przemarznięte ramiona, ruszył w stronę biurka, gdzie oprócz sterty dokumentów stała lampa oliwna. W ciemnościach sięgnął do szuflady po szkarłatną zapalniczkę[1], którą dostał parę dni wcześniej na swoje dwudzieste trzecie urodziny. Wcisnął metalową blaszkę, co odsłoniło hubkę, a następnie przekręcił znajdujące się przed nim krzesiwo. Utworzone w ten sposób iskry roznieciły mały płomyk. Regis, uważając, żeby nie zgasić ognia, skierował go w stronę lampy oliwnej. Kiedy już jej knot rozświetlił pokój, chłopak założył na nią przezroczyste szkło ochronne.

Ponieważ fort Volks był kiedyś kopalnią i stanowił w gruncie rzeczy sieć tuneli, dostawało się do niego niewiele światła, co oczywiście negatywnie wpływało na pracę Regisa, który nawet w środku dnia musiał używać lampy. W dodatku w chłodniejsze dni rozpalanie w kominku stawało się konieczne, a drewno na opał rozchodziło się w twierdzy jak świeże bułeczki.

Tego dnia było na tyle chłodno, że strateg widział parę ze swojego oddechu, jednak nie aż tak, żeby musiał ogrzewać sobie ręce w płomieniu.

Regis ponownie wcisnął przycisk na zapalniczce, co zamknęło jej górną część i odcięło płomień od powietrza, a następnie schował ją do szuflady. Później przebrał się z piżamy w swój mundur. Strategowi przeszkadzała duża ilość guzików w tym ubiorze, ale był za to dobry na mrozy, tak więc chłopak szybko do niego przywykł.

Liczba belek na jego ramionach nie uległa zmianie. Kiedy przebywał w stolicy, głównodowodzący, Latreille, obiecał mu promocję na oficera administracyjnego trzeciego stopnia, a jednak wciąż nie otrzymał oficjalnego pisma na ten temat.

Czyżby anulowano mój awans?

Niedługo po tamtej rozmowie Latreille wysłał za nimi swoją pierwszą armię. Regis zaciągnął wrogich żołnierzy w pułapkę i podpalił, redukując liczbę tego elitarnego oddziału o ponad połowę.

Cóż, na miejscu Latreille też miałbym problem z przyznaniem tego awansu.

Co prawda, żałował braku promocji, ale jednocześnie uważał, że wyolbrzymiano jego dokonania. Prawdę mówiąc, nie mógł pojąć, jakim cudem nie został jeszcze zwolniony. W końcu całkowicie brakowało mu motywacji do pracy, nie wspominając o braku podstawowych dla żołnierza umiejętności jak fechtunek, strzelanie z łuku czy jazda konna. Jako wojak był bardziej bezużyteczny niż starzec w roli bagażowego.

Po przebraniu się Regis dostrzegł coś na biurku.

– He?

Leżał tam raport dotyczący wewnętrznego konfliktu w regimencie.

Regis służył w przygranicznym regimencie Beilschmidt, nazywanym Armią Marie Quatre, od imienia dowodzącej nim czwartej księżniczki. Chociaż powszechnie szanowano jej umiejętności szermiercze, wciąż miała czternaście lat, tak więc nadal była dzieckiem. Oficjalnie pieczę nad jednostką sprawował Jerome Jean de Beilschmidt, który dzięki swoim dokonaniom na polu bitwy został okrzyknięty bohaterem. Oni sami nie przejmowali się takimi detalami. Być może wielkie osobistości mają tendencję do ignorowania nieistotnych dla nich szczegółów... albo oboje po prostu byli uparci i lekkomyślni.

Duża część armii regimentu od dziecka odbywała treningi, jednak księżniczka Marie Quatre zrekrutowała wiele nowych osób, a ponieważ żołnierze to nie konie, często dochodziło do starć między grupami. Do każdego takiego przypadku należało podchodzić z wyjątkową ostrożnością. Regis był jednak jedynym oficerem administracyjnym w jednostce i nie miał po prostu na to czasu. Na jego głowę spadla cała organizacja regimentu, zaopatrzenie, a także jego główna rola, czyli stratega tej jednostki. Na szczęście znalazł sobie asystentkę.

Przy jednej ze stert dokumentów leżała...

– Lilim?

– Tu jestem.

Haken no Kouki Altina - Volume 04 - 015.jpg

Odpowiedź, która dobiegła spod sterty dokumentów, wystraszyła Regisa, który cofnął się o parę kroków.

– Przepraszam.

Po chwili Lilim, ciemnoskóra, czarnowłosa pokojówka, podniosła się z podłogi. Do niedawna nie miała nic wspólnego z regimentem Beilschmidt. Wcześniej, mimo młodego wieku, służyła dla księcia Auguste'a, ale ponieważ w stolicy wykazała się sporym talentem w mediacjach, Regis powierzył jej kwestię rozwiązywania konfliktów w jednostce.

Lilim w końcu wstała i po strzepaniu brudu z ubrania powiedziała:

– Najmocniej przepraszam. Przyszłam z samego rana doręczyć dokument i zastałam pana śpiącego.

– Aaa, w takim razie czemu nie zostawiłaś go po prostu na biurku?

– Miałam taki zamiar, ale…

– Tak?

– Po tym, jak zobaczyłam pana pogrążonego we śnie, sama też zrobiłam się strasznie senna.

Z jednej strony jest to jakiś powód, chociaż niezbyt dobry. Z drugiej strony nie mogę zaprzeczyć, że ostatnio stanowi dla mnie wielką pomoc. – Odkąd zaczęła mu pomagać przy sprawdzaniu dokumentów, rozwiązywaniu problemów, a nawet przy mediacjach, jego praca stała się o wiele prostsza.

– Naprawdę? W każdym razie, dziękuję za pomoc.

– Spełnienie po ukończonej pracy jest najlepszym na świecie uczuciem! – stwierdziła Lilim, uśmiechając się radośnie.

W tym momencie otworzyły się drzwi.

– Monsieur Regis, wstał już pan?

– Aaaa.

W tym momencie do pokoju wszedł młody rycerz, Eric Michael de Blanchard. Mimo że miał dopiero szesnaście lat (w Belgarii pełnoletność osiągało się w wieku piętnastu), był już wspaniałym wojownikiem. Miał piękne, złote włosy, rubinowe oczy oraz delikatny, czysty, niemal kobiecy głos. Jako jedynak po śmierci ojca musiał wziąć losy swojego rodu na własne barki, jednak w tym momencie miał ważniejsze sprawy na głowie…

– Dzień dobry, Regi…

Eric z szoku aż zaniemówił, a Regis poczerwieniał jak burak.

– T-To nie tak, jak myślisz.

– Co tu się dzieje?! Czemu Monsieur Regis zdejmuje spodnie przy dziecku?!

– Uspokój się, to nieporozumienie.

– Jej wysokość i Clarissa to jedno, ale dziecko?!

– He? – Lilim przechyliła głowę, nie mogąc pojąć, co się dzieje.


==================================================
Haken no Kouki Altina - Volume 04 - 019.jpg

Ranek, kantyna oficerska fortu Volks.

– Hahaha! – Altina nie mogła zatrzymać śmiechu.

– To nie jest zabawne. Prawie tam umarłem, towarzysko znaczy się – wydusił z siebie Regis, zwieszając ramiona.

– P-Przepraszam! – powiedział głośno skruszony Eric.

Byli w kantynie jedynie we trójkę. Lilim poszła do pokoju Auguste'a... Felicji, żeby podać jej śniadanie.

Felicja zażyczyła sobie, by w jej pokoju spał także chroniący ją Eddie Fabio de Balzac. Co prawda, oboje wszystkiemu zaprzeczali, jednak oczywistym było, że są parą, co zresztą i tak nie stanowiło żadnego problemu. Żołnierze uważali ich za księcia oraz pełniącego rolę jego eskorty hrabiego, tak więc nie widzieli nic niezwykłego w tym, że dzielili pokój.

Altina wciąż nie mogła powstrzymać śmiechu z powodu wcześniejszego nieporozumienia.

– Hahaha... Aż brzuch mnie rozbolał. Haha... ha... Przynajmniej dobrze wiedzieć, że nie masz takich upodobań.

– To chyba oczywiste.

– W takim razie może opowiesz nam, jakie dziewczyny ci się podobają?

– Zamiast zajmować się takimi sprawami lepiej skupmy się na bardziej palących problemach. Nawet przy śniadaniu nie powinniśmy marnować czasu.

– Tcz. – Altina, niezadowolona ze zręcznego uniku Regisa, strzeliła językiem.

– Zapewne już o tym słyszałaś, ale w nocy dotarła do nas wieść o śmierci królowej Brytanni.

– Wiem. – Altina się wyprostowała.

– Wiadomość otrzymaliśmy dwudziestego piątego. Śmierć nastąpiła piętnastego.

Innymi słowy, królowa odeszła pierwszego dnia festiwalu założenia cesarstwa. W tamtych czasach przekazywanie nawet tak ważnych wieści zajmowało sporo czasu. W przypadku wykrycia wroga czasem musiano się uciec do przekazania takiej informacji za pomocą znaków dymnych czy dźwiękowych. W innych przypadkach najczęściej wręczano zapisane wiadomości konnym posłańcom, którzy wymieniali wierzchowce na stacjach postojowych, aby jak najbardziej skrócić czas doręczenia przesyłki, co jednak było wyjątkowo trudne na linii frontu. Miasto Tuonvell i Fort Volks dzieliło 23 Li (100 km), a ponieważ po drodze leżał las zamieszkały przez barbarzyńców, między tymi dwoma ośrodkami nie było żadnej takiej stacji. Co prawda, Altina i ich przywódca zawarli porozumienie, jednak nieoficjalne, tak więc niewiedzący o nim doręczyciele dodatkowo zwalniali na tych terenach, chcąc zachować ostrożność. Metoda doręczania wiadomości przez wyznaczonego posłańca miała jedną niezaprzeczalną zaletę - nie trzeba było się martwić o szpiegów, ponieważ gdyby ktoś opuścił swój regiment albo chociaż posterunek, od razu wzbudziłby podejrzenia. Żadna armia nie potrafiła ustrzec się przed jedną czy dwiema takimi czarnymi owcami, tak więc zawsze należało mieć się na baczności. Nawet podczas codziennej musztry trzeba było mieć oko na to, czy kogoś nie brakuje, i wypatrywać wilka w owczej skórze wśród podległych żołnierzy.

Regis kontynuował temat:

– Na czele Wielkiej Brytanni stoi królowa, ale władzę nad państwem sprawuje parlament. Według ich tradycji po zakończeniu trwającej tydzień żałoby koronowana jest nowa władczyni.

– Parlament? – spytała Altina.

– To coś jak nasza szlachta, z tym że mają trochę więcej władzy. Dla przykładu: nieważne, jaki rozkaz wydała królowa, jeśli dwudziestu czterech na trzydziestu członków parlamentu się temu sprzeciwiło, jej polecenie jest uważane za nieważne.

– Eeej, oni mają naprawdę sporo władzy!

– To rodzaj środka zapobiegawczego na wypadek pojawienia się tyrana. W normalnych okolicznościach ostatnie słowo zawsze należy do królowej.

– Rozumiem. Interesujący system.

– Zwykle królowa wybiera wcześniej swoją następczynię, która musi być zaakceptowana przez parlament. Ponieważ w tym przypadku władczyni umarła w wyniku choroby, prawdopodobnie tron został już objęty.

– Co jest więc takiego ważnego w tej wiadomości?

– Jeśli wybrano wyznaczoną następczynię, sytuacja się nie zmieni. Jeżeli jednak doszło do zamachu...

– Ach, rozumiem. – Altina skinęła głową. Nie była obeznana w polityce, jednak nie brakowało jej oleju w głowie.

– Latreille też pewnie się nad tym głowi, zwłaszcza że Brytannia nie zwiększyła liczebności swojego wojska. Cóż, druga armia została już wysłana, ale przynajmniej my nie otrzymaliśmy rozkazu wymarszu.

– Aha. Regis, a ty co o tym myślisz?

– To nieodpowiednie? Ich władca właśnie umarł, więc jeśli wyślemy teraz armię, możemy ich sprowokować. O ile sami nie szukamy zaczepki, powinniśmy unikać konfliktu z Wielką Brytannią.

– Podobno ostatnio opracowali sporo wspaniałych technologii.

– A, tak, silnik parowy. Kolej i statki parowe znacząco skracają czas potrzebny na transport towarów, ludzi i informacji. Jeżeli w przyszłości pojawi się jeszcze jakaś technologia pozwalająca na komunikację na dalekie dystanse, ludzkie życie zmieni się pewnie nie do poznania.

– Komunikacja na odległość?

– Trudno ci to sobie wyobrazić?

– Na przykład bardzo głośno krzycząc?

– Wątpię, by tak miałoby to wyglądać.

– Skoro mają takie niesamowite technologie, powinni już nas zaatakować, prawda?

– Cóż, znasz jakieś kraje pragnące konfliktu z Belgarią?

– To nie ma znaczenia. Jeśli wojskowi otrzymają nową broń, będą chcieli jej użyć, tak samo jak ludzie z autorytetem wykorzystują swoje wpływy, jak tylko im się podoba.

– Aha. – Regis nie był do tego przekonany, chociaż wypowiedzenie wojny przez kraj mający sporą przewagę byłoby normalne. W tym momencie przyszło mu coś do głowy. – Altino, masz teraz o wiele większe siły niż wcześniej, nie chcesz zaatakować Latreille?

Księżniczka zamyśliła się na chwilę.

– Jeżeli lud by wsparł tę wojnę.

– To w twoim stylu.

Dorosła. – pomyślał Regis. Wyciągnęła wnioski z poprzednich niepowodzeń i zamiast od razu działać, najpierw próbuje przemyśleć sprawę. Gdyby chciał teraz jej to utrudnić, dopytałby, co by zrobiła, gdyby jedynie połowa populacji ją poparła. Jednak na razie wystarczyło, że sam Regis myślał o takich sprawach, w końcu władca nie musi być wszechwiedzący.

– Czyli będziemy się im jedynie przyglądać?

– Tak... Budżet wojenny ma swoje ograniczenia.

Przygotowania do wojny, chociażby stworzenie rezerw żywności oraz zwiększenie liczebności armii, wymagało sporych sum pieniędzy. Gdyby teraz zużyli całe fundusze przeznaczone na wojsko, jak potoczyłyby się już prowadzone wojny? Dowódcy często byli zmuszeni do podejmowania takich trudnych wyborów.

Księżniczka, słysząc odpowiedź swojego stratega, zmarszczyła brwi.

– Poza tym Wielka Brytannia leży za zachodnim wybrzeżem, a my daleko na północy, no i już bierzemy czynny udział w innej wojnie, więc aby wypełnić rozkaz wymarszu, musielibyśmy poczynić bardzo kosztowne przygotowania.

– Więc to niemożliwe.

Prawdę mówiąc, było to wykonalne. W pierwszej kolejności powinni jednak skupić się na obronie granicy, więc przygotowanie wyprawy w takich warunkach sprawiłoby sporo trudności.

Altina nagle coś sobie przypomniała.

– Skoro o Wielkiej Brytanni, martwię się o Bastiana. Zawsze rozpierała go energia. Mam nadzieję, że nic mu się nie stanie.

– Trzeci książę? No tak, wyjechał tam na studia.

– Uciekł przed polityką. To naprawdę w jego stylu. Ciekawe, czy jest tylko takim lekkoduchem, czy po prostu dziwakiem.

– Nie przyglądałem mu się za bardzo... Czyli to wszystko prawda?

– O czym mówisz?

– Krąży o nim wiele plotek. Pomijając już Latreille, jego reputacja jest nawet gorsza niż przywiązanego do łóżka Auguste'a.

– Taaak, sprawia ludziom sporo problemów.

– Mimo wszystko rodzina ma obowiązek wspierać dziedzica na drodze do tronu.

– Możesz więc uznać to też za unikanie kłopotów. Za każdym razem, kiedy w coś się wpakował, jego matka albo któryś z krewnych musiał iść i za niego przepraszać.

Gdyby książę zaczął sprawiać problemy w sąsiednim kraju, sprawy mogłyby przybrać nieciekawy obrót... Ale i tak nie mieli jak temu zaradzić.

Regis przypomniał sobie jedną z historii o księciu.

– Podobno walczył z grupą najemników w jakiejś oberży, ale nie wiadomo, czemu tam przebywał ani jak do tego doszło.

Informacje, jakie Regis uzyskał od pracowników oberży, były niejasne, ale najwyraźniej księciu brakowało szacunku do samego siebie.

Altina pokiwała głową.

– W zeszłym roku ojciec nakazał mu wyjątkową rozwagę.

– Taki rozkaz od samego cesarza?

– Bastian powiedział, że poszedł do tamtej oberży, bo to miejsce wydało mu się interesujące. W środku zobaczył, jak jakiś pijak obłapuje kelnerkę, więc ruszył jej z pomocą.

– Pomocą?

– Tak. Powiedział też coś w stylu "Przestałem ich bić dopiero wtedy, gdy ręka zaczęła mnie boleć. Jestem sprawiedliwością".

– Usprawiedliwiał pójście do oberży tym, że uznał ją za interesującą? Doprawdy irytujące.

– Ta, tu masz rację.

– Nie może twierdzić, że ma rację, tylko ze względu na swój status. Widać nie potrafi myśleć z wyprzedzeniem.

– Właśnie. Nieważne, jak bardzo był wściekły, nie powinien zaczynać walki. Zdaje się, że ani trochę nie przemyślał swojego zachowania.

– Parę dni temu rzuciłaś się z mieczem na drugiego księcia...

– Eeee...

– Biorąc pod uwagę, że siostra księcia też jest taka porywcza, jego zachowanie jakoś przestaje mnie dziwić.

– Uuu... Nie jestem tak porywcza jak Bastian... Chyba – powiedziała Altina z niepewnością w głosie.

Eric uniósł rękę.

– Przepraszam, ale nie powinniśmy omówić sprawy księcia Latreille?

– Jakiej sprawy?

– Parę dni temu walczyliśmy z pierwszą armią. Czy to nie akt zdrady?

Taka myśl bez wątpienia krążyła po głowach wielu żołnierzy w regimencie, Regis jednak pozostawał spokojny.

– Żeby postawić nas przed sądem wojskowym, musieliby najpierw udowodnić, że działanie Białych Wilków było uzasadnione. Jak myślisz, kogo uznano by za winnego przy takim starciu dwóch armii?

– Racja.

– Ich. Wyruszyli za Augustem, żeby ujawnić jego prawdziwą tożsamość i zniszczyć aspiracje do tronu.

Eric pokiwał głową, a Altina tylko przysłuchiwała się z uwagą.

– A jaką władzę ma nad nim Latreille po tym, jak Auguste zrzekł się prawa do tronu i nie jest już w armii?

– Ach!

Altina i Eric pokiwali głowami.

Trudno było odczytać Latreille, ale najprawdopodobniej wydał ten nieuzasadniony rozkaz wymarszu Białych Wilków pod wpływem chwili, myśląc jak zwykły wojskowy i zapominając całkowicie o możliwych konsekwencjach politycznych.

– Cóż, będziemy jednak musieli wymyśleć coś na wypadek, gdyby wezwano Altinę do stolicy w tej sprawie.

– Co mam zrobić, jeśli tak się stanie?

– Jeśli do tego dojdzie, wyda ten rozkaz jako generał. W takim przypadku będziesz musiała się przygotować i wziąć z Fortu Volks swoją jednostkę.

– A jeśli rozkaże mi stawić się samej?

– W pewnym sensie nie byłoby to aż takie złe. Co prawda, przewyższa cię rangą, ale gdyby kazał ci się stawić bezbronnej, obwieściłby całemu państwu, że planuje zamach na siostrę.

– Rozumiem. To byłoby po prostu podłe.

– Podobnie wyglądała sytuacja z rozkazem ataku na Fort Volks. Gdybyś poległa w walce, straciłby twarz. Przecież wysłał siostrę na pewną śmierć, samemu bojąc się ruszyć do walki. Ilu szlachciców poparłoby takiego księcia?

– Skoro jestem jego przeciwniczką, powinnam najpierw przeciągnąć szlachtę na moją stronę?

– Tak. Jedynym powodem, dla którego udzielają mu wsparcia, jest przekonanie, że to on obejmie tron. Twoim zdaniem cesarz wybrałby go, gdyby dopuścił się takiego nikczemnego czynu?

– Racja! Ojciec jest zapatrzony w L’Empereur Flamme. Nie zdziwiłabym się, gdyby nawet odebrał mu prawa do tronu.

W końcu wszystkie te gierki polityczne miały na celu przekonanie cesarza, żeby wybrał konkretną osobę na swoje miejsce. Tylko ktoś naprawdę nieludzki, ignorując wszelką krytykę, użyłby autorytetu i pozycji do skrzywdzenia swojej siostry. Cesarz nigdy nie wskazałby takiej osoby na swojego następcę, nawet Latreille to wiedział.

Gdyby Latreille miał czerwone oczy i włosy, już by pewnie siedział na tronie. Jak się nad tym zastanowić, nawet trochę mi go przez to szkoda.

Poranną naradę przy śniadaniu zakończyło wypicie czerwonej herbaty przyniesionej przez Clarissę.


================================================


Regis po otrzymaniu ważnej informacji postanowił poszukać Altiny. Zbiegł po schodach, kierując się w stronę głównej bramy. Kiedy już tam dotarł, ujrzał krajobraz jak po bitwie: leżący na ziemi, zakrwawieni, jęczący z bólu rycerze byli jeden po drugim wynoszeni na noszach.

Evrard krzyknął w stronę jednego z wojaków, którzy pomagali przy rannych:

– Woda! Przynieście szybko ciepłą wodę!

I już po chwili znalazł się przy nim jeden z rycerzy, wciąż w pełnej zbroi, z dzbanem wody.

Jerome opatrywał jednego ze swoich ludzi, po chwili jednak wstał z kolan i kręcąc głową, krzyknął:

– Przynieście worek na zwłoki!

– Ach, ale jeszcze nie odmówiono modlitwy – odparł zakłopotanym głosem jeden z rycerzy.

Jerome kopnął go z całej siły, wrzeszcząc:

– Ten żołnierz już nie żyje! Forteca leży pod ziemią i nie ma dobrej wentylacji. Jeśli chcesz uniknąć wybuchu epidemii, rusz dupę po ten cholerny worek na zwłoki!

– T-Tak jest! – Zanim jeszcze jego przełożony skończył wrzeszczeć, rycerz z krzykiem pobiegł wykonać polecenie.

Regisowi aż odebrało siłę w nogach; oparł się ramieniem o ścianę i zaśmiał.

– Ha… haha.

– Trzymaj się! Dasz radę! – dobiegł go żeński głos. To była Altina dodająca otuchy jednemu z rannych żołnierzy, któremu w tym samym czasie lekarz regimentu bandażowała zakrwawione ramię. Oczyścić ranę i zabandażować – medycyna w tamtych czasach mogła zrobić tylko tyle, a dojście do zdrowia zależało już od siły samego pacjenta.

Młody rycerz podbiegł do Regisa. Był to najwyraźniej dowódca tego oddziału.

– Panie strategu, raport! Żołnierze trenujący w północnym lesie zostali zaatakowani!

– Co proszę?

Połowę poszkodowanych stanowili młodzi mężczyźni, mający przy sobie jedynie wyposażenie niezbędne do ćwiczeń, co znaczyło, że zostali dopiero zrekrutowani i przechodzili szkolenie.

– W terenie przebywał także oddział patrolowy, ale nie otrzymaliśmy od nich ostrzeżenia, więc najprawdopodobniej został wybity.

Utrata nie tylko części nowych rekrutów, ale także całego oddziału wysłanego na patrol była dla nich potężnym ciosem.

Regis w końcu zebrał myśli.

– Z… Jakie barwy mieli?

– Nie widzieliśmy żadnej flagi, ale sądząc po kierunku, z którego nadeszli, oraz broni, to siły Księstwa Verden.

Poprzedni właściciele tej twierdzy.

Mimo że to państwo nie należało do największych, dysponowało sporymi zasobami rud, dzięki czemu w ich skarbcu nie brakowało pieniędzy. Stać ich było na wynajmowanie oddziałów najemników i wyposażenie armii w najlepsze możliwe uzbrojenie. Utrata fortu Volks nie osłabiła ich nawet w najmniejszym stopniu.

Jerome krzyknął w gniewie:

– Te verdeńskie kundle! Nie dość, że niczego nie wynieśli z tej porażki, to pewnie jeszcze chcą odzyskać twierdzę! Myślisz, że będę bezczynnie siedzieć i czekać na śmierć?! Ej, przynieście mi moją kopię i przygotujcie konia! Sprawdzę, czy jest ich na tyle dużo, żeby wystarczyło głów do wieszania!

Jerome od zawsze odznaczał się porywczością, ale rzadko kiedy wręcz emanował gniewem – nawet jego podwładnych zdziwiła aż tak wybuchowa reakcja.

– Proszę poczekać!

– Czekać?! Niby jak?! Ej, Regis, jesteś pewien, że chcesz spróbować mnie powstrzymać?

– Dostaliśmy pilną wiadomość ze stolicy. – W końcu miał okazję przekazać informację, z powodu której szukał pozostałych dowódców.

Jerome, słysząc to, aż się skrzywił.

– Co takiego jest tak ważne?

– Rankiem 23 kwietnia w wyniku ataku utraciliśmy nabrzeże Chaineboule. Druga armia podjęła walkę z siłami, które zeszły tam na ląd.

Był 30 kwietnia, tak więc od bitwy upłynął już tydzień.

Znając sieć wywiadowczą, w stolicy musieli się bardzo szybko o tym dowiedzieć… Już pewnie jest po wojnie. – Mimo tej myśli Regis zdawał sobie sprawę, że nie znając sytuacji na froncie, nie może tak po prostu przesądzać o losie bitwy.

– Zachodnie wybrzeże? Nie spodziewałem się, że kiedyś nas zaatakują.

– Dokładnie. Ogień otworzył okręt parowy z banerem Wielkiej Brytanni.

– A co na to Latreille?

– Wraz z informacją otrzymaliśmy rozkaz wysłania połowy naszych sił na zachodni front.

Żołnierze nie mogli uwierzyć własnym uszom. Nie dość, że zostali zaatakowani przez Księstwo Verden, to w dodatku głównodowodzący rozkazał im wysłanie posiłków na inny front. Z połową sił obrona twierdzy może okazać się wyjątkowo trudna, a sytuacja panująca przy bramie nie napawała żołnierzy optymizmem.

Jerome martwił się o swoich ludzi. Owszem, był porywczy, jednak w razie potrzeby potrafił też szybko ochłonąć i dokonać chłodnego osądu.

Altina, która do tej pory cały czas towarzyszyła rannemu żołnierzowi, wstała z kolan i spytała:

– Regisie, jak widzisz jednoczesne wsparcie zachodniego frontu i obronę fortu?

– Ja…

Nie mam pojęcia, jak to zrobić.

Co prawda, pełnił funkcję stratega, jednak nie był wyjątkowo bystry ani nie posiadał dobrej intuicji.

Jerome, a także wszyscy zebrani przy bramie rycerze spojrzeli na niego.

Regisowi brakowało również pewności siebie, dlatego nogi się pod nim ugięły, a serce prawie stanęło. Jako strateg Altiny musiał jednak wyrazić swoją opinię o tej sytuacji. Mimo przeczytania tak wielu powieści, ile gwiazd na niebie, wydusił z siebie jedynie:

– Ja… Wiem jedynie to, co przeczytam, księżniczko.

Żeby uniknąć jakichkolwiek nieporozumień i mogącego z nich wynikać spadku morale, nazywał ją Altiną jedynie w obecności osób, z którymi byli blisko.

– Trudno. Powiedz, co o tym myślisz.

– Nie mamy czasu na przygotowania, brakuje nam informacji, a w dodatku goni nas czas. Mimo to powinniśmy najpierw odeprzeć atak Księstwa Verden.

– Możemy zignorować rozkaz przerzucenia sił na zachód?

– Jeśli w obecnej sytuacji wyślemy jakiekolwiek siły, pozwolimy wrogowi podejść pod sam fort, a wydelegowani żołnierze i tak nie będą mogli skupić się na walce.

– Masz rację. Jeżeli fort upadnie, życie rodzin naszych żołnierzy będzie zagrożone.

– Tak. Istnieje także ryzyko, że Verden jest przygotowane na długotrwałe oblężenie, tak więc… sugeruję zakończyć to tej nocy.

– Dzisiaj?! – krzyknęła zszokowana Altina.

Reakcja księżniczki była zrozumiała. Gdyby walka miała odbyć się na otwartym terenie, wtedy liczyłaby się szybkość. Tu jednak chodziło o obronę fortecy, co mogło przeciągać się całymi dniami.

Jerome zrobił potworną minę, zdobioną przez okrutny uśmiech.

– Kukuku… Czyli wyjeżdżamy?

Regis pokiwał głową w odpowiedzi. Nie mieli wyjścia, musieli opuścić twierdzę dającą im taktyczną przewagę.

Żołnierze spojrzeli na siebie z niedowierzaniem.

Altina za to zacisnęła mocno pięść.

– Za Fortem Volks leży pełne cywilów Tuonvell, a dalej na zachód inne regiony, których przysięgliśmy bronić. Pora wypełnić zobowiązanie wobec naszej flagi! – krzyknęła księżniczka, unosząc pięść.

Herb Armii Marie Quarte stanowiła tarcza na zielonym tle – symbol przysięgi, by przede wszystkim chronić prostych obywateli cesarstwa.



  1. Chodzi raczej o wczesną wersję zapalniczki z XVIII wieku, mającą już mechanizm spustowy: https://en.wikipedia.org/wiki/Tinderbox


Prolog II: Heinrich Trois Bastian de Belgaria[edit]

Wielka Brytannia leżała na wyspie położonej na zachód od rozciągającego się aż do północno-zachodniego wybrzeża terytorium Belgarii. Panowały tam ciężkie warunki, północna część kraju pokryta była nawet śniegiem, przez co do uprawy nadawały się jedynie marchewki oraz ziemniaki, a przez brak rozległych równin hodowla zwierząt stanowiła problem. Jednak dzięki bogatym złożom żelaza oraz handlowi zamorskiemu kraj ten się rozwijał. Mimo że głęboko szanowano tu tradycje, jednocześnie asymilowano inne kultury oraz technologie, dzięki czemu Brytannia stała się pierwszym państwem w regionie używającym maszyn parowych oraz strzelb.

Applewood leżało we wschodniej części Brytanni, a w nim utworzona w otoczonym lasami starym zamku Saint Edward szkoła zwana Independent Academy, będąca jednocześnie najstarszą uczelnią w państwie. Wśród jej uczniów, szlachetnie urodzonych dzieci w wieku pomiędzy dwunastym a szesnastym rokiem życia, znajdował się także trzeci książę Belgarii, Heinrich Trois Bastian de Belgaria, który w tym roku rozpoczął tam naukę.

Nie chciał specjalnego traktowania, tak więc ukrywał swoją tożsamość, przedstawiając się jako Bastian de Madeleine. Szlachta często nazywała dzieci po członkach rodziny cesarskiej, tak więc imię Bastian stało się dość powszechne wśród chłopców mających poniżej piętnastu lat, dzięki czemu nie musiał go zmieniać.

Od starcia Armii Marii Quatre z Księstwem Verden minęło szesnaście dni, a w Belgarii obecnie trwały obchody rocznicy założenia cesarstwa.

Słysząc dźwięk dzwonu na wieży akademii, nauczyciel w stroju przypominającym ornat opuścił klasę, a uczniowie zaczęli pakować swoje rzeczy. Większość z nich miała teraz zajęcia pozalekcyjne w swoich klubach, jednak nie Bastian, więc myślami był w już internacie.

Nagle przed nim pojawiło się trzech szlachciców, którym przewodził Dick Ayrton.

– Podobno twój kraj znowu kogoś napadł.

– O jakim kraju mówisz?

– Nie zgrywaj się, tępaku, chodzi przecież o Belgarię!

To nie tylko mój kraj, rządzi nim mój ojciec! - Nie mógł jednak tego powiedzieć, bo zdradziłby, że jest księciem.

Życie ucznia z wymiany było nadspodziewanie kłopotliwe. Dzieciaki głośno komentowały wiadomości o Belgarii. Nie interesowała ich polityka, po prostu chcieli skrytykować inne państwo.

Bastian, czując, że kłótnia z nimi będzie jedynie stratą czasu, spakował swoje rzeczy. Jednak kiedy chciał odejść, Dick zastawił mu drogę.

- Nie skończyłem, galianinie!

Często nazywali tak osoby z Belgarii. Poprawną formą było belgarianinie, a użyte w ten sposób stanowiło zniewagę. Chłopak nie mógł jednak poprawić wszystkich, którzy używali tego niepoprawnego określenia.

– Czego? Nie widzisz, że jestem zajęty?

– Czyżbyś mnie nie słyszał, galiański najeźdźco?!

– Ja nikogo nie najechałem.

– Czy to nie przypadkiem twój kraj?!

Skoro tak stawiacie sprawy, chciałbym zobaczyć, jak bierzecie na siebie wszystkie występki Brytanni.

Często można było spotkać osoby kierujące się taką pokręconą logiką, które w dodatku czasem uciekały się do przemocy, kiedy ich argumenty nie wystarczały.

– Polityka mnie nie interesuje.

– Galianie to takie lenie, nie tylko nie interesują się muzyką i tańcem, ale nawet i polityką. Boki zrywać!

– Cóż, taka prawda.

Uciekł do tej akademii, żeby uniknąć walki o tron Belgarii. Nie chciał angażować się w politykę, a taniec i muzyka w ogóle go nie interesowały.

Dwaj pozostali szlachcice wsparli swojego przywódcę.

– Dick, cóż poradzić. Ty, wychowany syn polityka, myślisz w inny sposób niż galiańscy barbarzyńcy.

– Właśnie! Wciąż używają mieczy, chociaż nastała era broni palnej.

– Ha, jacy zacofani! Gdyby tylko nauczyli się odrobiny kultury.

Dick i jego banda wybuchnęli śmiechem, powszechnym na całym świecie głupim rechotem.

Bastian zagryzł mocno zęby i zacisnął pięść. Na prawym środkowym palcu miał srebrny pierścień, mający mu przypominać o obietnicy złożonej dziadkowi, że jeżeli dojdzie do jakiejkolwiek walki, to ma natychmiast wracać do kraju. Tam, ze względu na podeszły wiek cesarza, Liama Fernandi de Belgaria, walka o tron przybierała coraz bardziej na sile.

Największe szanse ma Latreille - pomyślał Bastian. Auguste też mocno by się liczył, ale leczy się w swojej willi. Przed swoim wyjazdem odwiedził brata, jednak ten nie był w stanie wstać z łóżka i ledwie mówił. Pewnie umrze jeszcze przed cesarzem, więc już wszystko ustalone.

Nikt, łącznie z Bastianem, by nie pomyślał, że podczas trwających w tym samym czasie obchodów rocznicy założenia cesarstwa dzięki staraniom pewnego stratega Latreille straci całą swoją reputację, Auguste zrzeknie się prawa do tronu, a pierwszą w kolejce do przejęcia władzy zostanie jego młodsza siostra Aljeantina.

Bastian nie angażował się w walkę między frakcjami, więc autorytet był mu całkowicie zbędny. W dodatku odpowiedzialność za życie milionów ludzi go przerażała, dlatego ostatecznie uciekł.

Dziadek rozumiał jego powody i wspierał pomysł wyjazdu za granicę, mimo że Bastian nadal pozostawał kandydatem do tronu, chociaż miał niewielkie szanse przejąć władzę.

Prawdę mówiąc, dziadek zareagował na pomysł wnuka tymi słowami:

– Co? Chcesz wyjechać za granicę?! Wspaniale! Ach, znaczy się, co za tragedia! Cóż, zamiast wydurniać się w cesarstwie, wolisz wyjechać na naukę do jakiegoś małego, sąsiedniego kraju… Rozumiem, rozumiem. Chociaż byłbyś wspaniałym cesarzem, jeżeli tak nalegasz, muszę zaakceptować twoją decyzję, choć z wielkim smutkiem!

Miał jeszcze kilka innych problemów, ale w końcu udało mu się wyjechać pod warunkiem dotrzymania obietnicy złożonej dziadkowi.

Bastian powiedział do siebie:

– Nie walcz… Nie daj się rozpoznać… Nie angażuj się w religię ani politykę innych krajów…

– Ej, co tam mruczysz po nosem?

– Nic. Tylko coś sobie recytowałem.

– Ooo, a to co?

Dick wyciągnął z torby książkę w czarnej oprawie ze złotymi krawędziami. Nie było na niej tytułu ani podanego autora.

Bastian już miał złapać go za rękę, tym samym się zdradzając, jednak szybko się opanował.

– Proszę... Oddaj ją.

Dick zrobił minę, jakby nagle odkrył coś ciekawego.

– On doprawdy jest dziwny. O, może zapisał tu jakieś galiańskie sekrety... Trzeba to sprawdzić.

– Czekaj... To tylko zwykły pamiętnik.

– Naprawdę? Zaraz się przekonamy!

Co za irytujący typ. - Bastian zacisnął pięść, jednak przed oczami stanął mu srebrny pierścień na jednym z palców. Obiecałem dziadkowi... Uspokój się i oceń na chłodno sytuację.

– Jeśli im dołożę, nie wyniknie z tego żadna afera?

Powinienem?

– Hiahiahia!

– Przestańcie, kretyni - wtrącił zimny, żeński głos, a chwilę później drobna dłoń uratowała książkę z rąk, wyraźnie tym zaskoczonych, ludzi z bandy Dicka.

– Czego chcesz, Archibald?!

– To ja was o to pytam, głąby kapuściane. Żeby odebrać komuś jego własność, trzeba być kompletnie pozbawionym moralności, intelektu oraz człowieczeństwa. Jesteście gorsi niż zwierzęta. Nie wstyd wam? - powiedziała.

Była to koleżanka z klasy Bastiana, również mająca szesnaście lat, Elise Archibald. Miała złote włosy aż do kolan z wpiętą w nie kokardką, a także ostre brwi oraz spojrzenie. Niebywale słodka, kiedy się uśmiechała, jednak rozdrażniona była porównywalna do odbezpieczonej broni. Dziewczyna o doskonałych manierach, piękna, wręcz idealna, gdyby nie płaska klatka piersiowa, która nie była wynikiem grubszych, zimowych mundurków.

– I? Wciąż nie wiecie, jak pokazać waszą wartość?

– Wrrr... Musisz posuwać się do tego?!

– Tak. Wciąż nie wyraziłam się jasno? W takim razie sama byłam głupia, sądząc, że jest dla was jakiś ratunek. W końcu sami nie dostrzegacie własnej głupoty.

– Ej, Archibald, mój ojciec jest politykiem! Markizem!

– Twój ojciec w rzeczy samej jest wspaniałym politykiem, jednak w kwestii wychowania całkowicie brak mu kompetencji. Spędził szesnaście lat na próbie wpojenia ci zdrowego rozsądku, jednak zawiódł sromotnie. Doprawdy żałosne.

– C-Co żeś powiedziała?!

– Jeżeli nie chcesz słyszeć takich słów, to nie przynoś hańby rodzinie i kontroluj swoje bezwstydne zachowanie.

– Jak śmiesz?!

Dick zacisnął pięść.

Podobnie odruchowo postąpił Bastian, zszokowany werbalnym atakiem Elisy, przy czym pierścień na jego palcu pękł.

Dziewczyna jednak w ogóle się nie bała.

– Co? Chcesz dopisać do swojego żałosnego życiorysu usunięcie ze szkoły? Doprawdy głupiec z ciebie. Jeśli chcesz mnie uderzyć, proszę. Ja skończę z obolałą twarzą przez jakiś czas, podczas gdy ty będziesz kulić się w kącie domu, popłakując, że świat nie kręci się wokół ciebie.

– On naprawdę to zrobi... - powiedział do siebie z niedowierzaniem Bastian.

Jeśli chociaż spróbuje, pierwszy poślę mu cios.

W tym momencie jeden z pozostałych chłopaków złapał Dicka za rękaw.

– Ej, Dick, chodźmy już. Kogo obchodzi ten galianin i ta dziewucha. Łowienie jest o wiele ciekawsze.

– Ech, trudno. Dzisiaj wam odpuszczę.

Kiedy wychodzili z klasy, dało się słyszeć głosy jego popleczników:

– Jakże wyjątkowo miłosiernie z twojej strony.

– Zostaniesz wspaniałą osobą.


================================================


Droga do internatu prowadziła obok muru pozostałego po ostatniej wojnie domowej, która miała miejsce kilkaset lat wcześniej.

Wśród wracających z zajęć uczniów byli Bastian oraz Elise.

– Dziękuję, ocaliłaś mnie.

– To nic takiego.

W prawej ręce dziewczyny znajdowała się książka, którą zabrała Dickowi.

– To potencjalne arcydzieło mogłoby zostać zniszczone przez tych kretynów.

– Więc to nie jest pamiętnik.

– To książka, którą piszę.

Elise zajrzała do środka i zaczęła czytać dzieło Bastiana.

– Tekst jest ledwie czytelny.

– He?! Będzie dobrze, przecież to zostanie wydrukowane.

W tamtych czasach drukarki składały się ze stempli liter oraz znaków. Ustawiano je w odpowiednich pozycjach, smarowano czarnym tuszem, a następnie odbijano na papierze.

Elise wzruszyła ramionami.

– Chciałabym zobaczyć, czy jakiś inżynier da radę odszyfrować te bazgroły. Przy okazji, masz tu błąd. Pisze się głupi, nie gupi. To wygląda strasznie slabo... Napisałeś tak celowo?

– O-Oczywiście!

– A jest jakiś powód, żeby zaczynać książkę od ponurych słów jak ciemność i śmierć?

– Każde arcydzieło musi wywrzeć odpowiednie wrażenie już na początku, nowicjusz tego nie pojmie.

– Ale żeby coś w ogóle uznać za literaturę, trzeba unikać podstawowych błędów jak powtarzanie słów w dwóch kolejnych linijkach.

– Naprawdę? - Bastian, niemający wcześniej pojęcia o takiej zasadzie, spojrzał na swoją książkę.

– Cóż. Nieważne, czy będzie to arcydzieło, czy zwykłe bazgroły, i tak można nazwać to pracą. O ile zostanie ukończona.

Muszę zacząć ją od nowa - pomyślał Bastian, a na głos powiedział: - R-Rozumiem, skończę ją. O, przeczytasz ją wtedy?

– Nie jestem najlepsza w pustych pochlebstwach.

– W porządku. Chcę, żebyś ją szczerze skrytykowała.

– Aha, rozumiem. Innymi słowy, jesteś masochistą?

Po tych słowach Elise odsunęła się od Bastiana.

Chłopak zaprzeczył, wymachując rękoma.

– Nie o to chodzi! Słuchanie, jak ktoś krytykuje twoją pracę, jest bolesne, ale ja chcę stworzyć arcydzieło, a twoja krytyka pozwoli mi się poprawić.

– Jesteś dziwny.

– Haha. Ty też.

Elise także była dziwna.

Bastianowi, uczniowi pochodzącemu z Belgarii, trudno było dogadać się z kolegami z klasy. Jedynie ta dziewczyna łatwo go zaakceptowała.

– Heh, rozumiem. To będzie twardy orzech do zgryzienia, aleprzeczytam całość. W końcu jestem częściowo za to odpowiedzialna.

– Obiecaj!

– Zrobię to, nawet gdyby oczy miały mi krwawić.

– Nie jest aż taka zła! Z pewnością poruszy cię do łez! Kiedyś w końcu stworzę prawdziwe arcydzieło.

– Wyznaczyłeś sobie ambitny cel.

– Huhuhu… Chcę stworzyć najwspanialszą książkę w historii! Wszystkie biblioteki na świecie będą ją posiadać, wszyscy ludzie będą się w niej zaczytywać!

– Tylko Biblia i jej podobne księgi mają takich fanatyków.

– W takim razie moim pierwszym celem będzie przebić Biblię!

– Najpierw… - Elise przerwała, robiąc zszokowaną minę.

Mam coś na twarzy? - pomyślał Bastian.

Dziewczyna westchnęła.

– O mój Boże, Bastianie!

– Zdałaś sobie sprawę, jak wspaniałe jest moje dzieło?

– O czym ty mówisz?! Byk na nas szarżuje!

– He?

Na teren szkoły, otoczony wysokimi ścianami, wdarł się duży, czerwony byk, pozostawiający za sobą tumany kurzu, oraz goniący go właściciel.

– Musimy uciekać!

– Nie. Jego właściciel też ma kłopoty. Nie dasz rady wdrapać się na ścianę, więc cofnij się trochę.

– Co ty mówisz? Przecież cię stratuje!

– Nic mi nie będzie.

– J-Jesteś głupi czy jak?!

– W każdym razie zostaw to mnie.

Byk zbliżał się coraz bardziej.

– Z bliska wygląda na większego, niż myślałem.

– Ty naprawdę jesteś głupi!

– O czym ty mówisz? Rozmawiasz z osobą, która popełni największe dzieło literackie w dziejach!

Haken no Kouki Altina - Volume 04 - 053.jpg

Bastian przyjął atak byka, łapiąc go za oba rogi zmierzające prosto w stronę jego klatki piersiowej. Normalni ludzie w starciu z tak potworną siłą byli równie bezsilni jak rozrywana kartka papieru. Jednak w tym przypadku nogi chłopaka zakopały się w ziemi, a byk jak biegł, tak nagle stanął w miejscu.

Bastian krzyknął:

– Bądź grzeczny i wracaj jeść swoją trawę!

Chłopak zaczął naciskać na rogi zwierzęcia, czemu towarzyszył głośny ryk byka.

– Torjaaa!

Bastian przyłożył więcej siły, przez co kopyta jego przeciwnika zaczęły się ślizgać do tyłu, a ziemia się zatrzęsła.

– Nie może być… - Elise cała zbladła.

Głowa byka została przyciśnięta do ziemi. Wielkie niczym kilkoro ludzi stworzenie leżało wycieńczone, nie mając kompletnie siły się podnieść.

– He, dawno nie robiłem nic podobnego. Aż dłonie mnie rozbolały.

– Chwila… Bastianie, jesteś ranny?

– Nie martw się, moje palce są całe. Mogę dalej tworzyć moje arcydzieło.

– Oczom nie wierzę. Gdybym tego nie zobaczyła… Wciąż trudno mi uwierzyć.

– Ty wciąż o tym? Ach, naprawdę przepraszam za błędy.

– Serio jesteś głupi.

W tym momencie podbiegł do nich właściciel byka.

– Naprawdę za to przepraszam! Nic ci się nie stało?

– Nic.

Elise pokręciła głową.

– Bogu dzięki. Miałbym ogromne kłopoty, gdyby któryś ze szlachciców ucierpiał. Ach, to maleństwo zaczęło uciekać po tym, jak użądliła go pszczoła. Na całe szczęście zatrzymał się, zanim doszło do tragedii.

– Cóż, taki tok myślenia jest jak najbardziej normalny. - Elise ponownie westchnęła.

Tak rzeczywiście było. Wszyscy uczniowie obserwujący zajście pomyśleli „jakie to szczęście, że byk się zatrzymał”.

Bastian przemilczał tę kwestię i zareagował dopiero, kiedy rolnik odciągnął już zwierza na parę metrów.

– Aaaa?!

W międzyczasie całe to zamieszanie przyciągnęło sporą grupkę gapiów.

– Uuu… Moje dzieło… - Kiedy Bastian podnosił swoją podeptaną przez byka książkę, po policzku spłynęły mu łzy.

– Ch-Chodziło ci o to?

– Co? Uprzedzając pytania, dopiero ćwiczę składanie autografu.

– Aaach, już nic.

– Że co?

– Naprawdę jesteś głupi, głupi ponad wszelkie pojęcie. Tak głupi, że nie ma dla ciebie już żadnej nadziei.

– Musiałaś powtarzać to trzy razy?! Mam dzisiaj wyjątkowego pecha. Najpierw dokuczają mi w klasie, potem byk tratuje moją książkę, a teraz w dodatku trzykrotnie nazwano mnie głupim…

– Być może to prawda… Fufu. – Elise zarumieniła się, spoglądając na Bastiana.


Następnego ranka Elise Archibald zniknęła ze szkoły, nie mówiąc nikomu ani słowa.


Prolog III: Czarna księżniczka i biały rycerz[edit]

Haken no Kouki Altina - Volume 04 - 059.jpg

– Egzekucja będzie odpowiednia.

W jednej z wież królewskiego zamku, Queen’s Tower, księżniczka Margaret Steelart przygotowywała się do wyjścia. Miała na sobie jedwabną suknię i mimo jedynie siedemnastu lat (w Wielkiej Brytanni pełnoletność osiągało się z ukończeniem osiemnastu) można ją było uznać za wspaniałą damę.

Jedna z otaczających ją półnagich służących masowała jej długie, zgrabne nogi, a druga czesała sięgające do pasa, czarne włosy.

W samym pokoju znajdowało się łóżko okryte skórą białego tygrysa, białe kolumny, okrągłe okna, zwisająca z sufitu flaga Wielkiej Brytanni oraz stojąca trzy kroki od księżniczki sofa, na której siedział mężczyzna odziany w wojskowy mundur.

– Jedynie egzekucja. Jakaś litościwa.

Był nie tylko wysoki, ale miał też długie kończyny, dobrze pasujące do jego stroju, siwe włosy oraz jasnoniebieskie oczy. Nazywał się Oswald Coulthard i pełnił rolę doradcy księżniczki, choć oficjalnie był jedynie jej strażnikiem. Dzięki jej pomocy już w wieku dwudziestu lat osiągnął stopień pułkownika, co biorąc pod uwagę, że był trzecim synem kupca, stanowiło wyjątkową rzadkość.

Margaret rzuciła mu spojrzenie.

– Ach, czyż to cię nie zadowala?

– Ależ skąd. Proszę wybaczyć okazanie tak grubiańskiego zachowania w obliczu waszej mądrej wysokości.

– Więc czemu nie wykonujesz rozkazu?

– Masz na myśli wymierzenie kary złodziejowi chleba?

– Tak. Ma zostać stracony.

– W takim razie wykonam rozkaz. Z drugiej strony nie mogę dopuścić, by twe piękne oczy ujrzały zwłoki... Jeśli jednak nigdy więcej nie pojawi się przed twym obliczem, gwarantuję, iż twoje uszy nigdy nie zostaną skalane jego imieniem.

– Oj, oj. Sugerujesz... Ach... Mam go wypuścić?

– Nie to miałem na myśli.

– Ach, rozumiem. To doprowadziłoby do krytyki typu „księżniczka musi być demonem wcielonym, skoro posłała na szubienicę za kradzież bochenka chleba”. Ciekawe, jak będą mnie znieważać. Już nie mogę się doczekać – powiedziała Margaret, radośnie się śmiejąc.

Oswald zachował kamienną twarz.

– Żyję jedynie po to, by ci służyć, księżniczko. Przysługi, jakiej mi udzieliłaś, nie jestem w stanie spłacić nawet moim życiem. Jak ktoś tak wspaniałomyślny miałby się przejmować prostym złodziejem chleba i opiniami poddanych?

– W rzeczy samej.

– Nie wykonam tego rozkazu z powodu twych pięknych nóg. Nie mogę pozwolić, by ujrzał je jakikolwiek inny mężczyzna.

– Och, jakiś ty zaborczy.

– Nie wstydzę się tego, gdyż twe nogi są cenniejsze niż jakikolwiek skarb na tym świecie.

– Fufu. Widzę, że wciąż w pochlebstwach nie masz sobie równych.

– To ty mi, pani, zbytnio schlebiasz.

Kiedy pokojówka przeszła do wmasowywania olejku w kolana księżniczki, ta uniosła krawędź sukni i rozchyliła nogi tak, że prawie można było zajrzeć pod jej ubranie.

– Zmęczyło mnie to, zostawię tę kwestię tobie. Porozmawiajmy o czymś ciekawszym.

– Rozumiem. – Oswald pozostał obojętny na zachowanie księżniczki.

W tym momencie zza drzwi dobiegło:

– Raport.

– Wejść. – Oswald nie zmienił swojego poważnego tonu.

– Proszę mi wybaczyć!

Do pokoju weszła kobieta o krótkich, czarnych włosach i w mundurze oficerskim, która prawie natychmiast zasalutowała, przykładając dwa palce do czoła. U jej lewego boku zwisał długi miecz, u prawego pistolet, a przy pasie dwa sztylety. Przez ramię miała przerzuconą strzelbę, do której amunicja znajdowała się w kieszeni na jej klatce piersiowej. Wygląd tej dziewczyny pasowałby raczej do pola bitwy, a nie pałacu, w którym się znajdowała. Nazywała się Glenda, była adiutantem Oswalda i jednocześnie porucznikiem, mimo że skończyła ledwie osiemnaście lat.

– Dostrzeżono szczura!

Nie miała na myśli gryzonia, lecz jednego ze szpiegów, których wysłał Oswald. To była jedna z takich wiadomości, które przekazywano jedynie w formie ustnej, by nie pozostawić po nich śladu.

Dziewczyna zasalutowała Margaret, wyszeptała treść informacji Oswaldowi do ucha, a następnie po ponownym salucie opuściła pokój.

Margaret westchnęła.

– Cóż za nudne dziecko. Użyłaby przynajmniej szminki. W końcu urodziła się szlachcianką.

Wielką Brytannią rządziła królowa, w armii także służyło wiele kobiet, chociaż rzadko kiedy wysyłano je na front, a szlachetnie urodzone, jak Glena będąca córką diuka, były całkowicie bezpieczne od tego losu.

Oswald nie odpowiedział księżniczce, dopóki nie upewnił się, że porucznik wyszła.

– Królowa wykonała swój krok.

Zadaniem szpiegów ukrytych w zamku było obserwowanie królowej Charlotte Steelart. Tron przejmowały zawsze kobiety... o ile nie pojawiały się akurat żadne komplikacje, jak wojna. Życie tutaj, w szczególności klas wyższych, charakteryzowało się o wiele większą stabilnością i dostatkiem niż w krajach rządzonych przez mężczyzn. Jednak jej wysokość miała już pięćdziesiąt lat i była chorowita, tak więc zbliżał się czas, by ogłosiła następczynię tronu. Sprawy nie ułatwiał fakt, iż król umarł za młodu podczas epidemii, nie zostawiając żadnego dziedzica.

Gdyby wszystko poszło gładko, władzę objęłaby córka młodszego brata królowej, Margaret Steelart. Oczywiście Oswald także by na tym zyskał.

Istniał jednak pewien problem.

Ojciec Margaret należał do frakcji chcącej podbić inne państwa przy użyciu nowych technologii. Zyskiwali coraz większe uznanie w parlamencie, wojsku oraz u poddanych, tak więc większość obywateli kraju była za wypowiedzeniem wojny.

Z drugiej strony leżała frakcja uważająca za najważniejsze pokój oraz ekonomię. Właśnie za nią opowiadała się królowa. Sprzeciwianie się pierwszej grupie było niewiarygodnie trudne, tak więc na tron najprawdopodobniej miała zostać wybrana osoba, która popiera jej poglądy i nie ugnie się przed frakcją "wojenną".

Dlatego właśnie Oswald kazał ją szpiegować.

Margaret, unosząc brzeg sukni jeszcze wyżej, spytała z udawanym zaciekawieniem:

– Chodziło o ciotkę?

Pokojówka zaczęła masować wewnętrzną część ud swojej pani.

– Ach – westchnęła Margaret, uśmiechając się uwodzicielsko.

Oswald jednak nie uległ, patrząc cały czas prosto w jej bursztynowe oczy.

– Królowa wezwała sześciu rycerzy z królewskiej straży.

– Och?

Chociaż księżniczka odpowiedziała kompletnie obojętnym tonem, ta informacja pobudziła Oswalda.

– Jeżeli sześciu zbrojnych zostaje wezwanych do komnaty królowej wraz z szambelanem, śmiem twierdzić, że zostało im przekazane imię następczyni tronu.

– Ach, niedobrze. Kogo wybrała ciotka?

– Gdyby to była wasza wysokość, posłaniec już by tutaj dotarł.

Znajdowali się w tym samym zamku, tylko w innej wieży niż królowa. Przebycie drogi między nimi, nawet okrężnej, nie zajęłoby więcej niż pół godziny.

– Właśnie, dziwne. Wyjątkowo dziwne. Czemu nie ma tu nikogo, chociaż wybrano mnie do korony? – powiedziała celowo Margaret.

Było oczywiste, że nie ją wytypowano, jednak nawet powaga sytuacji nie powstrzymała jej przed ironicznym żartem. Zresztą samo przygnębienie traktowała jako rozrywkę. Być może ze względu na jej pozycję, być może miała coś z głową, jednak bez wątpienia jej odpowiedź nie należała do normalnych.

Oswald wrócił do tematu.

– Podejrzewam, że udali się na wschód, w stronę Applewood.

– Rozumiem, rozumiem. W takim razie wybrała Liz.

Chodziło o jej kuzynkę i jednocześnie córkę młodszej siostry królowej, Elizabeth Victorię, która miała dopiero szesnaście lat.

Liz zajmowała niską pozycję w kolejce do tronu i była bardzo młoda, jednak jej temperament, osobowość, silne poczucie sprawiedliwości oraz pacyfizm bardzo przypominały cechy Charlotte.

– Księżniczka Elizabeth będzie uczyć się aż do lipca. Królowa musi poczekać do tego czasu, by ogłosić ją następczynią tronu, jednak ze względu na stan zdrowia już teraz podjęła decyzję.

– Ojej, ciocia jest chora, tak się martwię.

– Jesteś wyjątkowo troskliwa, pani. Jej wysokość by się niezmiernie ucieszyła, gdyby usłyszała te słowa.

– Bez wątpienia. I? Mam pogratulować Liz, kiedy otrzyma koronę?

– To nie będzie konieczne.

– Ach, szkoda, różowe róże bardziej do niej pasują.

– Rozumiem. Ale czy nie są zbyt jasne na wieniec?

– Naprawdę? W takim razie wybiorę inne kwiaty.

– Proszę, byś się trochę z tym wstrzymała.

– Ach, tylko mnie nie zanudź, Oswaldzie.

– Oczywiście.

Oczywistym było, że Margaret nie zostanie wybrana jako następczyni tronu, tak więc poczynili już wcześniej odpowiednie przygotowania. Powiadomili swoich ludzi w Applewood, aby żaden z wysłanych sześciu rycerzy ani towarzysząca im Elizabeth nie dotarli bezpiecznie do zamku.

Oswald zmienił temat na uliczne występy, a podczas rozmowy knuł dalsze plany, gdyż posadzenie Margaret na tronie było dla niego dopiero pierwszym krokiem. Przed oczami miał mapę świata, skoncentrowaną na Belgarii i sąsiadującym im krajom.


Rozdział 1: Księżniczka Elizabeth[edit]

W mglisty poranek do wrót żeńskiego internatu zapukali goście. Saint Edward Independent Academy otaczały stare mury, zniszczone podczas wojny i zachowane w kiepskim stanie, przez co zdarzało się, że były wykorzystywane przez bandytów, jednak zbóje oczywiście nie pukają... Na wszelki wypadek opiekunka internatu, wcześniej służąca w armii, chociaż dalej ubrana w odzież nocną, wzięła ze sobą długi miecz (nawiasem mówiąc, przekazywany w jej rodzinie od pokoleń).

Za drzwiami stało sześciu rycerzy w czarnych płaszczach zamiast w zwyczajowych czerwonych pelerynach.

– Przepraszamy za najście o tak wczesnej porze. Jesteśmy rycerzami jej królewskiej mości Charlotte.

– Co...?!

Opiekunka jako weteran wojenny potrafiła rozpoznać prawdziwych rycerzy po budowie ich ciała i sposobie mowy, dodatkową wskazówką był także wisiorek z herbem królewskim.

Jeden z przybyłych powiedział:

– Przebywa tutaj dziewczyna nazywająca się Elise Archibald?

– T-Tak.

Jedynie opiekunka znała prawdziwą tożsamość Elise, dlatego też domyśliła się, że chociaż ta wciąż była uczennicą, nadszedł czas, żeby wypełniła swoją rolę.

– Madame rozumie sytuację?

– Tak.

– W takim razie nie traćmy czasu. Proszę pokazać nam drogę do pokoju księżniczki Elizabeth Victorii.


Elise, czyli Elizabeth, która właśnie skończyła ścielić łóżko, usłyszała pukanie do drzwi. Chwilę później do środka weszło sześciu rycerzy i uklękło przed nią.

Oczywiście za drzwiami zgromadziły się inne uczennice zaciekawione sytuacją, ale szybko zostały przegnane ostrym spojrzeniem opiekunki. Wszystkie były w wieku, w którym wszystko wzbudzało ich ciekawość, zaś szkolne życie nie należało do ekscytujących, tak więc kilka z nich dalej podglądało przez drzwi. W związku z tym całego wydarzenia nie dało się zachować w tajemnicy, jednak rycerzom w ogóle to nie przeszkadzało.

– Księżniczko Elizabeth, proszę wybaczyć najście, ale to sprawa niecierpiąca zwłoki.

– Coś się stało jej wysokości?

– Naczelny lekarz stwierdził, że nie pozostało jej wiele czasu.

– Co?!

– Proszę pozwolić mi przekazać prezent od jej wysokości.

Elizabeth wzięła pudełko ozdobione szafirami, które podał jej rycerz. W środku znajdował się biały pierścień z wygrawerowanym herbem królewskim oraz złotą różą, symbolem władzy Wielkiej Brytanni.

– To znaczy... że zostałam... nową królową?

– Taka jest wola jej wysokości Charlotte.

Rycerze w milczeniu czekali na odpowiedź, jednak Elizabeth się wahała. Przyjęcie tego pierścienia oznaczało koniec normalnego życia. Nie pójdzie już do szkoły, a na jej barkach spocznie los całego państwa. Otrzyma wielki autorytet, okupiony jednak ceną wolności.

– To... mój obowiązek. Nie mam zamiaru przed nim uciekać.

Wzięła pierścień i nałożyła go na lewą rękę, jednak był za duży na jej palec i musiała go przytrzymywać, aby nie spadł.

– Chyba trochę nie pasuje.

– Aby oficjalnie objąć tron, musisz zostać zaakceptowana przez parlament, jednak zgodnie z tradycją od tej chwili, lady Elizabeth, jesteś już królową Wielkiej Brytanni.

Innymi słowy, prawnie nie objęła jeszcze władzy, ale właśnie została nową władczynią. Jako że rycerze szanowali tradycję, od razu zaczęli ją traktować jak panującą królową. Wyciągnęli miecze z pochw, a następnie czubkami ostrzy dotknęli podłogi.

– Co prawda, to nie zamek, a ceremonia odbywa się bez świadków... Ale jako rycerze na nasz honor przysięgamy wiernie służyć lady Elizabeth aż do śmierci.

Dziewczyna pokiwała głową.

– Doceniam to. Powierzam ten naród jak i siebie w wasze ręce.

– Będziemy was bronić choćby za cenę życia! – krzyknęli jednocześnie rycerze, kłaniając się, po czym schowali miecze.

Jeden z nich powiedział z poważną miną:

– Wiemy, że to nagłe, ale musisz jak najszybciej wrócić do zamku, lady Elizabeth.

– Żeby zobaczyć królową?

– W najlepszym wypadku.

Miny rycerzy zdradzały, w jak złym stanie znajdowała się obecna władczyni.

Zgodnie z prawem Wielkiej Brytanni żałoba po śmierci królowej trwała siedem dni, a okres ten nazywano Cichym Tygodniem. Po jej zakończeniu następował Świt Deklaracji, czyli czas, w którym parlament debatował, czy udzieli poparcia wybranej kandydatce do tronu.

– Innymi słowy, muszę wrócić przed Cichym Tygodniem? Sytuacja... jest aż tak poważna?

Rycerze sugestywnie zamilkli, co oznaczało, że naprawdę nie mieli ani chwili do stracenia.

Elizabeth rozejrzała się po pokoju. Stolik, przy którym się uczyła, mundurek wiszący na ścianie, jej torba... a przed oczami stanęła jej twarz pewnego chłopaka.

Przez chwilę panowała całkowita cisza.

W końcu Elizabeth uniosła głowę, już oczyszczoną ze zbędnych myśli, mówiąc:

– Musimy ruszać.

– Tak. Ludzie wysłani przez Margaret nawet nie zauważą, kiedy lady Elizabeth dotrze do zamku.

Rycerz klęczący z tyłu dodał z obrzydzeniem:

– Ci ludzie chcą cię obalić, lady Elizabeth.

Użyte przez niego słowa sugerowały, że starał się zapanować nad swoimi emocjami, ale mimo to inny zbrojny próbował go uciszyć.

Elizabeth skinęła głową.

– Innymi słowy, chcą mnie zabić?

– Nie dopuścimy do tego. Jeżeli ktoś spróbuje, nie okażemy najmniejszej litości. W normalnej sytuacji powinniśmy użyć królewskiej karocy, jednak podróż trwałaby pięć dni, więc przyjechaliśmy pociągiem, który dotarł do Applewood w ciągu jednego dnia.

– Jesteście rycerzami, a mimo to skorzystaliście z maszyny na parę?

Naprawdę zaskoczyli tym Elizabeth, w końcu straż królewska znana była z dochowywania nawet najmniejszych formalności.

Rycerz zrobił dumną minę.

– Ludzie wysłani przez Margaret oczekiwali, że użyjemy karocy. Powóz przygotowaliśmy dopiero na stacji w Applewood... Chociaż nie będzie do ciebie pasować, lady Elizabeth.

– Nie zostałam jeszcze wybrana przez parlament. Pożyczony powóz mi nie przeszkadza.

Zgodnie z tradycją nowa królowa musiała wjechać do miasta królewską karocą. Obecna sytuacja jednak to uniemożliwiała.

Elizabeth otworzyła swoją szafkę.

– Zaraz będę gotowa, poczekajcie chwilę.

Sześciu rycerzy zgodnie skłoniło głowy.


Jakiś czas później Elise, czy raczej królowa Elizabeth, wsiadła do powozu i wyruszyła w stronę stacji kolejowej w Applewood.

Za jej plecami rozbrzmiały dzwony na zegarze szkoły.


================================================


Bastian, walcząc ze snem, pokonał w końcu otoczoną wysokim murem drogę z jego internatu. Od razu po wejściu do klasy jego spojrzenie padło na ławkę Elise.

Dziwne, że jeszcze jej nie ma.

Zwykle przychodziła wcześnie rano, żeby się pouczyć albo posprzątać klasę, nawet wtedy, gdy nie miała dyżuru.

– Hmm. W sumie równie rzadko mam taki przypływ inspiracji jak wczoraj – mruknął do siebie, dotykając swojej torby. W środku znajdowała się jego książka, którą pisał przez całą noc. – No... No, szybciej, na pewno cię poruszy. – Chociaż powiedział to cicho, i tak ściągnął na siebie wzrok kolegów.

Elise jednak się nie pojawiła, a inne dziewczyny, wchodząc do sali, zaczynały między sobą szeptać.

Ponieważ Bastian nie miał za wielu przyjaciół, których mógłby spytać o obecną sytuację, wpadł w podły nastrój.

Jeśli chcesz coś zrobić, po prostu to zrób!

W końcu zebrał w sobie odwagę i podszedł do szepczących między sobą dziewczyn.

– Cześć, macie może chwilę?

– He? Ach, tak.

Odpowiedziały mi. Cudzoziemcy są ekstra!

Według etykiety panującej w belgariańskim pałacu nie wolno było przerywać rozmowy szlachcianek. Gdyby złamał tę zasadę, Belgarianki zbladłyby, a potem spaliłyby się ze wstydu z powodu niezręcznej ciszy.

Z niewiadomej przyczyny szlachcice bali się Bastiana.

W tej szkole coś takiego się nie wydarzy... Prawda? Tu chyba mogę sobie pozwolić na normalną rozmowę.

– Elise zachorowała?

– Cóż...

Dziewczyny zdumione pytaniem Bastiana spojrzały na siebie.

– O co chodzi? To coś, czego nie wolno mi powiedzieć?

– Nie tylko...

Twarz dziewczyny, która wypowiedziała te słowa, zaczęła okazywać strach.

Niedobrze...

W tej szkole starał się zachowywać obraz poważnego, jednak dobrego chłopaka.

– W porządku, nie masz się czego bać. Nie możecie mi tego powiedzieć?

– Chodzi o to, że... lady Elise...

– Lady Elise?

– Tak. To tak naprawdę Elizabeth Victoria!

Brzdęk! – komuś coś upadło, a cała sala wypełniła się szeptami.

Bastian skinął głową, mówiąc:

– No dobrze. Więc nie przyszła, bo się przeziębiła, tak?

– Nie zdziwiło cię to?! Czyżbyś wiedział o wszystkim?! W końcu byliście ze sobą blisko.

– Nie miałem o niczym pojęcia.

Koledzy rzucili mu pytające spojrzenia.

O nie! Brak zdziwienia po usłyszeniu, że koleżanka jest księżniczką, to wielki błąd.

– Aach, no tak, zaskoczyło mnie to!

– Dla Belgarianina rodzina królewska Brytanni nic nie znaczy. Hmph – rzuciła chłodno jego rozmówczyni. W dodatku wszyscy w klasie obrzucili go lodowatymi spojrzeniami.

– Nie o to chodzi.

Nie patrzę z góry na wasz kraj... Ale jak mam powiedzieć, że jesteśmy w podobnej sytuacji? Swoją drogą, sądzę, że teraz lepiej byśmy się dogadywali.

– Cóż, może i postępujesz niewłaściwie, ale nadal jesteś belgariańskim szlachcicem. Ech, lady Elise nie jest chora.

– Więc czemu nie przyszła?

– Przyjechali po nią rycerze, więc pewnie jest w drodze do pałacu. Prawdopodobnie zostanie naszą nową królową!

Dziewczyny nagle się podekscytowały, a w klasie zawrzało.

Uczęszczanie do tej samej klasy co królowa było wielkim zaszczytem, więc uczniowie zastanawiali się, czy odpowiednio ją traktowali. Dla przykładu Dick i jego banda aż zbledli z przerażenia, w końcu przez ich nękanie Bastiana często dochodziło między nimi a Elise do kłótni.

– Ach, chwila, czyli już nie pojawi się w szkole?

– O czym ty mówisz? Przestała być zwykłym obywatelem czy nawet szlachcianką! To królowa! Bardzo mało prawdopodobne, żeby wróciła do szkoły.

– Heee?! Żeby się z nią zobaczyć...

– Co to za brak szacunku?! Masz nazywać ją "królowa Elizabeth" albo "jej wysokość"!

– Serio? Że też została królową...

– Już nie żyjecie w tym samym świecie.

– Czyli jeśli ją spotkać, to tylko w ramach jakichś dyplomatycznych negocjacji? Muszę zostać teraz dyplomatą?!

– Dyplomatą Belgarii? Czyżbyś pochodził z jakiegoś wielkiego rodu? Sądziłam, że jesteś z domu diuka.

Diuk zajmował wysokie miejsce w rankingu społecznym, jednak wciąż nie na tyle, by reprezentować państwo. Właśnie dlatego Bastian użył tego tytułu w swojej fałszywej tożsamości.

Rozmowa z dziewczynami trochę go uspokoiła.

– Hmm. Nie, z domu hrabiego.

– Zapomnijmy o tym. Nie uważasz, że nawet diukowi trudno byłoby umówić audiencję z królową?

– No tak.

Prawdę mówiąc, chciał spotkać się z nią jako trzeci książę Belgarii.

Ale chyba nawet w roli dyplomaty musiałbym posiadać list napisany przez cesarza... Przecież to niemożliwe!

– Zaraz, powiedziałaś przed chwilą, że jest nową królową, prawda?

– Coś z tym nie tak?

– To znaczy, że jeszcze oficjalnie nią nie została, prawda?

– No tak. Królowa przejmuje tron dopiero po Świcie Deklaracji.

Chyba już o tym słyszałem. Po śmierci królowej zaczyna się tygodniowa żałoba nazywana Cichym Tygodniem. Ale lepiej o tym nie wspominać.

Nawet Bastian potrafił odczytać nastrój otoczenia.

– Innymi słowy, jeszcze nie objęła tronu, prawda? Dobrze. Czyli wciąż mam szansę jej to dać!

– C-Co?

– Muszę spotkać się z nią, zanim zostanie królową.

– Zapomnij. Chcesz przekazać jej jakąś wiadomość?

– Można tak powiedzieć.

Skoro już napisałem swoje dzieło, to chyba oczywiste, że chcę jej je dać.

Dziewczyny się zarumieniły.

– Heeeee! Miłość przekraczająca status społeczny! W dodatku granice!

– Ale to nie taka opowieść...

Książka Bastiana nosiła tytuł „W mojej prawej ręce drzemie magia, tłukę nią demony”.

Dziewczyny kiwały energicznie głowami, a oczy im błyszczały, jakby ujrzały coś pięknego.

– Nie szkodzi! Nie musisz się wstydzić! Będziemy cię wspierać!

– Dobrze...

Chyba coś źle zrozumiały... No ale lepsze to niż pogarda. Wciąż jednak muszę dowiedzieć się, jak znaleźć Elise.

– To gdzie jest Elise? Pojechała do zamku karocą?

Dziewczyny się skrzywiły.

– Lady Elizabeth, nie Elise. Użyli wozu, więc pewnie jadą jedynie do stacji w Applewood. Wyruszyli tuż przed tym, jak wyszłyśmy do szkoły, więc pewnie wciąż są w drodze.

Zegar na ścianie nie pokazywał precyzyjnie czasu, więc Bastian wyjął z kieszeni swój kieszonkowy zegarek.

– Zostało pół godziny. Ciekawe, czy wozem dam radę dojechać na czas.

– Hmm, jeśli doliczyć czekanie na pociąg, powinieneś zdążyć.

Ale jeśli przyjedzie o czasie, nie będę mieć szansy jej zobaczyć.

Bastian wziął głęboki oddech.

– Ostatnio się leniłem, nie mam pojęcia, czy dam radę... Ale jeśli dam z siebie wszystko, powinienem dogonić ją w połowie drogi.

– Co?

– No więc odpuszczam dziś lekcje. Poinformowanie o tym nauczycieli zostawiam wam, dzięki.

Bastian wziął swoją torbę i wybiegł z klasy.

Wśród uczniów aż zawrzało. Dziewczyny, z którymi rozmawiał Bastian, oczywiście źle zrozumiały jego zachowanie i zaczęły machać chusteczkami, aby dodać mu odwagi.

Skoro nie jest jeszcze królową, to mam szansę przekazać jej książkę osobiście. Znając ją, raczej nie usłyszę od razu "dziękuję", ale na pewno wyśle mi podziękowania później.

Bastian, niemający pojęcia, jak wyglądała polityczna sytuacja Wielkiej Brytanni, wybiegł ze szkoły i ruszył z pełną prędkością przed siebie.

Pierś mnie boli.

Torba przeszkadzała mu w biegu, więc wyjął z niej książkę, a resztę odrzucił gdzieś na bok. Swoje arcydzieło włożył za pas, a potem zacisnął mocniej rzemień, aby nie wypadło. Szkolne buty, które miał na sobie, nie były już w najlepszym stanie. Nie chodziło o to, że wykonano je z kiepskiego materiału. Po prostu żadne obuwie nie zostało stworzone z myślą o kimś, kto potrafi biec szybciej niż galopujący koń.


================================================


Przywódca rycerzy zwał się Graham. Był najstarszym synem rodu służącego brytańskiej rodzinie królewskiej od pierwszego pokolenia. Całe życie trenował szermierkę, dumny z dokonań swojej rodziny. Podczas tej misji pozostawał stale gotowy, by zasłonić królową własnym ciałem.

Co prawda, prawo i technologia zmieniły życie ludzi, ale rycerze cenili sobie tradycję. W tym jednak wypadku królewska karoca pełniła jedynie rolę przynęty, a nowa władczyni podróżowała prostym, zielonym powozem. Chronili ją odziani w czarne płaszcze rycerze, którzy mimo świadomości , iż istnieje wysokie ryzyko utraty życia, zdecydowali się podjąć tego zadania.

Gdyby wszystko poszło według planu Grahama, on i jego towarzysze bezpiecznie zabraliby księżniczkę Elizabeth na stację kolejową, a ich podwładni odciągnęliby uwagę zamachowców. Rozważał też wojskową eskortę do samego zamku, jednak w końcu odrzucił ten pomysł, nie chcąc zostawiać umierającej ustępującej królowej bez ochrony. Poza tym im więcej ludzi brałoby udział w operacji, tym dłużej trwałyby przygotowania, a to właśnie czas był ich największym wrogiem.

Dalej jestem trochę niespokojny... Ale jak na razie wszystko idzie dobrze.

Saint Edward Independent Academy znajdowała się za lasem we wschodniej, rolniczej części państwa. Prowadzące tam drogi były zapuszczone i brakowało przy nich punktów postojowych, tak więc nie mając innego wyjścia, musieli jechać bezpośrednio na stację. Z tego też powodu do powozu wybrali dwa małe, ale za to szybkie i wytrzymałe konie.

Sześciu wojaków otaczało ich pojazd, a Graham oraz drugi rycerz siedzieli wewnątrz naprzeciwko Elizabeth. Obok niej zajmował miejsce właściciel powozu.

Od wyjazdu z akademii księżniczka nie odezwała się ani słowem.

– ...

– Jesteś pani w złym nastroju? – spytał Graham.

Elizabeth pokręciła głową, mówiąc:

– Nie. Chociaż odrobinę się denerwuję... No i złożyłam pewną obietnicę, więc trochę żałuję tak nagłego wyjazdu.

– Obiecałaś coś komuś z klasy?

– Tak, ale to zwykła, dziecinna obietnica. Powinien to zrozumieć.

– To oczywiste.

Graham skinął głową, nie drążąc dalej tematu.

Pewnie chodzi o chłopaka. – Słysząc, jak ta młoda, piękna księżniczka mówi o kimś przeciwnej płci, rycerz poczuł ukłucie w sercu. Nie mnie się tym przejmować. Lady Elizabeth jest inteligentna, nie będzie mieszać spraw osobistych z pracą. Teraz ma losy całego narodu na głowie. – Mimo tych myśli Graham westchnął.

Elizabeth spojrzała na niego pytająco.

– Hmm?

– Najmocniej przepraszam – rzucił pospiesznie, wyglądając przez okno, za którym roztaczał się las.

Droga przed nimi była zaniedbana, a w dodatku pełna kałuż po zeszłonocnym deszczu.

Tym razem to Elizabeth przerwała ciszę.

– Sir, napisał pan coś kiedyś?

– Książkę? Nie, spod mojej ręki wychodziły jedynie raporty.

– To normalne.

– Wasza wysokość coś napisała?

– Nie. Nigdy nie myślałam, żeby zostawić po sobie jakąś opowieść.

Graham zamilkł, ponownie nie drążąc dalej. Elizabeth wydawała się wrażliwa, podobnie jak inne dziewczyny w jej wieku.

Co prawda, ta cecha czyni młode panny atrakcyjniejszymi, ale władczyni państwa nie przystoi. Jednak nie powinno to stanowić problemu. Po przejęciu tronu takie przyziemne zachcianki odejdą bez śladu. Jest jak motyl opuszczający kokon, gdzieś pomiędzy dwoma różnymi światami.

Nagle rozległ się odgłos wystrzałów, a chwilę później słowa innego rycerza mało nie przyprawiły Grahama o zawał serca.

– Woźnica nie żyje!

Powóz Elizabeth miał tylko jedną parę drzwi, a miejsce woźnicy znajdowało się poza wnętrzem. Nie mogli ryzykować wyjścia na zewnątrz, więc Graham, chwytając miecz, krzyknął do jednego z eskortujących ich rycerzy:

– Prowadź konie! Nie zatrzymywać się aż do głównej drogi!

Co jest?!

Inny z rycerzy, podskakujący wewnątrz powozu, spytał:

– Pułapka?

– Jeśli tak, to bandyci. Nie ma szans, żeby ludzie Margaret nas znaleźli!

– Nie jedziemy trochę za szybko?

Drżenie powozu stawało się coraz silniejsze, co oznaczało, że konie przyspieszały. Droga przez las często skręcała, nie mieli pewności, czy uda im się wyjść na miejsce woźnicy, a w dodatku pokonanie tej trasy ciężkim powozem przy tak wysokiej prędkości zakrawało o cud. Trudno też było zapanować nad wystraszonymi końmi, a jechali już tak szybko, że pojazd przechylał się na boki.

– Lady Elizabeth, proszę uważaaa...!

– Hiiaaa!

Graham błyskawicznie objął siedzącą przed nim dziewczynę. Po chwili poczuł silne uderzenie i na moment stracił skupienie, jednak czuł kolejne wstrząsy. Kiedy otworzył oczy, nie mając pojęcia, ile czasu minęło, upewnił się, czy księżniczka wciąż jest w jego rękach.

– Lady Elizabeth, nic ci się nie stało?!

– Jestem cała.

– Co za ulga. Możesz się ruszyć?

– Prawdopodobnie.

Powóz się przewrócił. Drugi z rycerzy nie miał tyle szczęścia, leżał z głową wykręconą do tyłu, więc przy uderzeniu skręciło mu kark. Nie mieli jednak czasu nawet zmówić za niego modlitwy.

– Lady Elizabeth, musimy się stąd wydostać.

Graham spojrzał w stronę drzwi i otworzył je silnym kopnięciem.

Wrogowie jeszcze nas nie dogonili. Powóz wywrócił się przez zbyt wysoką prędkość, więc wciąż powinniśmy mieć nad nimi przewagę.

– Lady Elizabeth, proszę pojechać na koniu z jednym z rycerzy! Nie będzie ci wygodnie, ale z wymierzeniem kary proszę poczekać na dotarcie do stolicy.

– Co sir planuje zrobić?

– Dogonię was później.

Graham wyniósł księżniczkę z powozu.

Nie wiemy nawet, z kim walczymy. Jeśli to bandyci, dam radę ich zatrzymać na jakiś czas, ale jeżeli...

– Jeżeli to bandyci, nie ma szans, bym z nimi przegrał, nieważne, ilu by ich nie było.

– To na pewno tylko zbóje?

– Prawdopodobnie.

Graham miał zbyt mało informacji, nie widział nawet cienia ich przeciwnika. Gdyby był jednym z rycerzy jadących na zewnątrz, może mógłby dokonać lepszego osądu.

Po wyjściu z powozu rozejrzał się po okolicy.

Zobaczył martwe konie, a także rycerzy w czarnych strojach. Jego bracia, strażnicy królewscy, leżeli martwi.

– C-Co się stało?!

– Czyżby zostali zabici? – spytała drżącym głosem Elizabeth.

Panowały niespokojne czasy, jednak Elise była zwykłą dziewczyną uczęszczającą do akademii dla dzieci szlachty. Po raz pierwszy zobaczyła, jak ktoś umiera podczas walki, nic więc dziwnego, że czuła się zszokowana.

Graham miał doświadczenie bitewne, jednak od lat nie walczył na froncie. Teraz jego przyjaciele, którzy podążali razem z nim tą samą drogą, leżeli martwi, więc i on nie mógł zapanować nad swoimi emocjami.

Ich przeciwnik był na tyle silny, że mógł pokonać elitarną straż królewską.

Od strony, z której jechali, dobiegł tupot kroków całego oddziału. Wrogowie mieli ze sobą piki, strzelby oraz lekkie zbroje armii Wielkiej Brytanni. Prowadził ich mężczyzna w niebieskim mundurze z medalami na piersi, zapewne dowódca tej formacji.

– Z jakiej jednostki jesteście, śmiecie?! Jak śmiecie atakować straż królewską?!

– Kukuku. Straż królewska wykorzystująca używany powóz, w dodatku przebrana w czarne płaszcze. Twoi przodkowie przewracają się w grobach.

– Jak śmiesz celować we mnie, wiedząc, że chronię jej królewską mość... i jeszcze obrażać moich przodków!

– To dla dobra kraju.

Graham z mieczem w ręku zasłonił swoim ciałem Elizabeth.

Za nimi leżał powóz oraz roztaczał się las, a jakieś trzydzieści stóp z przodu stało trzystu żołnierzy gotowych otworzyć ogień w każdej chwili. Nie była to duża liczba, jednak ze straży królewskiej pozostał tylko Graham, a ucieczka i jednocześnie dalsza eskorta Elizabeth okazałaby się wyjątkowo trudna.

Pot spłynął po czole rycerza.

– Sir, także jesteś dowódcą oddziału Wielkiej Brytanni. Ta osoba tutaj to lady Elizabeth, następczyni tronu wybrana przez jej wysokość Charlotte. Masz zamiar ją zabić własnymi rękami?

– Królowa pacyfistka jedynie hamuje rozwój kraju. Skoro tego nie dostrzegasz, to znaczy, że straż królewska trochę przyrdzewiała.

– Ty gnoju...

Najwyraźniej nie obchodziło go, kim był Graham ani że Elizabeth została wybrana na królową. Kiedy mężczyzna wycelował w rycerza, ten powiedział spokojnie:

– Lady Elizabeth, proszę uciekać. Kupię ci trochę czasu.

– Co?! Chcesz się poświęcić?

– Nie tak miał wyglądać plan... ale nie jestem zbyt bystry. Musieli przejrzeć naszą przynętę.

– Dlaczego właściwie...

– To chyba zasługa doradcy księżniczki Margaret, Oswalda Coultharda. Podobno jest wyjątkowo przenikliwy.

Dlatego właśnie podjęto taką, a nie inną decyzję.

Po przemyśleniu wszystkiego zwolennicy królowej doszli do wniosku, że mobilizacja armii, żeby odebrać Elizabeth, nie wchodziła w grę, bo skończyliby ją dopiero po śmierci królowej. Wysłano zatem mały oddział straży królewskiej. Graham nie miał pojęcia, jakim sposobem ich przejrzano, jednak niezaprzeczalnym faktem było, że przygotowano tu na nich pułapkę.

Sytuacja nie malowała się różowo, jednak dopóki księżniczka żyła, wciąż istniała szansa, że da radę uciec.

– Proszę uciekać! Jeśli tu zostaniesz, nie będę w stanie walczyć!

– Nie pozwalam ci umrzeć!

– Oczywiście. Dogonię waszą wysokość później!

To było oczywiste kłamstwo.

Kiedy Elizabeth się oddaliła, Graham uniósł miecz, przyjmując pozycję do walki.

Jednak w jego stronę były wycelowane strzelby, które wystrzeliłyby, gdyby tylko się ruszył. Dookoła leżały ciała jego towarzyszy. Wiedział, że niedługo spotka go taki sam los, żałował jednak, iż nie dał rady odeskortować przyszłej królowej w bezpieczne miejsce.

Po jego policzku spłynęła łza.

Boże, czemuś mnie opuścił?

Wyposażony jedynie w miecz, srebrną zbroję, stalową tarczę oraz mały pistolet trwał w pozycji bojowej, osłaniając uciekającą księżniczkę.

Wrogi dowódca uniósł rękę, a następnie opuścił ją z krzykiem:

– Ognia!

Po lesie rozniosło się echo wystrzałów.


================================================


Elizabeth nie spodziewała się, że coś takiego może się wydarzyć, jednak nie chcąc sprawiać rycerzom kłopotów, założyła skórzane buty. Dzięki temu mogła biec w stronę lasu bez żadnych problemów – w ceremonialnym obuwiu byłoby to niemożliwe. Miała jednak dopiero szesnaście lat, więc wytrenowany żołnierze, nawet w pełnej zbroi i z bronią, nie powinni mieć kłopotów z dogonieniem jej. W końcu dotarły do niej odgłosy kroków, a że przeciwników było trzystu, ukrycie się stanowiłoby nie lada wyzwanie.

Ktoś wystrzelił w stronę Elizabeth.

Widzą mnie?

Po wystrzale w tamtym miejscu zebrała się grupka żołnierzy. Jeden z nich ze śmiechem rzucił:

– Znalazłem cię.

Przypominało to polowanie na lisa. Elizabeth już wcześniej nienawidziła tego sportu, ale teraz przysięgła sobie, że jeżeli z tego wyjdzie, nigdy w życiu nie weźmie w czymś takim udziału.

Padł kolejny strzał.

Dziewczyna poczuła ciepło na ramieniu.

– Oooch!

Potknęła się. Nie ze względu na ranę, która była tylko draśnięciem, ale to nogi odmówiły jej posłuszeństwa ze strachu. Upadła na gałęzie, robiąc spory hałas i raniąc sobie przy tym mały palec.

– Zrobione! – krzyknęli żołnierze.

W-Wciąż mogę się ruszać. Trzeba uciekać. Ale co dalej... Jeśli pobiegnę dalej, znowu zaczną strzelać i następnym razem mogą trafić. Strzał w głowę będzie bezbolesny, ale jeżeli kula przeszyje nogę albo talię, czeka mnie bolesny koniec...

– Uuu...

Nieważne, to i tak mój limit. Grahamie, który dałeś mi szansę na ucieczkę, rycerze, którzy zginęliście w powozie, naprawdę przepraszam. Zapewne zawiodłam także królową. Wybrała mnie, a ja ginę w takim miejscu. W dodatku jeśli tron obejmie Margaret, z pewnością dojdzie do wojny.

Chociaż Elizabeth rozmawiała z nią jedynie kilka razy, przed oczami stanął jej obraz Margaret mówiącej:

– Polityka mnie nie obchodzi, chyba że pojawi się w niej coś interesującego.

Wiedziała też, że coraz więcej obywateli, i to nie tylko mężczyzn, popiera wypowiedzenie wojny. Było jej szkoda tych wszystkich ludzi, których nie da rady obronić, przez co rodziny stracą ojców, mężów czy braci.

Popierający konflikt nigdy nie doświadczyli tego, co ona – żołnierzy używających broni palnej do odbierania życia. Gdyby na własne oczy zobaczyli tę tragedię, może zrozumieliby całe to okrucieństwo i ponownie przemyśleli decyzję o wypowiedzeniu wojny.

Tupot kroków stawał się coraz silniejszy. W końcu Elise usłyszała rozmowę żołnierzy.

– To ja ją trafiłem!

– Nie, bo ja!

– Bzdura! To ja ją zatrzymałem!

– Jeśli rozmawiacie o tym, kto ją trafił, przykro mi, ale to moja sprawka.

Traktowali polowanie jak zabawę. Zdawali sobie w ogóle sprawę, że ich cel wciąż żyje i może działać?

W końcu, tropiąc ślady krwi, znaleźli Elizabeth.

Ich oczy spotkały się ze wzrokiem księżniczki.

– Wciąż żyje – ktoś krzyknął.

Wszyscy nagle się ożywili, a ich krzyk radości przypominał ryk bestii.

Kiedy gotowali się do ataku, Elizabeth przysięgła sobie, że zachowa świadomość do ostatniej chwili.

Bała się.

Była tak przerażona, że zapomniała nawet, jak zmówić modlitwę.

Zamknęła oczy.

I wtedy usłyszała znajomy głos.

– Elise!

Z lasu wybiegł chłopak, pokonał żołnierzy uzbrojonych w strzelby, a następnie podniósł i mocno objął leżącą bezradnie na ziemi Elizabeth.

Haken no Kouki Altina - Volume 04 - 053.jpg

Ponownie rozległ się huk wystrzałów.

Chłopak skoczył przed siebie. Miejsce, w którym znajdował się chwilę wcześniej, zostało przeorane pociskami. Sprawiał wrażenie jelenia w naturalnym środowisku, błyskawicznie przemieszczając się pomiędzy drzewami, mimo że na rękach niósł drugą osobę.

W końcu powiedział z uśmiechem na twarzy:

– Głupia! Nie powiedziałem ci, żebyś krzykiem kontrowała żądzę krwi przeciwników?!

– T-Ty... chyba mam zwidy...

– Ugryzłaś się w język, Elise?

Chłopak, którego miała już nigdy więcej nie zobaczyć, przybliżył do niej swoją twarz.

– Bastian!

– Tak?

– D-Dlaczego tutaj jesteś?

– Obietnica – odpowiedział z kamienną twarzą.

Pędził jak wichura, albo raczej jak rozpędzony pociąg, a tupot jego kroków przypominał tętent końskich kopyt.

– Obie... tnica?

– Obiecałaś, że przeczytasz moją książkę! Skończyłem ją!

– Jesteś głupi?

– Oszukałaś mnie?

– Nie. Nie okłamałam cię, ale... Ale... Żeby prześcignąć powóz...

Już nie mówiąc o tym, że ocalił ją przed żołnierzami.

Bastian zmarszczył czoło.

– Miałem zamiar cię wyprzedzić i dać ci to, zanim dojedziesz na stację. W końcu, znając cię, wysłałabyś mi swoją opinię listownie.

– To chyba oczywiste...

– W takim razie dobrze zrobiłem... no ale zobaczyłem padłe konie, martwych rycerzy i przewrócony powóz.

– ...

Serce Elizabeth przyspieszyło na samą myśl o martwym woźnicy i rycerzach.

Bastian przywykł do widoku martwych ludzi? Wydaje się niewzruszony.

– Sądząc po strojach, to zapewne członkowie straży królewskiej, jednak nigdzie nie mogłem znaleźć twojego ciała. Dopiero po chwili od strony lasu usłyszałem hałas, więc pomyślałem, że cię ścigają.

– Zwykle ludzie by uciekli, wyczuwając takie niebezpieczeństwo...

– Jesteś głupia, Elise.

– He?

– Wtedy nie mogłabyś przeczytać mojego arcydzieła. Spędziłem nad nim caluśką noc.

– ...Sam jesteś głupi.

– Co?

– Naprawdę... głupi.

Elizabeth się rozpłakała.

– He? Eee... Elizabeth, czemu płaczesz?! Coś cię boli?! Jesteś ranna?!

Dziewczyna, kręcąc głową, wytarła łzy palcami.

– Nie. Nic mi nie jest.

Z jednej strony opłakiwała ludzi, którzy zginęli, a z drugiej była wdzięczna za ratunek. W końcu smutek, rozpacz i wyrzuty sumienia wezbrały w niej do tego stopnia, że dała im wszystkim ujście w jednej chwili.

– Oszczędź mnie. Ja wiem, że moje dzieło chwyta za serce, ale żeby poruszyć się do łez jeszcze przed jego przeczytaniem...

– Głupek.

Bastian, pędząc szybciej niż jakikolwiek koń, wybiegł z lasu.


Rozdział 2: Cichy Tydzień[edit]

– Co takiego? – spytał słaby, kobiecy głos.

Oswald Coulthard, pochylając głowę, powtórzył takim samym tonem głosu jak za pierwszym razem:

– Wasza wysokość, księżniczka Elizabeth Victoria podczas swojej podróży z Saint Edward Independent Academy miała wypadek i zaginęła.

Królowa zbladła jeszcze bardziej, co podkreślał dodatkowo jej czerwony strój oraz złota korona. Jej twarz była pomarszczona, jednak przez chorobę wyglądała na o wiele starszą niż te pięćdziesiąt lat, które miała na karku, przez co także berło w jej dłoni przypominało bardziej zwykłą, ozdobną laskę niż symbol władzy.

– Nie może być. Co ze strażą królewską? – spytała drżącym głosem.

– Przykro mi poinformować, ale polegli podczas służby.

– Zostali zaatakowani w tym samym czasie, w którym zaginęła księżniczka. To na pewno był zwykły wypadek? – drążyła podejrzliwym głosem królowa.

Wyraz twarzy Oswalda jednak się nie zmienił, wciąż miał przyklejony uśmiech, zupełnie jakby nosił maskę.

- Tak. Bardzo niefortunny wypadek. W ramach treningu wysłałem zwykłych strażników, by odzyskali ich ciała. Wielka szkoda, ale to zapewne kwestia czasu, nim znajdziemy ciało jej wysokości Elizabeth.

Służący stojący przy królowej krzyknął:

– Bezczelność!

Zamilkł jednak równie szybko, jak podniósł głos, ponieważ dwaj w pełni uzbrojeni rycerze stojący przy Oswaldzie sięgnęli ku broni.

– Proszę wybaczyć, jeśli me słowa zabrzmiały nieuprzejmie, taka jednak jest prawda – powiedział chłodno Oswald.

Królowa zaczęła drżeć.

– Uuuuch, czemu do tego doszło?

Miała słaby, nieregularny oddech, niczym lekki podmuch powietrza wpadający przez drzwi.

– Niedobrze! Doktor! Wezwać doktora!

Lekarze stali w pogotowiu tuż za drzwiami sali audiencyjnej, tak więc siedmiu medyków pojawiło się natychmiast po podniesieniu krzyku.

Królowa, której udzielano pomocy, z oczami wyglądającymi jak zza mgły, powiedziała cicho:

– Margaret... ty szalona idiotko... Chcesz doprowadzić ten kraj do wojny?

Oswald odpowiedział po chwili milczenia.

– Ach, jeśli chodzi o cel wojny, jest tylko jeden. Kraj ją rozpoczyna, by coś osiągnąć. Naród to zbiór powiązanych ze sobą ludzi. Aby przetrwać, potrzebuje rozwoju ekonomicznego. Innymi słowy, celem wojny jest zysk, wasza wysokość.

– Łajdak... Diabeł! Moi poddani mają ginąć, bo chcecie więcej pieniędzy?!

– Ludzie żyją mniej więcej sto lat. Tak więc to żadna strata, jeśli zginą wcześniej. Uczynienie kraju bogatym nie jest honorem dla jego patriotów?

– Sofistyka! Tak bardzo chcesz pieniędzy? Zdobyłeś tytuł szlachecki i pozycję w armii w tak młodym wieku. Powinno ci to wystarczyć... ale... czemu wciąż chcesz pieniędzy?

– Twe słowa mi schlebiają. Służba tak hojnemu władcy to dla mnie zaszczyt.

– Więc... czemu?

– Osoba szlachetnie urodzona tego nie pojmie. W rzeczy samej, zyskałem status i bogactwo, a mimo to pragnę więcej. Tacy po prostu są ludzie.

Królowa złapała się za pierś.

– Niech cię! Ugggg...

– Wasza wysokość! Proszę już nic nie mówić!

Władczyni jednak odtrąciła medyka na bok, zbierając resztę sił do krzyku:

– Takiego chciwca czeka boska kara! Żebyś sczezł w piekle!

– Doprawdy? Moje pragnienia są pospolite w narodzie jak kamienie na bruku... To byłby wielki honor, gdyby Bóg je dostrzegł – odpowiedział Oswald tonem, jakby się modlił.

Królowa chwyciła się za serce, gubiąc spojrzenie.

Oswald, nie zważając na desperackie krzyki medyków, ukłonił się i opuścił salę audiencyjną.

W korytarzu, na czerwonym dywanie pomiędzy kolumnami, czekała na niego ciemnowłosa dziewczyna w jedwabnej sukni.

– Szybko się uwinąłeś. Skończyłeś już rozmowę z ciotką? – spytała Margaret.

– Cóż za zaszczyt, że zostałem powitany przez samą księżniczkę Margaret. Twój wierny sługa zaraz straci przytomność z tego wielkiego honoru, jakiego dostąpił.

– To byłoby kłopotliwe. Zanim zemdlejesz, zdaj raport, Oswaldzie.

– Ma pani, to miejsce nie jest odpowiednie na taką rozmowę. Może przejdziemy na pobliski balkon?

– To dopiero kłopotliwe.

Zapadł już wieczór, tak więc balkon wychodzący ku podwórzu, na którym stał stół oraz dwa krzesła, był skąpany w ciepłym świetle.

Księżniczka usiadła, krzyżując nogi, przez co odsłoniła piękne uda. Oswald zajął miejsce za nią, trzymając ręce za plecami, towarzyszący mu rycerze stanęli za drzwiami, pilnując wejścia, a pokojówka Margaret zaczęła przygotowywać herbatę.

Oswald ukłonił się, mówiąc:

– Audiencja u jej wysokości... Jako jej lojalny sługa splamiłem swe imię.

– Ojej, coś poszło nie tak?

– Musiałem ją sprowokować. Nie przewidziałem, że księżniczka Elizabeth ucieknie dowódcy garnizonu Applewood. Planowałem sprezentować jej ciało królowej i już to zakończyć.

– Racja. Znając ją, pewnie cię wypytywała.

– Najmocniej przepraszam.

– Liz jest bezpieczna?

– Ocalił ją jakiś chłopak i razem uciekli w stronę gór.

– Ach, czyli wróci do stolicy. Nie mogę się już doczekać. Prezentem będzie więc ciasto z Applewood. O tej porze roku nie powinno się zepsuć tak szybko.

– Tutaj? Ale wielu żołnierzy podziela moje ideały, a pośród nich znajdą się nawet tacy, którzy wiedzieli o próbie zamachu na księżniczkę Elizabeth.

– Nie szkodzi. Jeżeli się nie pojawi, zostanę królową i zacznę wojnę, czyż nie?

– Będzie próbowała tu dotrzeć tylko po to, by zatrzymać rozlew krwi?

– Tak. Liz jest do bólu dobrą osobą. Przygotuję dla niej tartę. Nie lubi truskawkowej, bo jest zarazem słodka i gorzka. Hehehe.

– Doprawdy?

– Już nie mogę się doczekać. Nie może się pospieszyć? Będę na nią czekać z truskawkową tartą.

– Jakże szlachetnie z twojej strony.

Oswald miał przygotowany bardziej diabelski plan.

Jego oddziały przeszukiwały góry i pobliskie wioski, żeby znaleźć Elizabeth, przywieźć ją królowej i w końcu zadać jej ostateczny cios. Gdyby księżniczka wróciła, jego plan znacznie by się skomplikował. Zaczął brać pod uwagę wysłanie żołnierzy do Applewood, żeby obserwowali główną drogę. Gdyby znaleźli tam Elizabeth, jej wizerunek bardzo bystrej dziewczyny z pewnością ległby w gruzach.

Maraget, podnosząc kubek herbaty, powiedziała:

– To mi przypomniało, że podobno straż królewska przygotowała fortel.

– Tak. Królewska karoca chroniona przez rycerzy była jedynie przynętą.

– Interesujące. Jak się połapałeś?

– To proste. Nawet jeżeli pięciu królewskich gwardzistów było lojalnych jak skała, ich podwładni to tylko ludzie, a pieniądzom trudno odmówić.

– Czyli ich przekupiłeś.

– Proszę o wybaczenie, jeżeli moja metoda okazała się dla ciebie zbyt nudna. Graham był bardzo lojalny, nie znalazłem żadnej słabości, którą mógłbym wykorzystać.

– Ufufu... A więc co z twoją lojalnością? – Księżniczka rzuciła mu prowokacyjne spojrzenie, jednocześnie unosząc nogi, żeby odsłonić jeszcze więcej ciała.

– Jeżeli chodzi o moją kochaną księżniczkę... Me oddanie przekroczyło już granicę zwykłej lojalności. Me myśli są oddane twej sprawie, a życie podporządkowane twojemu szczęściu. Cały sens mego życia w tobie, pani.

– Naprawdę? Cóż, Oswaldzie...

– Proszę.

– Mam teraz wielki kłopot. Jaka herbata będzie najlepiej pasować do truskawkowej tarty?

– Może darjeeling z miodem?

– Zbyt słodkie.

– Mimo że tarta będzie gorzka?

– Ufufu. Racja. Więc zdecydowane. Przynieś to szybko.

– Wiatr się wzmaga, nie możesz się przeziębić, pani. Czy to nie czas, byś wróciła do swego pokoju?

– Dobrze, rozumiem. Ej, Oswaldzie.

– Tak?

– Naprawdę lubię Liz. To dobra dziewczyna.

– Doprawdy?

– Dlatego kiedy przywieziesz jej zwłoki, chcę ją zobaczyć, zanim sprezentujesz ją ciotce. Oczywiście zanim zacznie gnić. Chociaż o tej porze roku to nie powinien być problem. Podobnie jak dostarczenie ciasta z Applewood.

– Zrozumiałem.

Oswald ukłonił się głęboko, jak przed samą królową.

Margaret wstała i radośnie wymachując swoją jedwabną suknią, wyszła przez drzwi balkonowe.


================================================


Bastian biegł przez las tak szybko, jak tylko mógł, co nie zdarzyło mu się od czasów, kiedy za małego chłopca uciekał przed swoim trenerem, którego strasznie się bał. Chociaż obecne wydarzenia miały, delikatnie mówiąc, znacznie inną wagę.

W końcu drogę zagrodziła mu rzeka. Nie zważając na lodowatą wodę (w końcu był dopiero wczesny kwiecień), Bastian przeniósł przez nią Elise, a potem udał się w stronę stojącego w pobliżu młyna. Jego drzwi stały otworem, a w środku ani żywej duszy, więc uznali, że to dobre miejsce na odpoczynek. W kominku leżało drewno, ale nie chcieli go używać bez pozwolenia.

Bastian usiadł na krześle.

– Haaah, minęły wieki, odkąd tak biegłem. Padam z nóg.

– Dziękuję, że uratowałeś mi życie – powiedziała dziewczyna, siedząca naprzeciwko niego ze zwieszoną głową.

Bastian odpowiedział, machając ręką:

– To nic wielkiego. Sama też wiele razy ocaliłaś mi skórę. Mam cię teraz nazywać Elizabeth?

– Takie jest moje prawdziwe imię, ale możesz mówić mi, jak chcesz.

– Więc mogę zostać przy Elise?

– Tak. – Dziewczyna radośnie pokiwała głową. – Do tej pory wszyscy tak na mnie mówili, więc to trochę nostalgiczne.

– Do twarzy ci w jedwabnej sukience.

– Naprawdę?

– Nie jest zła, ale szkolny mundurek pasuje ci lepiej.

Dopiero po chwili Bastian zaczął się bać, że zostanie źle zrozumiany, ale Elise, słysząc to, uśmiechnęła się radośnie.

– Hehe. Ja też czuję się w nim swobodniej. No właśnie... Mówiąc o tych wielu razach, kiedy ocaliłam ci skórę, miałeś na myśli sytuacje, w których pomogłam ci w szkole?

– Ta. Wpadałem w te wszystkie kłopoty tylko dlatego, że jestem z Belgarii. Jakże bym chciał pochodzić z innego kraju.

– Jesteś taki silny, czemu im się dajesz?

– Obiecałem dziadkowi... że wrócę do domu, jeśli wdam się w jakąkolwiek bójkę.

– To dopiero nieoczekiwane.

– Ach! – Bastian nagle zbladł z przerażenia.

– Coś nie tak?

– To chyba nie mogło zostać za nią uznane... Prawda? Nie wdawaj się w bójki, nie zdradź swojej prawdziwej tożsamości i nie dyskutuj o polityce ani religii innych państw.

– Nie sądzę, żeby to była bójka. Przy okazji, "nie zdradź swojej tożsamości" znaczy, że nie jesteś synem diuka, tak?

– Ach, nie... To...

– Czerwonooki Bastian. Z tego, co wiem, jedynie belgarska rodzina cesarska ma czerwone oczy.

– N-Naprawdę?

Bastian wyjął okulary z czarnymi szkłami z kieszeni.

– Czemu nagle zakładasz okulary przeciwsłoneczne, i to w pokoju?

– Moje złe oczy wymykają się spod kontroli. Jedynie te boskie szkła są w stanie powstrzymać ich magiczną moc.

– Więc naprawdę jesteś Heinrich Trois Bastian de Belgaria?

– Nie znam nikogo takiego.

– Rozumiem. Nikomu nie powiem, obiecuję. Nieważne, kim jesteś, ocaliłeś mi życie.

– O-Och.

– Powiedziałeś, że chciałeś mi dać swoją książkę. Przebiłeś się przez oddział żołnierzy tylko po to?

– Z tego powodu za tobą ruszyłem, ale ocalenie przyjaciółki przed żołnierzami to chyba coś normalnego.

– Przyjaciółki...

– Czemu robisz taką zaskoczoną minę? Jeśli przyjaźń ze mną tak cię kłopocze, to pójdę utopić się w tamtej rzece, dobra?

– Po tym, jak ujawniono, że jestem księżniczką, sądziłam, że nie mam już żadnych przyjaciół. Naprawdę mnie tym ucieszyłeś.

– Heee, brytańska rodzina królewska ma ciężko.

– Według mnie to belgarskiej rodzinie królewskiej ciężko jest nawiązywać znajomości.

– Heee... Ród Eddiego Balzaca ma z nimi dobre relacje, to nic dziwnego. Dziadek, najstarszy z rodu, jest bardzo silny i tak otwarty, że uczy szermierki każdego, kto o to poprosi!

– Rozumiem, ród księcia.

– Ach! Nie, eee... Przeczytałem o tym w gazecie.

– Tak, tak, rozumiem – powiedziała Elise, uśmiechając się.

Bastian zmienił temat.

– Właśnie, co to był za pluton? Wyglądali na brytańską armię, ale przecież nie próbowaliby zabić księżniczki...

– Typowy konflikt wewnętrzny. Ostatnio nasz kraj przeżywa bum technologiczny, przez co coraz więcej osób wspiera wypowiedzenie wojny.

– Cóż, to normalne.

– Może dla mężczyzn, ale ja sprzeciwiam się wojnie. Jeśli do niej dojdzie, zginie wielu ludzi.

– Cóż, Belgaria jest w stanie wojny, odkąd pamiętam, więc nie do końca rozumiem, jak mogłaby wyglądać, kiedy panowałby pokój.

– Nie rozumiesz?

– Ach, nie, masz na myśli, że to lepiej, jeśli ludzie nie będą umierać?

– Tak. To ma być wojna z Belgarią.

– Co?

– Tak, w końcu Wielka Brytannia ma tylko dwóch sąsiadów, Belgarię i Hispanię.

Bastian zmarszczył czoło.

– Co oni sobie w ogóle myślą? Nawet jeśli dysponujemy nowoczesną bronią, nie mamy szans na wygraną. Chcą wysłać żołnierzy bez doświadczenia przeciw krajowi, który od setek lat jest w stanie ciągłej wojny? – zastanawiała się Elise.

– Być może sądzą, że jeśli istnieje chociaż cień szansy na wygraną, to warto wypowiedzieć wojnę.

Elise nie była pokorna jak inne dziewczyny. Pewnym głosem powiedziała:

– Jeśli jest szansa, zaatakują. Tak w końcu myślą wojskowi.

– Ale po co? Wojna nie wzbogaci kraju. Przeciwnie, to dzięki zaciśnięciu więzów mogą sporo zyskać.

– Ach? Naprawdę?

Elise pokiwała głową i zaczęła wyjaśniać:

– Dla przykładu. Są cztery wioski, dwie z nich ciągle ze sobą walczą, a pozostałe dwie współpracują. Które z nich będą bogatsze?

– Ta, która wygrała walkę?

– Możliwe. Ale jeśli dojdzie do jakiegoś kataklizmu, będzie mogła poprosić pokonaną wioskę o pomoc?

– Cóż, nie. Pokonani wykorzystaliby okazję, żeby zaatakować.

Elise pokiwała głową.

– Być może dzięki wojnie można zyskać bogactwo na sto lat, ale co będzie dwieście, trzysta lat później? Taki kraj może rozwijać się w nieskończoność?

– Nieskończoność?

Bastian nie znał za dobrze dziejów swojego kraju, ale pamiętał, że w ponad osiemsetletniej historii państwa był okres, w którym większość jego terenów została podbita przez inne kraje – nawet ich stolica.

– Trzeba myśleć o przyszłości, ale czy człowiek może żyć aż tak długo?

– Władca powinien myśleć nie tylko o chwili obecnej. Musi mieć na uwadze przyszłość swojego kraju.

– Aha, rozumiem.

To przypomniało Bastianowi, jak nauczyciele w pałacu ciągle powtarzali mu, że jeżeli zostanie cesarzem, powinien przedkładać przyszłość państwa ponad obecne potrzeby.

– Właśnie dlatego sprzeciwiam się wojnie.

– Rozumiem.

– Jednak wielu obywateli ją popiera, a ich frakcja posadzi na tronie moją kuzynkę Margaret.

– Chce zacząć wojnę?

Elise się zamyśliła.

– Ona... prawdopodobnie jest jej wszystko jedno.

– Co masz na myśli?

– Nudzi jej się. To córka diuka, pierwsza księżniczka. Dodaj do tego troskliwych rodziców, wspaniałych podwładnych, piękno, zdrowie i brak jakichkolwiek celów, którymi mogłaby się kierować.

– Niesamowite.

– Dlatego ma bardzo nudne życie.

– Więc czemu nie wyjdzie się pobawić?

– Jest wyjątkowo inteligentna, więc wszystko i tak szybko by ją znudziło.

Bastian nie znał nikogo podobnego. Pierwszy książę, Auguste, był chorobliwy, Latreille ciągle pochłonięty pracą, wciąż nieletnia Aljentina została wygnana ze stolicy i mianowana dowódcą na odludziu, piąte dziecko umarło zaraz po narodzinach, a obecnie piąta w kolejce do tronu Felicia ze względu na swój wiek nie pokazywała się w stolicy.

Najbliżej Margaret byłby sam Bastian – bogaty i zawsze w dobrym zdrowiu.

– Myślimy podobnie.

– Naprawdę?

– To mi przypomniało, jak kiedyś w bibliotece spotkałem dziwnego żołnierza. Książka całkowicie go pochłonęła.

– Też lubisz czytać?

– Uciekałem tamtędy po tym, jak przewróciłem wszystkie pomniki w ogrodzie. Ukryłem się tam, żeby nie wysłuchiwać kazania od ogrodnika.

– Uch...


================================================


Wiosna, dwa lata wcześniej.


Ze względu na swój charakterystyczny kolor oczu Bastian, spędzając czas poza pałacem, nosił okulary przeciwsłoneczne, chociaż nawet to nie chroniło go całkowicie przed zdradzeniem swojej tożsamości. Mimo to zdjął je, kiedy rozpoczął rozmowę z pewnym żołnierzem.

– Co jest takiego interesującego w tej książce?

– Hmm... W gruncie rzeczy nic.

– Nic?! Czemu więc ją czytasz? Nie męczy cię to?

– Czytam z tego samego powodu, dla którego ty oddychasz.

– Brak oddechu sprawiałby ból?

– Tak, masz rację. Życie byłoby nie do wytrzymania bez książek.

Haken no Kouki Altina - Volume 04 - 125.jpg

– Jesteś chory?

– Z jakiegoś powodu często słyszę to pytanie.

– Ja nienawidzę czytać. Wolę wyścigi konne i ćwiczenia szermierki. – Bastian wzruszył ramionami.

Młody żołnierz wziął ze stolika kilka książek.

– Ta opowiada o świetnym szermierzu, walczącym z wysokim na 100 Co (44 m) potworem. A w tej bohaterka używa magii, wspierając swojego towarzysza walczącego w zwarciu, chociaż trzeba przyznać, że miał raczej ciężki charakter.

– Mówisz o jakimś magicznym kulcie?

– Co? Nie znasz ich? To wyjątkowo popularne wśród nastolatków w twoim wieku.

– Naprawdę? Ale ja naprawdę nie lubię książek...

– Polecam tę... Nie, może to zły pomysł. Chociaż sposób, w jaki opisane są bitwy, jest wprost wspaniały, to stroje dziewcząt są trochę zbyt skąpe.

– Co... on... Cóż, nieważne. Ma fajną scenę walki? Skoro tak, możesz mi ją pożyczyć?

– Cieszę się, że przypadła ci do gustu. Autor jest w tym samym wieku co ty.

– He?! Nie napisał jej dorosły?!

– Autor? Cóż, wiele książek celuje w tę grupę wiekową, ponieważ sporo pisarzy do niej należy. Inni może są z lekka dziecinni albo po prostu opisują młodzieńcze fantazje.

– Ty też piszesz?

– Myślałem o tym, ale... Gdybym pisał, miałbym mniej czasu na czytanie, co nie?

– Ach, no tak.

Bastian zaczął czytać książkę.

Była naprawdę wspaniała, a w dodatku napisana przez kogoś w jego wieku.

Niesamowite... – pomyślał.

– Jeśli napiszesz książkę i stanie się ona popularna, istnieje duża szansa, że ją przeczytam – powiedział żołnierz z uśmiechem.

Bastian objął mocno książkę.

W tym momencie do biblioteki wszedł żołnierz z czarną brodą i twarzą aż czerwoną ze złości, który wykrzyczał:

– Ej! Regis Auric, ty gnoju! Przerwa skończyła się dawno temu! Ile jeszcze każesz markizowi na siebie czekać!?

- Uch... – Młody żołnierz pospiesznie wstał od stolika.

W tym samym czasie w drzwiach biblioteki pojawili się rycerze z pierwszej armii, co było raczej rzadkim widokiem, i wskazując Bastiana, krzyknęli:

– Tu jest!

Chłopak rzucił się pomiędzy stoliki, a potem wyskoczył przez zamknięte okno, wciąż ściskając mocno książkę.


================================================


Po krótkim odpoczynku w młynie Bastian i Elizabeth wyruszyli w dalszą drogę, docierając do Applewood o zmierzchu.

– Nie zgubiliśmy się.

– To chyba oczywiste. Zapamiętałem mapę, no i przy mojej szybkości zgubienie drogi byłoby niemożliwe. Proste jak omijanie pocisków.

– Ach... Jesteś dziwny, Bastianie.

– Naprawdę? Latreille też to potrafi. Chociaż Aljeantina ma tak słabą orientację, że potrafi zgubić się w lesie.

– Nic nadzwyczajnego.

Bastian, słysząc to, ze zdziwioną miną przechylił głowę.

Applewood, największe miasto na wschodzie, było także twierdzą otoczoną wysokimi murami. Nawet po zmierzchu na jego ulicach roiło się od stoisk i spacerujących ludzi. Mimo gwałtownego wzrostu szybkości rozwoju technologicznego widok ten niczym nie różnił się od tego, co można było zobaczyć w dowolnym mieście Belgarii.

Bastian, mający na sobie okulary przeciwsłoneczne, zbliżył się do Elise, przy czym ich ramiona się zetknęły, po czym wyszeptał jej do ucha:

– Nie ma tu za wielu żołnierzy.

– Ach, nie wszyscy są po stronie Margaret.

– Może i ona za wszystkim stoi, ale nie masz pewności, kto wydał rozkaz. W końcu zamach na prawowitą następczynię tronu to poważna sprawa.

– Muszę wrócić do stolicy.

– O to się nie martw. Obiecuję, że cię tam zabiorę. Zaufaj mi.

– Dziękuję, Bastianie.

Nie miała pojęcia, kiedy mogą znowu zostać zaatakowani, przez co zbliżyła się do chłopaka jeszcze bardziej. Nigdy dotąd nie byli tak blisko siebie, nawet w szkolnej stołówce, przez co Bastianem zaczęły targać mieszane uczucia. Z jednej strony był dumny, choć zawstydzony, z drugiej teraz jeszcze bardziej chciał ją chronić.

– Ciekawe, czy będziemy mogli tu zostać.

– Myślisz, że przyjmują uczniów?

– A właśnie, nie możesz zdradzić, że jesteś księżniczką, prawda?

– Tak, to byłoby niebezpieczne.

Przez chwilę brali pod uwagę udanie się do burmistrza miasta, jednak nie mieli pojęcia, po czyjej jest stronie. Gdyby wspierał Margaret, od razu wezwałby wojsko. Tak więc weszli do karczmy, w której na pierwszym piętrze znajdowały się pokoje do wynajęcia. Budynek miał białe ściany, jednak poza tym jego wnętrze przypominało podobne placówki z Belgarii.

Wewnątrz nie było wielu gości, jedynie sześć osób siedziało przy stolikach. Jak tylko starsza kobieta stojąca za ladą ich zobaczyła, rzuciła:

– To nie miejsce dla dzieci.

Jak mamy to wyjaśnić? – pomyślał Bastian.

Elise podeszła do niej, mówiąc:

– Przepraszamy, że przeszkadzamy. Jesteśmy uczniami, wracamy szybko do domu, bo nasz krewny zachorował, a przygotowany dla nas powóz się spóźnia. Moglibyśmy zostać tu na noc?

– Hmm...

Kobieta spojrzała na nich podejrzliwie.

– Macie pieniądze?

– Ach... – Bastian przeszukał kieszenie, jednak nie wziął ze sobą ani grosza. – Mam tylko stary zegarek, krótki miecz i moje arcydzieło. I nie, nieważne, jak by pani prosiła, książki nie oddam!

– Może być moja chusteczka? Dostałam ją od matki. Prawie nieużywana, a w dodatku nie powinna być tania.

Kobieta wyciągnęła rękę.

– Czyżby to był... jedwab?

– Jeśli to nie wystarczy, pójdziemy w inne miejsce.

– He? Ach, cóż, mówi się trudno. Pozwolę wam dziś zostać, ale dostaniecie tylko śniadanie i obiad.

– Dziękujemy. – Elise się ukłoniła.

– Bogu dzięki. – Bastian odetchnął z ulgą.

– Tak. Po tym całym bieganiu padam z nóg.

Kobieta przechyliła głowę.

– Eeee, jesteście rodzeństwem, tak? Wystarczy wam jeden pokój?

– He? – Elise się zarumieniła.

– He? – Bastian podrapał się w głowę. – W porządku, mogę spać na zewnątrz.

– Nie! Zimno tam. Proszę pani, wystarczy nam jeden pokój, w końcu jesteśmy rodzeństwem.

– Naprawdę? Cóż, oto klucz. Jeśli będziecie wychodzić, zostawcie go tutaj. Chociaż dzieci nie powinny kręcić się po ulicy o takiej porze. Jeśli chcecie kolację, to teraz albo nigdy, bo akurat jedzenie nam się kończy.

– Tak!

– Zjadłbym trochę mięsa.

Kobieta zaśmiała się, słysząc słowa Bastiana.

– Wątpię, żeby przypadło do gustu szlachcicom.

Podano im chleb oraz zupę z kurczakiem.

W normalnych okolicznościach dostaliby do picia piwo, jednak ze względu na ich wiek otrzymali jedynie wodę. Piwo mogło stać na półkach cały tydzień, podczas gdy prosta woda jedynie trzy dni, nawet podczas chłodniejszych dni, przez co była cenniejsza.

Jedząc drewnianymi sztućcami, Bastian skomentował:

– Pyszne!

Do samego rana pisał swoją książkę, tak więc do szkoły poszedł o pustym żołądku. Wcale nie dziwił zatem fakt, że po biegu, w którym dogonił Elise, a następnie walce z żołnierzami poczuł głód.

– Naprawdę smaczne, babciu. Gwarantuję, że w Belgarii zostałabyś szefem kuchni w cesarskim pałacu.

– Haaa... Poważnie? To przygotował mój mąż.

– Naprawdę jest pyszne.

Elise, będąca w podobnej sytuacji, jadła ze łzami w oczach. Najpierw zdobyła się na to, by przyjąć tron, porzucając tym samym normalne życie, a po opuszczeniu internatu ścigali ją żądni jej krwi żołnierze.

Dzisiejszy dzień musiał być dla niej wyjątkowo ciężki – pomyślał chłopak.

– Nie? Babciu, dokładkę!

– Bastianie, poczekaj.

– Co? Przecież się nie zmarnuje! To tylko druga porcja!

– Ach, naprawdę?

– Eeee... Ja... też... – Elise zrobiła się czerwona jak burak, oddając pusty talerz.


Po zjedzeniu posiłku udali się do swojego pokoju. Stanęli w jego drzwiach jak wryci. Wewnątrz były oczywiście stół oraz krzesła, ale tylko jedno łóżko.

– To... pokój dla jednej osoby.

– Są dwie poduszki, więc dla dwóch... Dwóch śpiących razem. – Po raz kolejny Elise zalała się rumieńcem.

Nagle nogi się pod nią ugięły, na szczęście Bastian szybko ją złapał.

– Nic ci nie jest?

– Nie?!

Elise, obracając się, straciła równowagę i upadła plecami na łóżko, a że Bastian nie puścił jej ręki, pociągnęła go za sobą, przez co wylądował na niej.

Jej złote włosy rozwiały się po pościeli. W tym samym momencie chłopak poczuł zapach wymieszanych potu, ziemi oraz zupy.

Elise zamknęła oczy, drżąc.

– Nie... możesz...

– O nie...

– To i...

– Chwila, proszę, nie denerwuj się! Po prostu straciłem siłę w nogach, ja też jestem zmęczony!

W tym momencie od strony drzwi dobiegło wymuszone kaszlnięcie. Para szybko się rozdzieliła, spoglądając w tamtym kierunku.

W drzwiach stała, marszcząc czoło, starsza właścicielka karczmy.

– Powinniście zamykać drzwi, zanim przejdziecie do takich rzeczy!

– Nic nie robimy! – odpowiedziała Elise, podczas gdy Bastian, mając całą czerwoną twarz, kręcił głową i zastanawiał się, o czym ona mówi.


================================================


Leżąc, zetknęli się plecami.

– Hiaaa!

– Przepraszam.

– To łóżko jest naprawdę małe.

– T-Ta...

Serca biły im jak oszalałe, jednak nim się spostrzegli, zmęczenie wzięło nad nimi górę i zasnęli.


Następnego ranka.

Bastian i Elise jedli śniadanie na parterze. Mimo tak wczesnej pory w sali było sporo osób. Podano im tosty, szynkę, jajka oraz wodę. Dla zwykłych obywateli taki posiłek wydawał się trochę za bardzo luksusowy, jednak dla szlachciców nie stanowił niczego szczególnego. Oboje pochodzili z królewskich rodów, tak więc na co dzień mogli poprosić o najbardziej wykwintne jedzenie, jakie tylko przyszłoby im do głowy. Obojgu także brakowało wiedzy o życiu zwykłych obywateli. Zdawali sobie jedynie sprawę, że różni się od tego, do czego przywykli.

– Pyszne śniadanie, babciu.

– Podpisuję się pod tym obiema rękami, babciu.

– Głupcy! Zamiast prawić komplementy po prostu jedzcie.

W tym momencie ktoś z impetem otworzył drzwi, krzycząc:

– Złe wieści!

Mężczyzna miał na sobie lniane ubranie. W prawej ręce trzymał gazetę, zaś w lewej z jakiegoś zupełnie niewyjaśnionego powodu patelnię.

– Wydarzyło się coś strasznego!

– O co robisz takie zamieszanie?

– Jej wysokość umarła!

Mężczyzna uniósł gazetę.

Jej wysokość królowa Charlotte Steelart w wieku 42 lat umarła w nocy z 15 na 16 kwietnia o północy. Cichy tydzień miał rozpocząć się następnego poranka. Pałacowy medyk jako przyczynę zgonu podał chorobę serca.

Klienci tawerny byli zszokowani, a właścicielka zaczęła się modlić.

Bastian spojrzał na Elise. Usta i twarz dziewczyny zbladły jak ściana.

– C-Co mam zrobić, Bastianie?

– Trzymaj się!

– S-Skoro... Nie... Zdążyłam...

– Nie! Przecież rycerze wczoraj powiedzieli, że to nieoczekiwane.

– Ach, tak...

Ich rozmowa wywołała małe zamieszanie, wszyscy patrzyli na nich ze zdziwieniem.

Bastian objął Elizabeth i pomógł jej wstać.

– Jesteś w stanie chodzić?

– Tak...

Chłopak chciał dać jej odpocząć trochę dłużej, jednak sytuacja na to nie pozwalała, ponieważ wszyscy wewnątrz tawerny przyglądali im się podejrzliwie.

Wyszli na ulicę. Na wszelki wypadek Bastian założył okulary przeciwsłoneczne, żeby nikt nie rozpoznał, że należy do rodziny królewskiej. Tak jak wczorajszego wieczora o późnej porze, tak i teraz o samym poranku ulice były pełne straganów i spacerujących ludzi.

– Jej wysokość?!

Wiadomość o śmierci królowej szybko się rozpowszechniała, dostrzegli nawet kogoś płaczącego z gazetą w ręku. Królowa była symbolem Wielkiej Brytanni, wielu obywateli postrzegało ją jako matkę.

Elise też tak o niej myślała?

– Eeee... Jej wysokość... Ciocia... Była bardzo dobrą osobą...

Takie zachowania zwykle były nieakceptowalne na ulicy, jednak tego dnia wszędzie dało się dostrzec płaczących ludzi.



Jakiś czas później, kiedy Elise się uspokoiła, wycierając łzy z oczu, powiedziała drżącym głosem:

– Bastianie... przepraszam.

– Już doszłaś do siebie?

– Tak.

– Wyglądasz na zmęczoną, powinnaś trochę odpocząć.

– Nic mi nie będzie.

– Królowa umarła piętnastego, dziś jest szesnasty. – Bastian pokiwał głową. – Teraz zaczyna się okres żałobny nazywany cichym tygodniem, który potrwa do dwudziestego drugiego, tak?

– Tak.

– W takim razie wybór nowej władczyni nastąpi dwudziestego trzeciego?

– Tak to powinno wyglądać. Parlament ogłosi następczynię tronu w trakcie Świtu Deklaracji.

– Wybrano ciebie, tak?

– Tak, spójrz. – Elise wyciągnęła rękę, na której znajdował się złoty pierścień z emblematem kwiatu.

– To symbol królewski?

– Biała róża jest narodowym symbolem Wielkiej Brytanni. Jeżeli zawiozę to do stolicy, gdzie przebywa wiele osób sprzeciwiających się wojnie, nikt mnie nie zignoruje.

– Oczywiście. W końcu taka była wola królowej Charlotte.

– Jednak obecna sytuacja wygląda tak, że to Margaret zasiądzie na tronie. Jeżeli wrócę do stolicy, przynajmniej utrudnię ich plan.

– Nawet z tym pierścieniem możesz nie zostać królową?

– Owszem. Nie byłoby problemu, gdyby znane było miejsce pobytu osoby z pierścieniem. Jednak jeżeli zaginęła i lud dojdzie do wniosku, że ktoś z jakiegoś powodu ją więzi, sytuacja może potoczyć się zupełnie inaczej.

– Gdyby istniało inne wyjście...

Podróż pociągiem zajęłaby pół dnia, powozem pięć, a pieszo nie daliby rady dotrzeć tam nawet w całe pięć dni.

Bastian westchnął.

Podróżowanie naprawdę jest ciężkie.

– Byłoby miło, gdyby królowa zawczasu ogłosiła kandydatkę do tronu.

– Być może chciała to zrobić, ale zwlekała, ponieważ wciąż się uczyłam.

– Naprawdę?

– Ale... Eskortowano mnie do pałacu w takim pośpiechu właśnie przez jej kiepski stan zdrowia. Gdybyśmy wtedy wzięli pociąg, na pewno byśmy zdążyli.

Królowa umarła poprzedniego dnia, gdyby więc rycerze dotarli do Applewood i pojechali pociągiem, bez wątpienia zdążyliby przed jej śmiercią.

– Pewnie powiedziała o mnie paru osobom, ale teraz, kiedy już jej nie ma, nic nie mogą zrobić.

– Doprawdy?

– Damy radę pojechać pociągiem?

– Moim zdaniem to niemożliwe, ale sprawdzić nie zaszkodzi.

Tak więc udali się w stronę centrum miasta, gdzie było widać czarny dym dochodzący ze stacji kolejowej oraz rozchodził się szczęk kół oraz świst pary.

Stacji strzegło paru żołnierzy.

– Więc miasto zdało sobie sprawę, że niedługo dojdzie do wojny.

– To nie pora na żarty, Bastianie. Nieważne, jak to wygląda, tych wojaków wysłano, by mnie odnaleźć.

– Rozumiem.

Bastian ocalił Elise przed żołnierzami, a o tym wydarzeniu poinformowano Margaret, dlatego wysłano w te rejony jeszcze więcej członków armii, by znaleźć i zabić Elizabeth.

– Czyli pociąg nie wchodzi w grę. Spróbujmy znaleźć jakiś powóz.

– To zdecydowanie lepszy pomysł.

– He?

Bastian spojrzał na Elise, która nagle zapadła w głęboką zadumę.

– ...

– Musisz iść do toalety?

– Co?! Jakim cudem przyszło ci to do głowy!?

– P-Przepraszam. Znowu się pomyliłem.

– Bastianie... Dla mnie nie ma już powrotu, ale ty możesz jeszcze wrócić do szkoły.

Chłopak przechylił głowę.

– Czemu to powiedziałaś?

– N-No bo sytuacja...

– Obiecałem ci przecież, że zawiozę cię do stolicy.

– Ale to niebezpieczne, a przecież ruszyłeś za mną tylko po to, by dać mi swoją książkę.

– Tak było. Ale jeśli umrzesz, nikt już jej nie przeczyta. To wystarczający powód, żeby ci pomóc.

– Kompletnie cię nie rozumiem, Bastianie.

– Ja ciebie też nie.

– Co?

– Jestem podobny do tej całej Margaret. Bez przerwy się nudzę... więc nie robię tego dla ciebie, tylko dla siebie. Nie obchodzi mnie, jeśli wykorzystasz sytuację i użyjesz takiego dziwaka jak ja do swoich celów.

– Nie mogłabym...

– Tutaj!

– Ach?!

Bastian chwycił rękę Elise i rzucił się do ucieczki. Główna ulica była pełna żołnierzy i mieszkańców, więc skręcili w pierwszą napotkaną alejkę.

– Niewiele brakowało. Zauważą nas pewnie przy wyjściu z miasta.

– Niemożliwe!

Mimo ucieczki trafili na dokładnie tych samych trzech żołnierzy, co wcześniej, którzy siedli sobie w alejce, żeby coś zjeść.

– Ej, czy to nie... księżniczka Elizabeth?!

– Stać!

Ktoś użył gwizdka i wszyscy żołnierze będący w pobliżu ruszyli w tę stronę. Bastian chwycił drobną dłoń Elise i ruszył przed siebie. W lesie słyszał zbliżających się opancerzonych rycerzy, jednak w mieście, pomiędzy alejkami, było to niemożliwe.

– Nawaliliśmy!

– Bastianie, uciekaj!

– Elise, starczy tego! Jak ty, mająca wziąć na siebie los narodu, możesz zamartwiać się o kogoś takiego jak ja?! Kto zatrzyma wojnę, jeśli umrzesz?! Żeby obronić pokój, musisz przeżyć za wszelką cenę!

– Ach...

Bastian zbeształ Elise, chcąc zostawić przeprosiny na później, kiedy już wyjdą z tej sytuacji. Tym bardziej że nie zapamiętał mapy, więc nie wiedział, gdzie są.

Niedobrze. Pewnie niedługo nas dogonią. Czuję, że wbiegam do środka ich formacji zamiast z niej uciec.

– Elise, biegnij i nie oglądaj się za siebie! Pod żadnym pozorem się nie zatrzymuj! Obronię cię!

– Dobrze.

Bastian puścił jej rękę, wierząc, że go posłucha. Sam planował siłowo przebić się przez żołnierzy. Długo nie musiał czekać – już przy wyjściu z wąskiej alejki spotkał trzech zbrojnych, którzy, choć zaskoczeni nagłą szarżą, pewnie unieśli strzelby.

– T-Ty gnoju...

Bastian wyciągnął swój sztylet. Była to stara broń, którą zabrał ze sobą z pałacu, jedno z ostrzy L’Empereur Flamme stworzonych z elfiego srebra.

Drugi książę, Latreille, był w posiadaniu Arme Victoire Volonte, Eddie, należący do rodu służącego cesarstwu od jego powstania, dzierżył Defendre Sept, a czwarta księżniczka, Aljeantina, otrzymała Grand Tonnerre Quatre. Pierwszy książę, Auguste, oraz piąta księżniczka, Felicia, nie posiadali żadnej z tych legendarnych broni, jedno ze względu na stan zdrowia, a drugie na zbyt młody wiek.

Skoro młodsza ode mnie Aljeantina otrzymała oręż w tak młodym wieku, ja też mogę zostać dowódcą! Prawdopodobnie... – pomyślał wtedy Bastian.

I tak dzień przed wyjazdem do szkoły wziął go sobie ze skarbca, powodując spore zamieszanie, gdy następnego dnia odkryto brak tego potężnego ostrza. Cały incydent zakończył się słowami jego ojca, cesarza:

– Ja mu go dałem.

Długi miecz nie nadawał się, by zabrać go na zajęcia, tak więc wybór sztyletu stał się dla księcia oczywisty.

Broń ta nosiła nazwę Vite Espace Trois. Cienkie jak papier ostrze spoczywało w pięknie zdobionej pochwie, tworzącej długi, wąski trójkąt, mający 4 Pa (30 cm), mniej więcej tyle samo, ile stopa pierwszego cesarza. Mówiło się, że było w stanie wyprowadzić cięcia szybkie niczym prędkość dźwięku.

Niesamowite, poruszam się szybciej niż zwykle. – Bastiana zaskoczyło, jak szybko dał radę zbliżyć się do przeciwników. – Nie celujcie bronią w księżniczkę waszego państwa, pustogłowe żołdaki!

Zanim żołnierz zdążył nacisnąć spust, stracił rękę; ostrze nie wydało przy tym z siebie żadnego dźwięku. Z kikuta trysnęła krew, ochlapując całą alejkę. Dopiero po krótkiej chwili mundurowy krzyknął z bólu.

Bastian błyskawicznie podniósł broń leżącą na ziemi i bez wahania wystrzelił w powietrze.

– I jak?! Jeśli życie wam miłe, uciekajcie gdzie pieprz rośnie!

Była to najnowsza strzelba Wielkiej Brytanni, którą dało się szybko i łatwo przeładować, a w dodatku dysponowała sporą siłą ognia. Jednak należało ją nabić po każdym wystrzale, dlatego Bastian odrzucił ją na bok, jednocześnie wyskakując do przodu i kradnąc broń pozostałym żołnierzom.

Chłopak zaczął mierzyć w uciekających wojaków. Przy tej odległości kula z łatwością przebiłaby pancerz na ich plecach, gdzie był najcieńszy.

– ...?

W tym momencie ktoś wyszedł z bocznej alejki i zatrzymał się przed Bastianem. W tej samej chwili dobiegła do niego także Elise.

– Ahaha... haa... Basti... ach....

Powstrzymała się przed wypowiedzeniem jego imienia, ponieważ przed nimi stał przeciwnik.

Była to kobieta o czarnych, ściętych na wysokości brwi włosach. Miała bystry wzrok i zaciśnięte mocno wargi. Nosiła mundur oficerski, lżejszy od tych używanych przez żołnierzy, z długim mieczem, pistoletem u pasa, a także sztyletem ukrytym przy udzie.

Położyła swoją broń na ziemi.

Widząc to, Bastian spytał z uśmiechem:

– Nie zamierzasz jej użyć? Czy może jesteś tak pewna swojej siły?

– Porucznik Glenda Graham z Pierwszej Dywizji armii Wielkiej Brytanni. Mogę spytać o twoje imię?

Bastian, poprawiając okulary, czym chciał ukryć fakt, że się trzęsie, powiedział:

– Kukuku... Jam jest wysłannik ciemności, Ponury Chevallier! Posmakuj mocy drzemiącej w mojej prawej ręce!

– Rozumiem, Belgarianin.

– C-Co? Chwila... Rycerze ciemności!

Glenda wyciągnęła swój miecz. Zwykłe ostrza mogły być z łatwością zniszczone przez Vite Espace Trois, jednak to stworzono z białawego stopu, najnowszego osiągnięcia technologicznego Wielkiej Brytanni.

– Czyli jesteś wynajętym cudzoziemcem? Pożałujesz tego!

Kobieta natychmiast rzuciła się do ataku.

Bastian strzelił językiem.

Przejęła inicjatywę? Na to wygląda. Dawno nie miałem takiego przeciwnika.

– Nie boję się śmierci! Jeśli widzę wroga, stanę z nim do walki!

Bastian wyprowadził cięcie w stronę oręża Glendy.

– Co?!

– Haaa!

Vite Espace Trois uderzył w długi miecz, potem nastąpiły kolejne trzy ciosy, po których zbroja przeciwniczki pękła z głośnym trzaskiem.

– Co?! Moja nowa stalowa zbroja...

– O, udało ci się to zablokować!

Dzięki blokadzie ostatniego ciosu cięcie nie było zbyt głębokie, a Bastian musiał odskoczyć do tyłu.

– Ach!

– Haaa!

Glenda wyprowadziła atak, który Bastian zatrzymał uderzeniem swojego sztyletu. Przy kolejnych wymianach cięć dystans między nimi malał, aż w końcu chłopak mógł się zbliżyć i wyprowadzić uderzenie z pięści prosto w brzuch przeciwniczki. Jej zbroja była wystarczająco silna, żeby zatrzymać cios silniejszy od natarcia byka, jednak została wyrzucona w powietrze.

– Co?!

– Śpij!

Kiedy Glenda znajdowała się jeszcze w powietrzu, Bastian wyprowadził kopnięcie. Mimo że zablokowała je obiema rękami, jego siła odrzuciła ją w tył, przez co uderzyła plecami o ścianę, która zapadła się po tym uderzeniu.

W całej alejce unosił się kurz, nigdzie nie było widać Glendy.

Da radę wstać? Cóż, nie ma czasu sprawdzić.

– Elise, szybko!

– Dobrze!

Tak oto Bastian i Elise uciekli z Applewood.



Rozdział 3: Stone Bridge[edit]

16 kwietnia, wieczór, w jednym z trzynastu pokojów należących do Margaret.

Przed wielkim oknem skierowanym na zachód stał stolik, a na nim ciasto oraz czarna herbata. Przy ścianie ustawiły się pokojówki, gotowe na każde skinienie ich pani. Sama księżniczka siedziała z futrem zarzuconym na ramiona, większym niż jej łóżko, mając poza nim jedynie skąpą jedwabną sukienkę, ledwie zasłaniającą piersi i biodra. W świetle zachodzącego słońca wyglądała, jakby była skąpana we krwi.

– Jest tam napisane coś ciekawego?

– Najmocniej przepraszam, ale nic, co by zainteresowało waszą elegancką wysokość – odpowiedział Oswald, kłaniając się.

Margaret wskazała palcem jedną z pokojówek, która natychmiast podeszła do niej z koszykiem róż.

– Ciekawe, czy znaleźli Liz.

– Najmocniej przepraszam. Pojawiła się w Applewood, jednak zbiegła.

– Ojej, jaka ona szybka. Czy może po prostu nie masz zamiaru jej schwytać?

– Jak mógłbym...

– Lubię delikatnych mężczyzn.

– Eliminacja każdego, kto stanowi dla ciebie zagrożenie, moja pani, jest mym raison d'etre. Nawet by mi przez myśl nie przeszło, żeby chociaż pożałować losu księżniczki Elizabeth.

– Oj, jaka szkoda. Ja naprawdę jej współczuję, dlatego wybrałam róże.

Padające na kwiaty w koszyku wieczorne światło zabarwiło je na czerwono, przez co nie dało się określić ich rzeczywistej barwy. Najwidoczniej jedynie sama Margaret wiedziała, czemu wybrała właśnie ten gatunek. Oswald nawet nie próbował jej o to pytać; odpowiedź bez wątpienia zbiłaby go jeszcze bardziej z tropu.

– Tego ranka jeden z żołnierzy zobaczył dziewczynę wyglądającą jak Elizabeth, jednak chłopak, z którym podróżowała, pomógł jej uciec.

– Wyobrażałam to sobie inaczej. Gdyby to była sztuka, powinna zostać złapana od razu, po czym nastąpiłoby nasze spotkanie. Bliskie sobie siostry stały się wrogami. Pewnie wystąpiłaby nawet scena, w której się rozchodzimy. Bez wątpienia główna postać żeńska zdobyłaby serca całej widowni.

– Jest tak, jak mówisz.

– Ale... Jaka szkoda, że to nie sztuka. To mi przypomniało, że Glenda także udała się do Applewood.

– Tak, porucznik dołączyła do walki, jednak przegrała z chłopakiem, o którym wcześniej wspominałem.

– Ojej, cóż za zawód.

Ten chłopak wydaje się uzdolniony... Ciekawe, kto to – pomyślał Oswald.

Glenda nie miała sobie równych w armii. Nie do pomyślenia było, żeby ktoś pokonał ją w walce jeden na jednego, i to używając sztyletu. Oswald po prostu nie mógł uwierzyć w to, że ktoś przewyższał siłą Glendę, nawet jeżeli ten chłopak zaliczał się do elity cesarskiej armii. Według raportów był to młody Belgarianin, jednak wcześniej dobrze przygotował się do wojny. Oni zaś dysponowali nową bronią, działami, sprzętem, a wszystko to z najnowszego stopu metalu, więc sama różnica w wyposażeniu powinna gwarantować jej zwycięstwo. Żeby to potwierdzić, sprzeda nowe uzbrojenie Księstwu Varden i innym sąsiednim krajom. Dlatego też tak bardzo chciał poznać tożsamość tamtego chłopaka.

Kto chroni Elizabeth?

Margaret zmrużyła oczy, patrząc na róże.

– To nieznośne... Porażka za porażką. Porażka za porażką, wspaniale, naprawdę wpadłam w nastrój.

– Dzięki łaskawości waszej wysokości ten wierny sługa nie będzie musiał znosić związanego z tym wstydu, proszę jednak o więcej czasu.

– Ciekawe, kiedy Liz tu dotrze.

– Śmiem wątpić. Obserwujemy wszystkie stacje, nie tylko Applewood.

Oficjalnie po to, aby trzymać w szachu rebeliantów, którzy dowiedzieli się o śmierci królowej.

Co prawda, stolicę od Applewood dzieliło jedynie 100 ml (160 km), ale między nimi leżały góry oraz lasy, przez co pokonanie tego dystansu wozem zajmowało pięć dni. Sprawy nie ułatwiały ustawione po drodze posterunki, tak więc księżniczka nie miała szans, by pokonać tę trasę.

– Tak długi spacer będzie bardzo męczący.

– Tak, pani.

Oswald obliczył szybko w myślach.

Jeżeli podróżowali przez las, nie mieli szans dotrzeć do stolicy w ciągu siedmiu dni. Mimo że Elizabeth im się wymykała, plan wciąż przebiegał po ich myśli, ponieważ królowa odeszła szybciej, niż zakładał.

Co więcej, Glenda odniosła jedynie niewielkie rany. Choć będzie musiała wrócić, jej ludzie pozostaną na posterunku, dalej polując na Elizabeth. Gdyby nie interwencja tamtego chłopaka, rozwiązanie problemu Liz byłoby o wiele prostsze.

Margaret przyłożyła różę do ust, a następnie ją polizała.

– Liz nie przyjedzie? A ja tak oczekiwałam naszego ponownego spotkania.

– Może ono nastąpić w momencie Świtu Deklaracji, kiedy zostaniesz, pani, królową... zaraz po uroczystości pogrzebowej.

Pogrzeb królowej Charlotte miał nastąpić w ostatni dzień Cichego Tygodnia, a koronacja jej następczyni następnego dnia.

Oswald ukłonił się głęboko, a w tym samym czasie Margaret wzięła różę w zęby.

– Weź ją.

– Cóż... za honor.

Przyjęcie prezentu od kogoś z rodziny królewskiej w jedną rękę było nie do zaakceptowania, dlatego chłopak uklęknął, położył raport na podłodze, a następnie przyjął kwiat w obie dłonie.

Spojrzenie księżniczki padło na raport.

– Fufu. Więc pojmanie Liz zakończyło się porażką.

– Tak mówi raport.

– Chyba powinnam ukarać odpowiedzialnego za tę porażkę. Co powinnam zrobić?

– To już decyzja waszej wysokości.

– A więc kara śmierci.

– Śmierci?

– Fufu. Tak, kara śmierci będzie odpowiednia.

– Czuję jedynie podziw do decyzji tak mądrej księżniczki. Za parę dni armia Wielkiej Brytanni rozpocznie działania wojenne. Jeżeli nie potrafią schwytać prostej dziewczyny, nie będą także w stanie wygrać wojny. Tak więc egzekucja osoby odpowiedzialnej za tę porażkę posłuży za ostrzeżenie dla całego wojska.

– Tak. Wspaniały pomysł, prawda?

Margaret wzięła kolejną różę, a następnie oberwała wszystkie płatki z kwiatu, wrzucając je do herbaty (która także w blasku zachodzącego słońca przybrała czerwoną barwę), a następnie ją wypiła.


================================================


16 kwietnia, ranek.


Bastian i Elise po ucieczce z Applewood szli w stronę lasu. Nie udało im się znaleźć żadnego powozu. Bez niego dotarcie do stolicy przed rankiem 23 kwietnia graniczyło z cudem, a inne opcje podróży nie wchodziły w grę.

Przed wejściem do lasu usiedli pod drzewem, żeby trochę odpocząć. Pozwalało im to obserwować drogę, dzięki czemu, gdyby przejeżdżał jakiś wóz, mogliby poprosić o podwiezienie lub schronić się na nim, jeśli w pobliżu znaleźliby się ich wrogowie. W samym lesie Bastian miał możliwość wykorzystania swojego wyostrzonego słuchu, co dawało im większe bezpieczeństwo niż w mieście.

Elizabeth położyła na ziemi mapę, zaś Bastian westchnął.

– To daleko. Nawet jeśli zdobędziemy wóz, będziemy musieli minąć posterunki z wojskowymi.

– W dużych miastach też jest niebezpiecznie.

Elise pokiwała głową.

– Skoro tak, możemy wyskoczyć w tych punktach, ale im bliżej stolicy, tym trudniej będzie minąć posterunki.

– Racja.

Elise zrobiła zmartwioną minę, jednak jej wola, żeby obronić kraj, pozostała niewzruszona.

Istniał jeszcze jeden problem. Gdyby przeciwnicy otoczyli ich w otwartym terenie, nie mieliby żadnej możliwości ucieczki.

Naprawdę musimy podróżować do stolicy pieszo?

Elise wskazała punkt na mapie leżący na południowy wschód od stolicy.

– Chciałabym dotrzeć w to miejsce.

– Co tam jest?

– Fort Gray Bridge. Dowodzi nim Bruno Carlo, młodszy brat mojego ojca.

– Rozumiem... Ale czy można mu zaufać tylko dlatego, że jest twoim krewnym? W mojej rodzinie drugi brat otruł starszego i wysłał młodszą siostrę prosto na linię frontu.

– Więc trzeci syn uciekł z kraju?

– Dokładnie. Ach... – Bastian szybko zakrył usta.

Nieważne.... To pół na pół, prawda zmieszana z kłamstwami. Biorąc pod uwagę jej wiedzę, Elise na pewno jest zaznajomiona z politycznymi gierkami w Belgarii. Innymi słowy, i tak już wie. Co ważniejsze...

– Naprawdę możemy ufać temu dowódcy?

– Pochodzimy z wojskowej rodziny, więc po tym, jak mój ojciec, dyplomata, poślubił członka rodziny królewskiej, brat musiał go zastąpić i wstąpić do armii.

– Rozumiem.

Im ktoś był lepszym dyplomatą, tym większe korzyści potrafił uzyskać podczas negocjacji, dlatego też rodzina królewska była bardziej otwarta na przyjęcie w swoje szeregi dyplomaty niż wojskowego.

Bastian zaczął się zastanawiać, czy po powrocie do kraju nie zostać dyplomatą.

– Nie za bardzo lubię misje dyplomatyczne.

– Ale twój brytański nie jest zły.

– W końcu pewnego dnia stworzę literackie arcydzieło!

– Rozumiem, czyli przed tobą wciąż daleka droga do opanowania języka twojej matki.

– To nie to. Po prostu jestem w nim słaby, chyba.

– Mam ograniczone możliwości, ale pomogę ci, jak tylko będę mogła – powiedziała z uśmiechem Elise.

Zawstydzony Bastian zwiesił głowę.

– Babcia chwaliła sobie patriotyzm wujka Carlo i stwierdziła, że gdyby był dziesięć lat młodszy, zarekomendowałaby go do straży królewskiej. Poza tym mimo wysokiej pozycji w armii jest pacyfistą. Stolicę i fort dzieli tylko jeden dzień podróży, więc jeśli przydzieli nam eskortę, uda nam się dotrzeć na czas.

Bastian zastanowił się chwilę nad słowami Elise.

Racja. Samemu będzie mi trudno ją obronić. Jeżeli w pobliżu stolicy znajduje się ktoś, komu można zaufać, zwiększą się nasze szanse na dotarcie tam bezpiecznie.

– Nie mamy innego wyjścia. Oby naprawdę był godny zaufania.

– Co prawda, jest już po pięćdziesiątce, ale tryska energią. Na pewno zgodzi się nam pomóc.

– Dobra, skoro tak stawiasz sprawę. Ruszajmy.

Pamiętając nauki dziadka z czasów, kiedy ten zabrał Bastiana na wycieczkę w góry, zebrali trochę aralii, czekając na jakiś przejeżdżający tamtędy wóz. Do ugotowania jej potrzebna była sól, ale nadawała się także do bezpośredniego spożycia, tylko że smakowałaby po prostu okropnie. W normalnych okolicznościach chłopak nie pozwoliłby Elise tego zjeść, ale nie mieli innego wyjścia.

Jeżeli zostało nam tylko kilka dni, naprawdę będziemy musieli iść przez las.

Od rana nic nie przejeżdżało drogą. Kiedy już tracili nadzieję...

Na trakcie pojawił się wóz ciągnięty przez dwa konie. Brodaty woźnica był sam, bez obstawy, więc albo towary, które przewoził, nie miały dużej wartości, albo nie wątpił w swoją siłę.

Niech będzie – pomyślał Bastian, wychodząc z ukrycia.

– Przepraszam!

– Ach? Prrrr!

Widząc osobę w szkolnym mundurku, wychodzącą z cienia, woźnica się zatrzymał, jednak zachował czujność.

Bastian podbiegł do niego, a następnie, pochylając głowę, powiedział:

– Wyświadczyłby nam pan przysługę? Chcemy dotrzeć do fortu Gray Bridge. Moglibyśmy kawałek z panem podjechać?

– Gray Bridge? Po drodze zahaczę o kilka miast... – odpowiedział mężczyzna z ciężkim akcentem.

– Och!

Jego wiedza o geografii terenu opierała się jedynie na mapie, którą Elise narysowała na ziemi, jednak o ile wóz zmierzał w tę samą stronę, mogli spróbować swojego szczęścia.

– Proszę... – Elise złożyła dłonie.

Woźnica podrapał się po brodzie i marszcząc brwi, odpowiedział:

– Odsuńcie się. Skoro tak bardzo potrzebujecie wozu, znajdziecie jakiś w Applewood.

– T-To...

Bastian cofnął się trochę i wyszeptał do ucha Elise:

– Zostaw to mnie, mam pomysł.

– Oby.

Bastian się wyprostował i z pewną siebie miną ogłosił:

– Jesteśmy świętymi rycerzami walczącymi z armią ciemności. Jednak zostaliśmy wyrzuceni w to miejsce przez złego czarnoksiężnika. Pragniemy bez zwłoki powrócić do fortu, inaczej kraj ten czeka rychła zguba. Prosimy, wspomóż nas.

Elise kopnęła Bastiana z całej siły.

– Ha!

– Eeee?

Niespodziewający się tego ciosu chłopak padł jak długi na ziemię.

Woźnica spojrzał na nich podejrzliwie.

– Święci... co?

– Proszę mu wybaczyć, ma nawyk tworzenia niesłychanych historii... Ale... jest dla mnie kimś ważnym. – Elise się zarumieniła. – Prawdę mówiąc, uciekliśmy razem!

– C...?!

Elise posłała Bastianowi kolejnego kopniaka, tym razem w szczękę, zanim ten zdążył wstać.

– Ten głupiec nie jest zbyt obiecujący, nawet ja zdaję sobie z tego sprawę. Oboje pochodzimy ze szlachetnych rodzin i uczyliśmy się razem, jednak kiedy się w sobie za... zako...

– Zakochaliście?

Elise w odpowiedzi jedynie pokiwała głową.

– Ale mój ojciec nie pozwala mi być z synem hrabiego o tak paskudnym charakterze...

– Hmm... Ach, ostatnio dzieje się wiele podejrzanych rzeczy, szlachcice sprawiają naprawdę sporo problemów.

– W Gray Bridge przebywa mój wujek, tylko na nim mogę polegać. Błagam, proszę nas tam zabrać!

Woźnica zapadł w zadumę, drapiąc się w brodę, a Elise patrzyła się na niego błagalnym wzrokiem. Uciekła się nawet do użycia kłamstwa o ucieczce kochanków, co pokazywało, jak była zdesperowana i szczera w swoich zamiarach. Nie robiła tego tylko dlatego, żeby ocalić swoje życie, ale cały czas myślała o przyszłości kraju. Bastian zresztą podzielał jej poglądy.

W końcu woźnica spojrzał na klęczącą przed nim parę i wskazał za siebie, w stronę Applewood.

– Szy...

– Czyli odmawia pan?

– Szybko, wskakujcie na tył wozu. Szlachcice na przedzie będą przyciągać uwagę.

– Bardzo dziękujemy!

Elise ukłoniła się głęboko, a Bastian zaczął się zastanawiać, czy kiedykolwiek wcześniej doświadczył podobnej wdzięczności.


Tego dnia spali pod gołym niebem.

Z powodu brody woźnicy Bastian i Elise nie byli w stanie zgadnąć jego wieku, jednak bez wątpienia zajmował się handlem od bardzo dawna i przywykł już do podróżowania.

– Zajazd? W ten sposób mówisz "do widzenia" swojemu zyskowi. Jeżeli chodzi o ognisko, zajmowanie się nim może być uciążliwe, ale przez większość nocy i tak śpisz.

Zjedli swoje jedzenie przygotowane na podróż. Woźnica pił alkohol, jednak pozostałym dał wodę, tę samą, którą poił swoje konie. Pochodziła z pobliskiego strumyka, jednak w obecnej sytuacji nie mogli prosić o jakiekolwiek luksusy.

Mężczyzna użyczył im także koców, żeby uchronić ich przed chłodną nocą. Otulili się nimi dokładnie pod drzewem, podczas gdy woźnica spał w tylnej części swojego wozu.

– Gwiazdy...

Coś nie tak?

– Kiedyś zezłościłam się na szambelana i uciekłam w góry. Zostałam tam na noc. Niebo wyglądało wtedy tak samo.

Przez gałęzie drzew widzieli nocne niebo. Wyglądało, jakby można było wyciągnąć rękę i dotknąć migoczących na nim gwiazd.

Elise poruszyła się pod kocem. Jej towarzysz słyszał szelest ocierających się o siebie materiałów.

– Ja... Nigdy nie patrzyłem tak na niebo.

– Rozumiem...

Bastian spojrzał na bok; twarz dziewczyny była skąpana w blasku gwiazd. Mimowolnie wyszeptał:

– Piękna...

– Tak, gwiazdy są naprawdę piękne.

– Ach! Tak!

– Hmm?

Elise spojrzała na niego. Ten zawstydził się swoimi słowami, więc odwrócił głowę, mówiąc:

– M... Mówiłem, że gwiazdy są piękne... Ś-Śpijmy już. Może i znaleźliśmy transport, ale musimy jeszcze dotrzeć na miejsce.

– Dobrze.

Chwilę później rozbrzmiewały już tylko ciche pomruki śpiących. Był to jedyny moment, w którym zwlekali z pójściem do łóżka.


Siedemnastego padało od wieczora.

Woźnica przygotował dla nich miejsce wewnątrz wozu, mówiąc, że chociaż zamoknięte towary stanowiłyby dla niego kłopot, woli to niż pozwolić, aby pasażerowie się przeziębili.


Osiemnastego dalej padało.

Podczas podróży urwało się koło, na szczęście Bastian dał radę je dogonić.


Dziewiętnastego natrafili na żołnierzy patrolujących drogę.

Bastian złapał Elise i wyskoczył z wozu niezauważony, ukrywając się na czas kontroli w lesie. Obydwoje sądzili, że już nie zobaczą swego dotychczasowego woźnicy, ale ten poczekał na nich kawałek dalej.


Dwudziestego kwietnia chmury w końcu się rozeszły.

Była, co prawda, wczesna wiosna, jednak pogoda przypominała środek lata.

Fort Gray Bridge leżał po drugiej stronie góry. Jej ściana, wyjątkowo stroma, wykluczała wspinaczkę, a użycie maszyn oblężniczych oraz kawalerii stawało się możliwe dopiero na niewielkim odcinku drogi w połowie wzgórza.

U podnóża góry leżało miasto.

Płynęły tamtędy dwie rzeki, których szum niósł się daleko, ponieważ zasilające je strumienie zostały wzmocnione przez kilkudniowe deszcze.

W świetle zachodzącego słońca cienie wydawały się wskazywać drogę ze wschodu na zachód.

Po opuszczeniu lasu podróżnicy przestali słyszeć szum wody, a ich oczom ukazała się droga prowadząca przez wielki, kamienny most. Był, co prawda, bardzo stary, ale wyglądał także na wyjątkowo bezpieczny do przeprawy.

Woźnica wskazał go ręką.

– Miasto zawdzięcza swoją nazwę temu mostowi.

– Rozumiem. Więc to jest Gray Bridge... Da się go użyć.

Widząc, że Bastian się zamyślił, Elise zrobiła bezradną minę.

– Znowu bujasz w obłokach?

– W stworzeniu arcydzieła racjonalne myślenie jedynie przeszkadza.

– Od Applewood nic się nie wydarzyło, jednak wciąż musimy zachować ostrożność.

– Bez obaw, obronię cię.

– Eeee.. Nie o to mi chodzi. Bastianie. Proszę, uważaj na siebie.

– Hmm? Dobrze.

Chłopak nie zwrócił większej uwagi na prośbę Elise. Co prawda, do tej pory nie mieli problemów, zawsze jednak istniała szansa, że coś mu się stanie w przyszłości.

Kiedy wóz przejeżdżał przez most, para obserwowała okolicę.

Przechodzili przez niego ludzie w zbrojach, wyglądali jednak na najemników. Nigdzie w zasięgu wzroku nie dało się dostrzec żołnierza w brytańskim mundurze, więc prawdopodobnie pościg został w tyle.

Miastu Gray Bridge brakowało organizacji. Znajdował się tam, co prawda, rynek i wychodzące od niego alejki, jednak żadnej z nich nie dało się nazwać główną drogą. Na maszcie na środku placu wisiała czarna flaga, znak trwania Czarnego Tygodnia. W stolicy większość sklepów była pewnie zamknięta, ale to miejsce leżało w sporej odległości od niej, więc dało się dostrzec małe stragany i unikających się nawzajem wędrujących między nimi mieszkańców.

– Straszny tu bałagan.

– To nieuprzejme, Bastianie.

– Co tu się dzieje? Miasto wygląda jak w stanie wojny, a handlarze zachowują się niczym w dniu handlowym. Niby tu żywo, ale panuje okropny chaos.

– Heeeh – westchnęła Elise.

- To dlatego, że ta miejscowość leży pomiędzy dwiema rzekami, a w pobliżu są kopalnie, gdzie wydobywa się cenne kruszce, przekuwane na ozdoby.

– Więc to ta biżuteria jest tak popularna?

– Tak.

Podczas przyjęć w pałacu szlachcianki często rozmawiały o biżuterii. Być może nawet padała wtedy nazwa tego miasta. Wiedząc już, czemu jest takie znane, świeżo przybyła para zaczęła spoglądać na ulice z podziwem.

Woźnica zatrzymał się na rogu rynku. – I dotarliście w jednym kawałku. – Po raz pierwszy od rozpoczęcia podróży się uśmiechnął.

Bastian i Elise zeszli z wozu i ukłonili się głęboko.

– Dziękuję także w imieniu mojego wujka.

– Nie musicie. Ważne, żeby kochający się ludzie byli razem. Dbajcie o siebie.

– Ach... – Elise zrobiła smutną minę. Kiedy już miała coś powiedzieć, Bastian wyciągnął rękę i ją zatrzymał.

Woźnica towarzyszący im od pięciu dni machnął lejcami i po prostu odjechał, szybko znikając w jednej z uliczek.

– Nie musisz się tym przejmować.

– Tak, rozumiem.

Unieśli głowy, spoglądając na fort leżący na szczycie góry. Jeśli chodzi o wiek, nie ustępował wiele staremu mostowi, przez który przejeżdżali wcześniej. Nieświadomie Bastian zaczął się zastanawiać nad sposobem, aby zdobyć tę fortecę, jednak szybko pokręcił głową, aby odrzucić te myśli.

Od fortu dzieliła ich spora odległość.

– Ciekawe, czy dotrzemy tam przed kolacją – rzucił Bastian, spoglądając na zegar.

– Skoro jesteś głodny, możemy się tutaj za czymś rozejrzeć.

– Nie mamy pieniędzy. Chyba że sprzedasz swoją sukienkę, jak to wcześniej zrobiłaś z chusteczką.

Elise się zarumieniła.

– Jesteś bezwstydny, Bastianie!

– Tylko żartuję. Hmm?

– Coś się stało?

– Cóż... nie mogę znaleźć mojego zegarka...

– Co?

Bastian przeszukał ubranie, ale nie mógł nigdzie zlokalizować przedmiotu, który przywiózł z Belgarii.

Westchnął głęboko.

Był pewien, że miał go ze sobą, gdy uciekali z Applewood. Przez te kilka dni nigdzie nie biegał ani nie zatrzymywał się w innych miastach, a ludzie, których spotykał przez ten czas, wyglądali na uczciwych.

Elise spochmurniała, a Bastian odchylił głowę, założył swoje okulary przeciwsłoneczne i się zaśmiał.

– Cóż, pewnie upuściłem go gdzieś po drodze tutaj.

– He?

– Co?

Na smutnej twarzy Elise pojawił się uśmiech.

– Nic. Więc naprawdę potrafisz pokazać się z innej strony...

– Cóż, pospieszmy się. Chciałbym jeszcze dzisiaj zjeść coś ciepłego!

– Fufu. Racja.

Bastian wyciągnął dłoń ku Elise i ruszyli w stronę fortu Gray Bridge, trzymając się za ręce.



================================================



Biuro Oswalda, noc 19 kwietnia, kilka dni przed tym, jak Bastian i Elise dotarli do fortu.

– Proszę o wybaczenie – powiedziała mająca obandażowaną głowę Glenda, kłaniając się.

Przy ścianie stał spory regał z książkami, a na środku pomieszczenia wielki stół konferencyjny, używany do omawiania strategii. Leżały na nim dwie mapy. Jedna przedstawiała samą Wielką Brytannię, druga natomiast sąsiadujące z nią kraje.

Oswald zajął miejsce na krześle. Chociaż w pokoju była sofa i inne podobne meble jak skórzany fotel, księżniczka Margaret usiadła na samym stole, w dodatku na jednej z map. Oboje mieli na sobie swoje codzienne ubrania.

Pokojówki spojrzały na osobę, która właśnie weszła. Co prawda, wszystkie były kobietami, jednak niepokoiła je zbroja, którą miała na sobie świeżo przybyła.

– Porucznik Glenda Graham składa raport – powiedziała, składając ukłon.

– Dobrze się spisałaś.

Podwładni Oswalda jak zawsze wykazywali się uprzejmością, jeszcze nigdy nie zachowali się niestosownie.

Margaret wyglądała na szczęśliwą.

Nie była za wysoka, jednak dzięki temu, że usiadła na stole, miała oczy na tym samym poziomie co Oswald.

– Oj, oj, co się dzieje, Oswaldzie?

– W czym rzecz, moja kochana księżniczko?

– Glenda już tu jest.

– Wyznaczyłem jej nowe zadanie, dlatego przywołałem ją z Applewood.

– Fufuf... Pamiętam coś o karze śmierci dla osoby, która zawiodła. Wyjaśnij, co się tu w takim razie dzieejeeee.

Księżniczka zawsze dostawała to, czego tylko zapragnęła, a codzienna rutyna ją nudziła, tak więc ta nieoczekiwana sytuacja wprawiła ją w dobry humor.

Spojrzała na Glendę – jej oczy wyglądały, jakby biło od nich światło. Były piękne, jednak jednocześnie samo spojrzenie sprawiało wrażenie przerażającego.

Glenda stanowiła elitę wśród brytańskiej armii, jej odwaga także nie miała sobie równych, w tym momencie jednak nie potrafiła skryć niepokoju.

Margaret nie była zwykłą księżniczką. Nawet królowa nie mogła ot tak po prostu skazać kogoś na śmierć, taka decyzja musiałaby zostać zatwierdzona przez senat. Jeżeli dwudziestu z trzydziestu parlamentarzystów zgłosiłoby sprzeciw, rozkazu by nie wykonano. To jednak nie dotyczyło Margaret. Wszelkie jej zachcianki natychmiast spełniano. Oswald był jedynie pułkownikiem, więc miał nad sobą trzy stopnie generalskie, jednak nikt wyższy rangą nie przebywał w stolicy. W dodatku rycerz ten posiadał na tyle silny autorytet, że jego decyzje miały wpływ na całą brytańską armię.

Margaret się zamyśliła, czekając na to, co powie Oswald, który milczał już przez jakiś czas.

Glenda przełknęła głośno ślinę, a następnie, kłaniając się ponownie, wykrzyczała:

– N-Najmocniej przepraszam!

– Za co? Za pozwolenie Liz na ucieczkę z Applewood, zgubienie tropu czy może za fakt, że się urodziłaś?

– Uch...

– Glendo, to nie wypada. Masz piękną twarz, nie powinnaś robić tak strasznej miny.

– Ugh... By odpokutować, złapię chłopaka, który towarzyszył księżniczce Elizabeth.

– Tym nie musisz się tak przejmować. Prawdę mówiąc, cieszę się, że spotkam Liz wcześniej.

– Rozumiem... – Oswald w końcu dołączył do dyskusji.

– Moja księżniczko, pozwól temu oficerowi złożyć raport o wykonanej karze śmierci.

– Fufu, niech więc mówi. Nawet jeżeli cenisz sobie podwładnych bardziej ode mnie.

– Jakbym śmiał. Zgodnie z rozkazem jako przykład dla całej armii przeprowadzono egzekucję osoby, która nie wykonała twego rozkazu.

– Ojej, cóż więc właściwie się stało?

– Co prawda, ma mądra księżniczka bez wątpienia o tym wie, ale Glenda nie dowodziła w Applewood. Jest jedynie porucznikiem. Dowodził tam tego dnia podpułkownik.

– Aaach. – Margaret pokiwała głową, nie skrywając przy tym radości. – Jaka szkoda, że tego uniknąłeś. Chciałam zobaczyć, jak robisz zakłopotaną minę. Cały mój wysiłek poszedł na marne.

– Niżsi rangą oficerowie jak ona są jedynie kamieniami pod twymi nogami, nie musisz zwracać na nich uwagi, wasza wysokość.

Margaret wzruszyła ramionami, a potem przywołała jedną z pokojówek, która przyniosła jej kubek.

Oswald wrócił do tematu.

– Poruczniku, według twoich raportów księżniczka Elizabeth nie przybędzie bezpośrednio do stolicy.

– Tak! – Glenda stanęła na baczność. – Księżniczka Elizabeth musi tutaj wrócić przed rankiem dwudziestego trzeciego. Nie może użyć pociągu, tak więc jej jedynym wyjściem jest powóz, a to ma swoje ograniczenia. – Kobieta wskazała palcem mapę.

Oswald podążył za jej wzrokiem. Co prawda, na części tej mapy siedziała, pijąca herbatę, księżniczka Margaret, jednak całkowicie zignorował ten fakt.

– Chodzi o pokonanie zewnętrznych murów stolicy, czyli coś, czego samotny chłopak nie jest w stanie zrobić – podsumował.

Glenda wysłuchała tego wniosku, nie ruszając nawet palcem, a Margaret... skarżyła się, że herbata jest chłodna, przez co pokojówka, którą ją podała, zaczęła panicznie przepraszać.

Nagle księżniczka spytała:

– Ej, Oswaldzie? Liz naprawdę tam pojedzie?

Mimo tak nagłego pytania mężczyzna odpowiedział:

– Przypuszczam... Że kierują się do fortu Gray Bridge.

Według raportów, znajomości krewnych Elizabeth oraz jej wiedzy geograficznej nie miała po prostu innego wyboru. Oczywiście istniała szansa, że się podda i polegając na swoim towarzyszu, ucieknie do Belgarii... Jednak nie była osobą, która zrobiłaby coś takiego. Zresztą w takim przypadku nie ryzykowałaby pojawienia się w Applewood.

– Fort Gray Bridge?

– Tak.

– Fufu... Innymi słowy, całkiem niedaleko.

Margaret w uwodzicielski sposób poprawiła nogi; prawie można było dostrzec, co ma pod spódnicą. Oswald pozostał niewzruszony, Glendę natomiast aż wmurowało. Na odsłoniętym teraz fragmencie mapy, na obszarze pomiędzy fragmentem wysokiej jakości sukni i śnieżnobiałymi nogami księżniczki leżał obszar w pobliżu Queen’s Tower.

Margaret spojrzała uwodzicielsko na Oswalda.

– Fufu... Gray Bridge. Ciekawe, gdzie on leży na mapieee.

– Tutaj, wasza wysokość.

Oswald bez zawahania wskazał palcem miejsce na mapie, wsadzając rękę pod spódnicę księżniczki. Czuł przy tym ciepło bijące od jej ciała.

Margaret uniosła głos.

– Aaaaaach, bliżej, niż sądziłam.

– Co prawda, nie ma tam linii kolejowej, jednak powozem można tu dotrzeć w przeciągu dnia. Pieszo zajęłoby im to pięć.

– Więc... wyślesz tam Glendę?

– Tak, a wraz z nią oddział muszkieterów. Jeżeli zajdzie taka potrzeba, pomogą jej schwytać księżniczkę Elizabeth żywcem.

– Oczyyywiiiścieee.

– Nigdy więcej nie zawiodę twej wspaniałej osoby. Proszę czekać na dobre nowiny.

– Fufu.. Mam nadzieję, że dotrzymasz obietnicy.

– Tak. – Oswald przez chwilę nie wiedział, jak ma odpowiedzieć.

Margaret wyciągnęła ręce, dotykając z uśmiechem jego policzków.

– Też chcę tam pojechać. Mam dość tego nudnego miejsca.

– Rozumiem... Wedle twej woli – odrzekł. Tylko tyle był w stanie zrobić, ponieważ nie mógł poruszyć nawet palcem.

Księżniczka nagle zabrała ręce i elegancko zeszła ze stołu. Pokojówki stojące do tej pory bez ruchu dopiero teraz zareagowały. Była jak dziki kot, pełna życia i niebywale zwinna.

– Wspaniale, Liz, po prostu wspaniale. Tak się cieszę. Co powinnam włożyć na nasze spotkanie? Którą suknię? Muszę dobrze wyglądać.

Pokojówki podążyły za Margaret, która skierowała się do drzwi. Po jej wyjściu w pokoju ponownie zapanowała cisza i spokojna atmosfera.

Oswald położył dłoń na czole i westchnął, a potem spojrzał na Glendę, rumieniącą się aż po uszy.

Co prawda, była od niego starsza... Nie, porównywanie ich w ten sposób... Zbyt okrutne.

– Po prostu zostaw wszystko muszkieterom i straży Margaret.

Oswald podał Glendzie dokumenty. Kobietę to wyraźnie zdziwiło.

– Hmm? Wasza ekscelencja to przewidział? – Jej słowa mogły wydawać się aroganckie, jednak miała rację.

Oswald wzruszył ramionami.

– Tylko głupcy nie biorą parasola tylko dlatego, że akurat w tym momencie nie pada.


Rozdział 4: Płonąca wieża[edit]

Dojście z miasta leżącego u stóp góry do fortu Gray Bridge zajęło im niecałe dwie godziny. Zdążyli tuż przed zmierzchem.


Co będzie, jeśli zatrzymają nas przy wejściu? - zamartwiał się Bastian. Jednak fortem dowodził wujek Elise, która dotychczas wiele razy go odwiedzała, dlatego też strażnik przy bramie od razu ich rozpoznał. Złożył dziewczynie jednocześnie kondolencje po śmierci królowej i poprowadził przez kamienny korytarz.

Forteca Bridge została zbudowana na południowej części góry, pomiędzy dwiema rzekami. Za twierdzą znajdowało się zbocze, a przed nią głęboki wąwóz, ponad którym prowadził kamienny most. Góry za fortem były pokryte grubą warstwą śniegu, więc jedyną prowadzącą do niego drogę stanowił właśnie ten most.

Powinny istnieć jeszcze jakieś inne sposoby, żeby się tu dostać - pomyślał Bastian. Wnioskując po rozmiarze zamku, zapewne znajduje się w nim tysiąc do tysiąca pięciuset osób. Zdobycie go byłoby wyjątkowo trudne.

Elise spytała wciąż obserwującego teren chłopaka:

- Taki zamek to rzadki widok, Bastianie?

- Nie.

- A jest w nim coś wyjątkowego?

- Nie. Po prostu gdy widzę jakąś fortecę, zawsze zaczynam myśleć nad sposobami, jak ją zdobyć.

- Nikt nie pomyślałby o czymś takim...

- Naprawdę?

Budynki wewnątrz miasta dzieliły się na dwa typy. Pierwszym były budowle wydrążone wewnątrz skały, używane przez żołnierzy, resztę stanowiły ceglane budynki, jak dla przykładu wieże. W Belgarii forty miały zwykle jedną, obserwacyjną, w Wielkiej Brytanni natomiast posiadały ich zawsze cztery.

Nie tylko forty, ale i miasta mają tyle wież. Po co im tak dużo?

Strażnik poprowadził ich do najwyższej z nich, a konkretnie do prostego pokoju, w którym znajdował się tylko stół i krzesła. Siedzący tam mężczyzna wstał, mówiąc z uśmiechem:

- To wspaniale, że nic ci nie jest... Elizabeth.

- Wujku!

Elise, przepełniona emocjami, pobiegła w jego kierunku. Mężczyzna także ruszył w jej stronę.

- To wspaniale, że udało ci się tu dotrzeć w jednym kawałku.

Pięćdziesięcioletni Bruno Carlos Victoria z powodu trwającego okresu żałoby był ubrany na czarno, co sprawiało, że wyglądał jak członek jakiejś sekty. Poza tym jego prosty strój pasowałby raczej do markiza albo pułkownika.

Elise zaczęła płakać ze szczęścia, martwiący się o jej życie wujek także prawie się rozpłakał.

- Cóż... W końcu możemy odpocząć - stwierdził z ulgą Bastian.

- Wszystko dzięki tobie - dodała Elise.

- Nie. To przez wysiłek, jaki włożyłaś w podróż. Ja tylko podałem ci pomocną dłoń.

- Nawet jeśli, gdyby nie ty, ja...

- Rozumiem. W zamian po dotarciu do Queen’s Tower przeczytaj moje arcydzieło i wyślij mi swoją opinię!

- Ach, oczywiście.

Elise się uśmiechnęła, wycierając jednocześnie łzy.

Bruno Carlos i Bastian podali sobie ręce. Uścisk mężczyzny po pięćdziesiątce był bardzo silny, jak przystało na kogoś, kto codziennie ciężko trenuje.

- Nie wiem, jak mam ci dziękować. Jestem ci dozgonnie wdzięczny za pomoc, jakiej udzieliłeś Elise.

- Nie przywykłem do podziękowań. Musimy jeszcze dotrzeć do stolicy. Przed nami wciąż daleka droga.

- Tak... Właśnie... Jeżeli chodzi o to... Muszę ci coś powiedzieć.

- Tak?

- To bardzo ważne.

- Rozumiem. - Bastian pokiwał głową, puszczając dłoń mężczyzny.

Bruno Carlos spojrzał na Elise.

- Elizabeth, możesz pójść do jadalni? Żołnierz cię tam zaprowadzi. Ja muszę omówić coś z Bastianem.

Liz zrobiła niepewną minę, więc Bastian powiedział:

- W porządku, idź.

Co takiego chcesz mi powiedzieć? Szybciej, mów. Chcę zjeść z Elise - pomyślał chłopak.

Elizabeth na odchodne rzuciła jeszcze:

- Do zobaczenia, Bastianie.

Po tym, jak wyszła, ten spytał:

- O czym chcesz rozmawiać?

- Jesteś Belgarianinem, tak? - Bruno Carlos przeszedł od razu do sedna.

Bastian pokręcił głową.

- Heeeeh, wydało się.

Nawet jeżeli nosił okulary przeciwsłoneczne, jego pochodzenie zdradzało już samo imię. Co więcej, mówił z wyraźnym belgarskim akcentem.

Widać przede mną długa droga do opanowania brytańskiego języka - pomyślał.

- Jesteś na ustach całej armii. Nawet jeżeli cywile o tobie nie słyszeli, plotki na twój temat rozchodzą się pomiędzy żołnierzami.

- Ach, rozumiem.

W końcu z wielką łatwością pokonał doskonale wyszkoloną Glendę.

Bruno Carlos pokręcił głową, robiąc zakłopotaną minę.

- Ja... chciałbym szanować przyjaciela Elizabeth, ale co sobie żołnierze pomyślą?

- Co...

- Coraz więcej osób pragnie wojny, bo myślą, że to poprawi naszą sytuację ekonomiczną.

- Naprawdę? Nikt się temu nie sprzeciwia? O tym, co tak naprawdę zyskali, przekonają się dopiero po rozpoczęciu wojny.

- Ja się jej sprzeciwiam.

- W przeciwnym razie miałbym spory problem!

Gdyby Bruno Carlos zmienił teraz zdanie, Bastian i Elise znaleźliby się w bardzo trudnej sytuacji.

- Królowa Charlotte często przytaczała jako przykład sytuację dwóch wiosek.

- Ach, Elise też to opowiadała! Więc to królowa ją tego nauczyła.

- Wszyscy pacyfiści znają tę historię i zgadzają się z nią.

- Ja też ją rozumiem. Co prawda, Belgaria bez przerwy prowadzi wojnę, jednak wierzę, że sytuacja byłaby lepsza w czasach pokoju.

Jednocześnie Bastian pamiętał o Latreille, który uważał, że prowadzenie wojen jest niezbędne do przetrwania Belgarii.

Bruno Carlos westchnął.

- W każdym razie obywatele nawołują do wojny. O ile się nie mylę, Elizabeth także jest pacyfistką i się jej sprzeciwia.

- Oczywiście.

Dlatego właśnie opuściła szkołę wraz z rycerzami, po czym o włos nie straciła życia z rąk żołnierzy popierających wypowiedzenie wojny. W zamian za ocalenie obiecała przeczytać książkę Bastiana. Noc spędzili w zajeździe w Applewood, gdzie następnego poranka dowiedzieli się o śmierci królowej. Dodatkowo armia cały czas ścigała Elizabeth, co doprowadziło do starcia z rycerzem o imieniu Glenda, ucieczki z miasta i spotkania przyjaznego handlarza, który zawiózł ich w miejsce, gdzie obecnie się znajdowali.

- Elise na pewno sprzeciwia się wojnie.

- Jednak poddani nie pójdą za królową, która ma belgariańskiego przyjaciela, który w dodatku nosi to samo imię co książę tamtego państwa.

- Co?!

Bastian nigdy wcześniej o tym nie pomyślał.

Bruno Carlos kontynuował:

- Uznaliby, że królowa nie jest pacyfistką, tylko marionetką w rękach Belgarii.

- O co tu niby chodzi... Jestem...

Nie... to nie pomoże, on i tak to powie.

- Gdybyś był najemnikiem albo po prostu kimś, kogo wykorzystywała, aby tu dotrzeć, problem by nie istniał. Jesteś jednak jej przyjacielem, w końcu pochodzisz z Belgarii!

- Ach...

Pod Bastianem załamały się nogi. Sądził, że wszystko się skończy, kiedy dotrą do stolicy, jednak dla Elise sama jego obecność stanowiła problem.

- W cieniu królowej nie może być żadnego belgarianina. Inaczej parlament, mimo że Elizabeth została wybrana przez jej wysokość Charlotte na swoje miejsce, może ją po prostu odrzucić.

- ...

Bastianowi odebrało mowę. Nigdy taka możliwość nawet nie przyszła mu do głowy.

- Elizabeth jest dla ciebie ważna, prawda? W takim razie na pewno się ze mną zgadzasz - kontynuował mężczyzna pewnym siebie tonem. To nie był rozkaz ani obarczenie winą. Bastianowi przypomniał się jego dziadek.

- W końcu tylko jej pomagałem. Jeżeli moja obecność stanowi dla niej problem, rozwiązanie jest proste.

Bruno Carlos z niecierpliwością czekał na dalsze słowa Bastiana.

- Moje zniknięcie wszystko rozwiąże.

Zapadła cisza.

Nie chciał tego, jednak takie było najlepsze rozwiązanie tej sytuacji.

Bastian położył dłoń na okularach i odwracając się, rzucił:

- Resztę zostawiam w pańskich rękach.

- Nie chcesz się z nią pożegnać?

- Żołnierze pragnęliby ujrzeć nową królową płaczącą nad rozstaniem z jakimś Belgarianinem? Nie.

- Masz rację.

Wizja tak niespodziewanego i ponurego pożegnania sprawiła, że Bastian strasznie spochmurniał. Zdawał sobie sprawę, że wcześniej czy później będą musieli się rozstać, jednak sądził, że dotrą razem przynajmniej do stolicy.

- Mam jej coś przekazać?

- Hmm? Ach, proszę...

Bastian sięgnął po swoją książkę, którą miał u pasa, jednak jego dłoń zatrzymała się w powietrzu.

Gdyby wręczył jej książkę napisaną w belgarskim... Na pewno by ją przeczytała, jednak to wywołałoby jednocześnie zamieszanie podczas okresu, w którym miała przejąć tron. Oczywiście powodem tego byłaby wspaniałość jego dzieła. Ciągłe myślenie o tej książce mogłoby przysporzyć Elise sporo problemów, a nawet doprowadzić do odrzucenia przez parlament. Poza tym, gdyby dostała ją od kogoś tak upartego jak Bruno Carlos, pewnie nawet by jej nie przyjęła.

Nie... Skoro to prezent dla członka rodziny królewskiej, pewnie najpierw by ją przejrzeli.

Książka reprezentowała uczucia autora. Chciał, by przeczytała ją konkretna osoba, nie jakiś obcy.

To byłby dopiero wstyd!

Bastian skrzywił się, kładąc w końcu rękę na piersi.

- Nic... Nie chcę jej nic przekazać.

- Doprawdy? To może przynajmniej jakąś wiadomość?

- Huu... Święty rycerz rozpoczął nową podróż, gdyż wzywała go ciemność gromadząca się gdzieś w oddali.

Bruno Carlos pokiwał głową, pytając:

- To jakiś kod?

- Nie, przepraszam. Proszę zapomnieć o tym, co powiedziałem.

Nie powinienem używać tak poważnego tonu. Ta kwestia lepiej pasowałaby do ucieczki z ojczyzny - pomyślał Bastian.

Bruno Carlos chciał dać mu trochę złota, jednak chłopak odrzucił tę propozycję i po prostu wyszedł z pokoju.

- Cóż, ta podróż była naprawdę zabawna.

- Przekażę jej - odparł Bruno Carlos z bólem. Kiedy drzwi zamknęły się za Bastianem, dodał: - Przepraszam.


Elise dotarła do okrągłej jadalni z okrągłymi stołami; nawet krzesła miały tam taki kształt.

Bastian musi być głodny, więc pewnie przybiegnie tu, jak tylko skończą - pomyślała.

Jednak długo się nie pokazywał, przez co zaczęła mieć złe przeczucia i spróbowała wrócić do pokoju wujka, jednak tam została zatrzymana przez strażnika.

- To rozkaz dowódcy. - Po usłyszeniu tego po raz trzeci zaprzestała prób wejścia do środka.

Była kłębkiem nerwów, ale w końcu uznała, że skoro chodzi o Bastiana, na pewno wszystko skończy się dobrze i że to on pewnie zamartwia się o nią.

Jakiś czas później jej wujek wyszedł z pokoju, odwołując natychmiast żołnierzy.

Elise spytała niepewnie:

- On...

- Przepraszam, że czekałaś, Elizabeth.

- Wujku, on...?

- Jeżeli chodzi ci o Bastiana, dla twojego dobra odszedł. Powiedział, że ta podróż była naprawdę zabawna.

Po usłyszeniu tych słów Elise chciała wybiec przez drzwi.

- Niemożliwe!

- Nie możesz! - Zatrzymał ją gniewny krzyk. - Zrobił to dla ciebie! Rozumiesz, Elizabeth?!

- A-Ale...

Elise to pojmowała. Gdyby była blisko z Belgarianinem, mogłoby to przysporzyć jej wiele problemów. Mimo to łzy zaczęły spływać po jej policzkach.

- A-Ale nawet się nie pożegnał. Jest taki samolubny...

- Chcesz pozwolić, aby żołnierze zobaczyli, jak płaczesz? Jego poświęcenie ma iść na marne? Jeżeli nie wypełnisz woli królowej Charlotte, ja... - Bruno Carlos nagle urwał.

- He? - Elizabeth dostrzegła łzy w oczach wuja.

- Przepraszam.

- Wujku?

- Idź coś zjeść. Podróż musiała być ciężka. Powinnaś też się wykąpać.

Elise zrozumiała, że może jedynie posłuchać polecenia, jednak jej serce się sprzeciwiało i nie potrafiło zaakceptować takiego pożegnania.

- Siadaj.

Bruno Carlos podniósł przewrócone krzesło. Siadając, podparł się ramieniem, wyglądając przy tym jak pochmurne dziecko, a następnie podał Elise łyżkę.

- Taki posiłek ci odpowiada? Nas, żołnierzy, uczy się, że jedzenie i odpoczynek należą do naszych obowiązków. Tobie chyba też to wpojono.

- Tak.

Jednak łyżka wydawała się Liz wyjątkowo ciężka, a zupa przed nią, mimo że z pewnością była pyszna, wyglądała jak talerz pełen błota.

Dziewczyna poruszała ustami, nic ponad to.

- Bastian naprawdę odszedł?

W tym momencie rozległo się pukanie do drzwi.

Bastian?! - W sercu Elise zrodziła się nadzieja, jednak głos dochodzący zza drzwi należał do obcej osoby.

- Raport!

- Poczekaj chwilę.

Bruno Carlos wstał z krzesła i otworzył drzwi. Stojący za nimi żołnierz natychmiast się ukłonił.

- Przepraszam, że przeszkadzam w posiłku.

- Księżniczka Elizabeth jest zmęczona, przejdźmy do innego pokoju.

- Tak jest!

- Niedługo wrócę - powiedział Bruno Carlos i wyszedł, zostawiając Elise samą.


Bastian biegł przed siebie. Na początku był załamany, jednak później wezbrała w nim złość.

- Aaaaa!

Krzyczał, próbując rozładować nagromadzone emocje i zanim się zorientował, znalazł się w pobliżu miasta. Drogę, która wcześniej zajęła im dwie godziny, pokonał w zaledwie dziesięć minut.

Kiedy słońce schowało się za horyzontem, Bastian był już na jednej z ulic miasta, gdzie jedne sklepy zamykały działalność, a inne dopiero ją otwierały.

- Witam! Proszę spróbować!

Jeden z handlarzy starał się przyciągnąć jego uwagę.

- Ja?

Przy drodze stał kamienny piec z pieczonymi ziemniakami, w tym także słodkimi.

- Jesteś uczniem, prawda? To rzadki widok w tych stronach! Może świeżego, pieczonego słodkiego ziemniaka?

- Ziemniaka? Nie mam przy sobie pieniędzy... Ach, może to się nada. - Bastian zdjął swoje okulary przeciwsłoneczne. - Mogę dać je w zamian?

- Aaaach?! Nawet wszystkie moje ziemniaki nie są tyle warte!

- Nie, w porządku.

- Nie mogę! Handlarz musi być szczery. Wolę nie brać większej zapłaty, niż powinienem.

- Doprawdy?

- Tak! Właśnie! Weź jeden za darmo, bo zaraz padniesz mi tu z wycieńczenia.

- Przepraszam...

- Jeżeli chcesz zapłacić, wystarczy symboliczny grosz. Co powiesz na jednego funta?

- Tak drogo?! Gdzie się podział uczciwy handlarz?

Kupiec się zaśmiał.

Minęło jednak wiele czasu od ostatniego posiłku Bastiana. Chłopak usiadł na krześle stojącym przy odwróconym koszu, który pełnił rolę stolika, a handlarz podał mu pieczonego ziemniaka na patyku - wciąż gorącego, jednak zdecydowanie niedosolonego.

Pyszny!

Po tym, jak skończył, handlarz powiedział:

- To się nazywa apetyt. Masz kolejnego!

Drugiego ziemniaka Bastian także pochłonął w mgnieniu oka. Jadł je tak szybko, że do stoiska zaczęli schodzić się ludzie, myśląc, że tutejsze przysmaki są aż tak smaczne. Mimo tak późnej pory biznes kwitł i już po chwili wszystkie miejsca przy stoisku były zajęte. Jeżeli sprzedawca dawał chłopakowi jedzenie, licząc na taki właśnie efekt, musiał być naprawdę zdolnym kupcem.

Bastian czuł się pełen. Rozładował się wcześniej, biegnąc z krzykiem, a teraz zjadł i jego przygnębienie powoli znikało.

Westchnął głęboko.

- Heh. Cóż, może tak będzie lepiej. W końcu przyjechałem tu się uczyć i uciec od intryg w mojej ojczyźnie. Nie mogę angażować się w politykę tego kraju.

Wierzę, że wujek Elise bezpiecznie dostarczy ją do stolicy.

Ciągle miał ją przed oczami.

Zszokowane miny po jego słowach, pełną determinacji twarz, kiedy odrzucała jego pomysły, oraz opanowanie, kiedy mu docinała.

He? Czemu myślę o takich rzeczach? Czyżbym oszalał? Nie mam lepszych wspomnień? - Rozmyślając, spojrzał w bok, gdzie najwyraźniej coś się działo.

- Hej! Dwadzieścia porcji!

- Już! Proszę chwilę poczekać!

Stała tam grupa najemników.

Ponad dziesięciu. Miasto jest ich pełne...

Bastian uniósł brwi i spytał handlarza:

- Czemu w tym mieście przebywa aż tylu najemników? Zawsze tak było?

Sprzedawca stojący do niego plecami, zajęty pieczeniem kolejnych porcji jedzenia, odpowiedział:

- Nie, zwykle nie. Dla mnie to pierwszy raz, ale dzięki dowódcy jednostki gromadzącemu najemników interesy w mieście kwitną.

- Gromadzi ich? Szykuje się do wojny?

- Niby skąd mam to wiedzieć?

- No tak...

Od strony najemników dobiegł śmiech.

- Jestem naprawdę wdzięczny, że najęli nas tuż przed wojną.

- Dobry interes!

- Racja! Hahaha!

- Ej, robi się ciemno, uczniowie powinni chyba iść do domu.

Sądząc po akcencie, nie są stąd. Pewnie ściągnięto ich z daleka, co znaczy, że Bruno Carlos przygotowuje się do wojny.

Serce Bastiana prawie stanęło.

- Czemu pacyfista... sposobi się do wojny?

Słysząc to, najemnicy wybuchnęli śmiechem.

- Pacyfista?! Hmph, te śmieci już dawno temu zostały wyrzucone z armii!

- Co?

- Spójrz! To nowy miecz, a to nowa strzelba. Można je dostać w całym kraju. Nie przegramy z nikim, ani z Belgarią, ani z Hispanią!

- Racja!

Bastian wstał.

- To jakieś żarty?! On... Co on zamierza zrobić z Elise?!

Spojrzał w stronę góry, gdzie dostrzegł rząd pochodni przesuwających się w kierunku fortecy.

- Hę? Co jest?

Sprzedawca spojrzał w tę samą stronę.

- Nie sądzę, żeby o tej porze szli tam jacykolwiek najemnicy. To pewnie jacyś wojskowi.

Bastian wiedział, że nie ma czasu dłużej tam zostać, i po prostu ruszył przed siebie.

Ale byłem lekkomyślny!


================================================


Elise zaskoczyła informacja, że czeka na nią jakiś gość - w końcu jedynie Bastian wiedział o jej obecności w forcie.

Może to burmistrz tego miasta? Czyżby ktoś już się o mnie dowiedział?

Elise spytała o to Bruno Carlosa, jednak nie otrzymała odpowiedzi.

- Lepiej nie kazać im czekać zbyt długo.

- Rozumiem.

Elise wzięła kąpiel, a następnie przebrała się w wieczorową suknię. Ta nie była jednak koloru niebieskiego (taką jej matka przygotowała na wypadek objęcia tronu), lecz czerwona, zupełnie jakby zabarwiona winem. Dodatkowo nie brakowało jej falbanek, a bok znaczyło cięcie odsłaniające nogi, przez co Liz czuła się strasznie niezręcznie.

Czyżby wujo gustował w takich strojach? - Nie mogła zrozumieć, dlaczego podarował jej taką suknię.

Bruno Carlos w milczeniu poprowadził ją krętymi schodami na najwyższe piętro wieży, a następnie zapukał do drzwi. Otwierając je, powiedział:

- Naprawdę przepraszam.

Elise, rozumiejąc nagle, jak wielki błąd popełniła, znieruchomiała, nie mogąc wydusić z siebie ani słowa.

Na sofie, stojącej na środku pokoju, siedziała księżniczka Margaret.

- Dobry wieczór, Liz. Jak zdrowie?

- Księżniczka Margaret...

- Ufufu. Pomiń tytuł. Może i nie jesteśmy ze sobą blisko, ale rodzina to rodzina.

- Ach, ta sukienka...

Margaret miała na sobie taką samą sukienkę. Jej czarne włosy wyglądały na niej, jakby ktoś wlał kilka kropel atramentu do wykwintnego wina.

- Wspaniale, doskonale w niej wyglądasz. Bałam się, co zrobić, gdyby nie przypadła ci do gustu - powiedziała z delikatnym uśmiechem.

- Ach, dziękuję.

- Coś nie tak? Nie chcesz usiąść?

- Dobrze.

Elise zebrała w sobie odwagę i weszła do środka.

Margaret poklepała miejsce obok siebie, jednak Elizabeth wahała się przed zajęciem wskazanej jej miejscówki.

- Wolę postać.

Margaret nie dotknął fakt, że Elise stanęła w pewnej odległości od niej; cały czas uśmiechała się serdecznie.

W okrągłym pokoju były trzy okna oraz drzwi, strzeżone teraz przez Bruno Carlosa. W środku przebywał także rycerz ubrany na biało, stojący nieruchomo jak jakiś posąg. Miał niebieskawe włosy i jasnoniebieskie oczy, a u pasa przypięty dobry miecz.

Kiedy Margaret zauważyła, że Elise na niego spogląda, powiedziała:

- Masz wyjątkową okazję, przedstaw się.

Rycerz, składając ukłon, rzekł:

- To zaszczyt cię poznać, księżniczko Elizabeth. Jestem Oswald Coulthard, porucznik i oficer operacyjny w sztabie armii Wielkiej Brytanni.

Mężczyzna roztaczał wokół siebie przerażającą atmosferę.

- Elizabeth Victoria, miło mi.

Margaret wyciągnęła rękę, dotykając palcem brzucha rycerza.

- Ufufu, to Oswald powiedział mi, że tu będziesz. Naprawdę jest wszechwiedzący.

- Och, moja szlachetna księżniczko, twój pokorny sługa nie zasługuje na takie pochwały. Jestem tylko nędzną żabą w studni. Księżniczka Elizabeth dotarła tutaj pół dnia wcześniej, niż sądziłem.

- Doprawdy? Więc będę cię teraz nazywać żabcią.

Elise straciła siłę w nogach.

- Czyli... Wszystko... Przewidział wszystko? Jak?

- Bez obaw, nie dałaś nam żadnych wskazówek. Po prostu nie miałaś innej opcji.

- Ale... To przecież...

To była naprawdę ciężka podróż. Graham i sześciu rycerzy oddało życie, aby ją bronić, Bastian także ryzykował wiele, byle jej pomóc. Elise zrobiła wszystko, co w jej mocy, żeby tam dotrzeć, tylko po to, by dowiedzieć się, że tańczyła jak marionetka w takt muzyki granej przez Oswalda. W dodatku jego spojrzenie było całkowicie wyprane z emocji, a w oczach nie dało się dostrzec ani dumy, ani współczucia, po prostu patrzył się na Elizabeth.

- Królowa Charlotte często o tobie wspominała. Mówiła, że jesteś inteligentny, łagodny, bez osobistych aspiracji, stawiający pracę ponad własne problemy.

- Doprawdy? Wasza wysokość mi schlebia. - Te słowa jednak postawiły Elise na baczność. - Jesteś taka sama jak królowa Charlotte, nie potrafisz patrzeć na rzeczy pełnowymiarowo. Ten kraj przekroczył już punkt bez powrotu, po tym spotkaniu zrobił nawet parę kroków dalej. Frakcja pacyfistów to dla nas jedynie przeszkoda.

Elise zacisnęła zęby.

- Więc według ciebie ten kraj jest obecnie pełen orędowników wojny? To trochę dziwne, że tak wielu ludzi w zaledwie kilka lat radykalnie zmieniło poglądy.

- W rzeczy samej, nie mogę temu zaprzeczyć.

- Czego chcesz w zamian za poświęcenie tych wszystkich istnień podczas wojny?

Oswald położył dłoń na brodzie, jednocześnie się uśmiechając.

- Królowa Charlotte spytała mnie o to samo. Moją odpowiedzią było bogactwo.

- To...

Margaret wzruszyła ramionami.

- Cóż za nieszczęście. Myślenie o pieniądzach nie ma sensu. To byłoby naprawdę przykre, gdyby Oswald nie rozumiał, że nie pragnę rzeczy, które posiadam.

- Ależ rozumiem. Jednak twój wierny sługa jest osobą przyziemną i ma proste pragnienia.

- Cóż za zawód.

Margaret lekko stuknęła Oswalda.

Elise wróciła do próby wybadania ich intencji.

- Naprawdę chodzi o bogactwo? To miałoby sens, jednak nie sprawiasz wrażenia osoby kierowanej pragnieniem zdobycia fortuny.

- Hoo. Rozgryzłaś mnie już przy pierwszym spotkaniu.

- Gdybyś był chciwy, Margaret nigdy nie chciałaby z tobą pracować.

- Och?

- Właśnie! Nie wiedziałam, że Liz tak dobrze mnie zna. Czuję, jakbyś była w stanie przejrzeć mnie na wylot. Aż moje serce zaczyna szaleć.

Oswald pokiwał głową z podziwem.

- Cóż za spostrzegawczość. Chociaż czego innego by oczekiwać od osoby wybranej przez królową Charlotte? Muszę przyznać, iż jestem ignorantem. Księżniczko Elizabeth, nie brak ci inteligencji. Dokładnie tak, jak mówisz, nie chodzi mi jedynie o bogactwo.

- Czyli?

- To kwestia samej wojny. Pieniądze są niezbędne do jej prowadzenia. Konflikt z Belgarią ma posłużyć do zdobycia funduszy na dalsze kampanie. Wojna bez końca, aż moje ciało się rozłoży, wszyscy żołnierze i szlachta padną trupem, aż ten kraj stanie na krawędzi upadku. Do tego właśnie jest mi potrzebna wojna, a by ją prowadzić, trzeba mieć fundusze.

- Och, jakże ciekawe, dzięki temu nie będę się w ogóle nudzić.

Elise otworzyła szeroko oczy i wykrzyczała w stronę Oswalda:

- C-Co?! Ty nie żartujesz?!

- Jestem jak najbardziej poważny.

- Dlaczego?!

- Ponieważ wypełniał rozkaz władczyni tego kraju, księżniczki Margaret.

- Co?!

Margaret śmiała się, trzymając się za brzuch, co brzmiało wyjątkowo złowrogo.

Elise kipiała gniewem do tego stopnia, że z oczu zaczęły wypływać jej łzy.

Oni... Oni bawią się krajem! Robią to wszystko tylko po to, żeby zabić nudę!

Dziewczyna spojrzała w stronę drzwi.

- Bruno Carlos! Porzuciłeś swoje pacyfistyczne poglądy, żeby służyć takim ludziom?! Gdzie się podział dumny żołnierz, broniący Wielkiej Brytanni?!

- Najmocniej przepraszam. Nawet gdybym się im sprzeciwił, skończyłoby się po prostu na zmianie dowódcy tego fortu.

- Arrrr...

Margaret patrzyła, jak Oswald podchodzi do stolika i nalewa herbaty do filiżanki, jednocześnie mówiąc:

- Ten prosty oficer już dawno temu zrozumiał, że tworzenie organizacji przypomina grę w szachy, nie chaos wojny. Na polu walki nie ma królowych mogących skakać przez całą planszę. Z drugiej strony możemy przejmować pionki po stronie wrogiej królowej, wywierając presję na jej armię od wewnątrz, dzięki czemu zyskujemy jeszcze więcej jednostek. Przeciwnik ma ograniczone możliwości, by na to odpowiedzieć, zatem powtarzając ten proces kilka razy, w końcu przejmiemy koronę bez walki.

Margaret wzięła kubek i upiła trochę herbaty.

- Cóż za rzadkość, Oswaldzie. Zwykle nie wdajesz się w takie dyskusje. Musisz mieć dziś wyjątkowo dobry humor.

- Proszę o wybaczenie.

- Nie szkodzi. Teraz moja kolej na rozmowę. Ej, Liz, jaką osobą jest ten Bastian, z którym podróżowałaś?

- He? Skąd...?

- Sprawdziliśmy szkołę. To belgarski szlachcic, jednak samo jego imię przykuwa uwagę, gdyż jest takie samo jak trzeciego księcia tego kraju. Co więcej, podobnie jak on posiada czerwone oczy i nadludzką siłę.

- T-To tylko... przypadek.

- Cóż za pech, że nie mogliśmy go poznać, gdyż Bruno Carlos go odprawił. Jaka szkoda, ciekawe czeeemu?

- N-Najmocniej przepraszam. Raporty mówiły, iż jest wyjątkowo spostrzegawczy. Dla dobra waszej wysokości nie mogłem pozwolić, żeby się do was zbliżył - odpowiedział Bruno Carlos, składając pokłon.

Margaret klasnęła w dłonie.

- Liz, zjedz z nami! Przygotowałam coś specjalnie dla ciebie! - Księżniczka zmieniła nagle temat. Miała w zwyczaju tak robić, kiedy rozmowa zaczynała ją nudzić.

Elise cofnęła się o parę kroków.

- Nie... Nie jestem głodna, dopiero jadłam.

- Naprawdę? Ale i tak chciałabym, żebyś ze mną zjadła. W końcu to twój ostatni posiłek, Liz. - Margaret ogłosiła wyrok śmierci tonem, jakby zapraszała kuzynkę na herbatę.

Elise cofnęła się jeszcze bardziej, aż w końcu dotknęła plecami okna.

- Och...

Wieża zwężała się ku górze, a że byli na jej najwyższym piętrze, dziewczyna nie miała dokąd uciec.

Oswald postawił kubek na stoliku.

- Dziś jest dwudziesty, za dwa dni kończy się Cichy Tydzień i odbędzie się pogrzeb królowej Charlotte.

- D-Doprawdy? Chciałabym tam być. Prawdę mówiąc, muszę za wszelką cenę tam się zjawić.

- Dla waszej wysokości wystarczy, byś dotrzymała towarzystwa królowej - powiedział Oswald, sięgając do miecza.

Margaret otworzyła pudełko, pokazując truskawkową tartę. Elise miała nadzieję, że jest chociaż słodka, ponieważ nie przepadała za gorzkim jedzeniem. Nie wiedziała jednak, że kuzynka celowo wybrała smak, którego ona nie lubiła.

Nie miała drogi ucieczki.

- C...Co... Co wy planujecie?

Margaret się uśmiechnęła.

- Nie wiem, jak Oswald, ale ja jedynie chcę zabić nudę. Ciekawe jednak, jak to jest być szczęśliwym.

- Mój raison d’etre to twoje szczęście.

W tym momencie przez okno wpadło światło, zupełnie jak błysk pioruna, a chwilę później dobiegł brzęk tłuczonego szkła.

Oswald wyjrzał przez okno.

- Więc wrócił. Widać Glenda zawiodła.

- Oj, widać ten wyrok śmierci powinien być jednak wykonany.

- Zrozumiałem.

Nad płonącym zamkiem unosił się ciemny dym.

Chwilę później zza drzwi dobiegło pukanie.

- Raport! Pilny raport!

- Mówże w końcu!

Słysząc wybuch złości Bruno Carlosa, żołnierz powiedział:

- Tamten chłopak wrócił do zamku! Pokonał porucznik Glendę, a następnie sforsował bramę!

- Co?!

Ta wiadomość zszokowała jedynie Bruno Carlosa. Reszta osób w pokoju znała możliwości bojowe Bastiana.

Chwilę później nadszedł kolejny raport.

- Podczas walki z intruzem wybuchł magazyn amunicji! Mimo zmobilizowania całej jednostki nie jesteśmy w stanie ugasić pożaru.

- Głupcy! Przecież tam jest też ropa!

- Wybuchła, kiedy pożar się rozprzestrzenił!

- Ch...

To nie był jednak koniec raportu.

- Oddziały od pierwszego do trzynastego zostały wybite, intruz zbliża się do głównej wieży!

- Dowódco, proszę się wycofać. Obecnie trzydziestu żołnierzy przygwoździło go, ostrzeliwując kolejno rzędami, jednak już teraz mamy doniesienia o poległych w ich szeregach...

Bruno Carlos wykrzyczał:

- Przecież to tylko nastolatek! Jakim cudem tracimy ludzi?!

- To... Po tym, jak ukrył się za ścianą, spadły na nich części budynku! Widziałem go osobiście. Wcześniej nie miał nic w rękach. Nie wiem, skąd on mógł wziąć katapultę, by ostrzelać nas gruzem.

- Co to za brednie?! Jeśli nie przestaniecie zmyślać, osobiście wystrzelę was z katapulty prosto do rzeki!

Dla normalnego człowieka ta sytuacja była po prostu nie do uwierzenia. Intruz nie miał przy sobie żadnej broni, dysponował po prostu nadludzką siłą i szybkością, a to sprawiło, że żołnierze zaczęli panikować.

Oswald wzruszył ramionami.

- Widać to tylko kwestia czasu.

- Ojej, chyba mamy kłopot. Czyżby w tym kryzysie moje życie było zagrożone?

- Tym nie musisz się martwić, ma pani.

Elise po wysłuchaniu raportu nabrała nadziei, a kiedy odgłosy wystrzałów ucichły, jej serce zaczęło szybciej bić i zrobiło jej się gorąco.

On... tu jest?

Dziewczyna sięgnęła do rączki okna, a następnie otworzyła je uderzeniem łokcia. Znajdowali się w wieży stojącej na wysokiej górze, tak więc wiał tam silny wiatr. Chwilę po otworzeniu okna do środka wdarł się ciemny dym i wstrętny smród, co utrudniało oddychanie.

Margaret krzyknęła:

- Nie! Moje włosy!

- Hmm...

Oswald wyciągnął miecz i stanął przed Elizabeth w pozycji do walki, albo raczej zasłonił Margaret.

- Wasza wysokość, proszę się nie ruszać.

- Czemu?

- On już tu jest - odparł, patrząc na wieżę stojącą naprzeciwko.

Elise wychyliła się przez okno, spoglądając na odległą ziemię i strzelających żołnierzy, i krzyknęła:

- Bastianie!

Prawie natychmiast otrzymała odpowiedź.

- A więc to jednak tu.

Dziewczyna spojrzała w górę.

Na wyciągnięcie ręki, nie, raczej tuż przed nią pojawiła się twarz chłopaka.

- Wciąż żyjesz? Nic ci nie jest? Zrobili ci coś?

- Ach...

Elise zalała się łzami.

- Bastianie...

Miał brudną twarz oraz poszarpane, zakrwawione ubrania. Trzymał kilka strzelb, część pod pachą lewej ręki i jedną w prawej dłoni.

- Cz-Czemu płaczesz?! Boli cię coś?!

- Ni-Nie płaczę... T-To od dymu.

- Ach. Wspaniale, że zdążyłem na czas.


================================================


Bastian był już u kresu sił.

Poruszał się szybciej od elitarnych rycerzy, jednak nie od pocisków, choć potrafił przewidzieć tor ich lotu i zrobić unik, zanim jeszcze zostały wystrzelone. Kiedy walczył z wieloma przeciwnikami naraz, musiał przewidywać trajektorię kilku kul w tym samym momencie, jednocześnie biorąc poprawkę na ograniczoną przestrzeń do uników i możliwość, że kolejny pocisk może być wymierzony w miejsce, w które się uchylił. Dzięki swojej nadludzkiej szybkości udawało mu się omijać grad kul, jednak długotrwały wysiłek w końcu go spowolnił i został dwukrotnie trafiony w plecy. Z przodu wyglądał dobrze, ale gdyby go dotknąć, ręka stałaby się cała czerwona od krwi. Nie miał szans wytrzymać dłuższej walki, zwłaszcza że żołnierze broniący fortu otrząsnęli się z szoku. Gdyby teraz ze spokojem go otoczyli, to byłby jego koniec.

Wziął kilka głębokich oddechów.

- Czyżby to... księżniczka Margaret?!

Dziewczyna wychyliła się zza broniącego jej rycerza.

- Jahoo! W końcu się spotykamy!

- Wasza wysokość, to niebezpieczne!

Rycerz zasłonił jej głowę.

- Oswaldzie, co ty wyprawiasz?

- To nie czas na powitania. Ten chłopak samodzielnie sforsował obronę fortu... znacznie przewyższając przewidywania twego skromnego sługi.

Margaret odparła z uśmiechem:

- Jesteś bezużyteczny, panie rybo.

Bastian wymierzył broń w rycerza, wiedząc, że ten się nie ruszy, bo wtedy pocisk mógłby trafić w księżniczkę.

- Żołnierze nie stawiali zbyt wielkiego oporu. Może nie chcieli bronić złej księżniczki, ale wiedzieli, że jeśli się sprzeciwią, ucierpią także ich rodziny?

Oswald pokręcił głową.

- Morale jest tu wysokie, po prostu brak im wyszkolenia do walki z kimś tak szybkim i silnym, jak wasza wysokość Bastian.

- Silny? Chyba zaraz się zarumienię... A, i nie jestem księciem! - Bastian poprawił okulary przeciwsłoneczne. Oczywiście przeciwnik znał jego prawdziwą tożsamość, jednak ten wciąż grał swoją rolę.

Oswald miał bardzo poważną minę, jednak róg jego ust skrzywił się lekko.

- Twoje możliwości można wręcz uznać za oszukiwanie, jednak nawet ty samotnie niewiele wskórasz.

Elise krzyknęła, wychylając się daleko za okno:

- Bastianie, za tobą!

- Uuuuch.

Chłopak szybko kucnął, czując tuż nad swoją głową cięcie, które skróciło przy okazji zasłony w oknach.

Bastian wypuścił broń trzymaną pod lewą ręką, jednocześnie obracając się i strzelając ze strzelby w prawej dłoni. Kula sięgnęła celu, trafiając stojącą za nim Glendę w ramię.

- Ughhh... W... Wciąż mogę walczyć - wydukała, zasłaniając ranę.

- To naprawdę ty?

Walczył z nią wcześniej przy bramie. Nie chciał jej zabić, tylko wyłączyć z dalszej potyczki. Jej obecność tutaj sprawiła, że zaczął się zastanawiać, czy Wielka Brytannia ma kogoś o nadludzkich możliwościach jak on. Z zadumy wyrwał go krzyk. Spojrzał w stronę okna, z którego wypadała Elise, trzymając się jedynie jego krawędzi.

Oswald podszedł do niej z mieczem w dłoni.

- To nieelegancki sposób, ale pora w końcu zakończyć to przedstawienie.

- Nie, stój!

Bastian w mgnieniu oka przeanalizował wszystkie możliwości.

Podnieść broń i strzelić? Nie, Elise zginie, zanim dosięgnę strzelby. Rzucić sztyletem? Podziałałoby, gdyby Oswald był niewyszkolony, ale to świetny żołnierz i uniknie ostrza albo je zablokuje, a to nie pozwoli mi jej ocalić.

- Księciu Bastianie, twój powód do walki zaraz zniknie!

- Nie... Nie jestem cholernym księciem!

Bastian rzucił się w stronę okna, wyciągając rękę przed siebie.

- Elise, skacz!

- Bastianie!

Rozkaz chłopaka ją zaskoczył, ale posłuchała go bez cienia zawahania i zanim ostrze Oswalda dosięgło celu, leciała już w dół.

- Skoczyła...

Bastian podbiegł do okna, wyciągając rękę w stronę znikającej w dole dziewczyny w czerwonej sukni.

- Elise!

- Bastianie!

Haken no Kouki Altina - Volume 04 - 233.jpg

Ona także wyciągnęła rękę, aż w końcu ich palce się zetknęły. Bastian, sięgając jeszcze dalej, chwycił ją, a następnie objął prawą ręką. Drugą dłoń i nogi skierował w stronę ściany wieży, żeby wyhamować upadek, co było możliwe dzięki konstrukcji budowli zwężającej się górze, a następnie chwycił krawędź okna na jednym ze środkowych pięter.

W normalnych okolicznościach taki wyczyn byłby dla niego drobnostką, jednak ciężar dwóch osób i siła upadku odbiły na nim swoje piętno; z pleców chłopaka dobiegł głośny trzask.

- Ghhh!

- Bastianie, nic ci nie jest?!

- Nic... Szybko, zaraz zaczną strzelać.

- Dobrze!

Elise nie brakowało krzepy, była wręcz jedną z najlepszych pod tym względem osób w szkole, więc bez problemu chwyciła okno i podciągnęła się do środka. Chwilę później dołączył do niej Bastian. Przez chwilę leżeli na podłodze, łapiąc oddech.

- Heeeh, heeeh, hee....

Ból pleców Bastiana był tak silny, że chłopak nie mógł poruszyć nawet mięśniem.

Leżąca obok niego Elise zalała się łzami.

- Znowu mnie ocaliłeś.

- Heeh, heeeh, heee... Czyżbyś... się poddała?

- He?

- Dziś jest dwudziesty.

- Tak.

- Teraz... Nie damy rady dotrzeć do stolicy na piechotę, ale wozem moglibyśmy zdążyć.

- Racja. Nie poddam się. Dla dobra wszystkich osób, które mi pomagały.

- Tak trzymaj!

Bastian w końcu zebrał siły, podnosząc się z ziemi. Jednak ten widok zszokował Elise.

- Bastianie... Te rany...?!

- Nie przejmuj się nimi. To tylko rezultat moich błędów. Skoro o tym, powinniśmy ruszać, bo nas otoczą.

- Racja. - Głos dziewczyny drżał, jednak nie było w tym nic dziwnego. Sam Bastian doskonale zdawał sobie sprawę ze swojego stanu, a ilość krwi, jaka została w miejscu, w którym leżał, wystarczyłaby do przekonania każdego, że kogoś tam zabito.

- Cóż, prawi są pod protekcją wróżek, więc nic mi nie będzie.

- Skoro masz siłę żartować, z pewnością wszystko z tobą dobrze.

Wyszli z pokoju, kierując się w dół po spiralnych schodach.


Na parterze wieży czekali na nich żołnierze, więc Bastian wziął Elise na ręce. Dziewczyna wstydziła się, ale zdusiła to w sobie. Następnie wyskoczyli przez okno tamtego pokoju. Sytuacja była jednak o wiele poważniejsza, niż myśleli. Elizabeth nie ważyła wiele, jednak Bastian ledwie łapał oddech, nie wspominając już o obfitym krwawieniu. Jednocześnie nie mógł używać rąk, ponieważ niósł swoją partnerkę, co wykluczało także stoczenie się po wieży oraz jakąkolwiek obronę w wypadku ataku.

Chłopak zagryzł zęby.

- Niedobrze...

- Nie za bardzo się przemęczasz?! Nawet ty...

- He? O czym ty mówisz? Dostaniesz klapsa, jeśli to powtórzysz.

- Ale...

- To było w moim dziele! Jeżeli bohater niesie swoją partnerkę, to jakim sposobem może walczyć mieczem?! Ma cztery ręce?!

Podobną scenę napisał w swojej powieści, jednak teraz, kiedy sam znalazł się w podobnej sytuacji, zrozumiał, że nie do końca ją przemyślał. Ze wstydu chciał zapaść się pod ziemię.

- To przecież niewykonalne! Jeżeli tego nie zmienię, rozgniewam tylko czytelników!

- Dlatego właśnie ciągle nazywam cię idiotą. Czemu wyskakujesz z tym w takiej chwili?!

- Hahaha, jakiej? To brzmiało, jakbym miał jakiś problem.

- He?

- Jestem we wrogim zamku, otoczony przez żołnierzy wyposażonych w nową broń. Mimo kilku ran postrzałowych niosę księżniczkę na rękach. Ledwie drobnostka, nic więcej.

- Ty...

- Kłopoty nadejdą, jeżeli przyjdzie nam się zmierzyć z nieomylnym przeciwnikiem albo kiedy zostaniemy zmuszeni do pokonania dłuższego dystansu bez osłony.

- Przechwałki w takiej chwili... Naprawdę jesteś wyjątkowy.

- To żadne przechwałki, mówię poważnie!

Trzymał na rękach Elise i to wystarczyło, żeby czuł się niewiarygodnie lekki. W tej chwili zmęczenie, rany postrzałowe i otaczający zewsząd przeciwnicy - wszystko to nie miało najmniejszego znaczenia.

W końcu dotarli do zewnętrznej ściany zamku. Bastian przerzucił Elizabeth na plecy i wdrapał się po kamieniach. Ściany miały powstrzymać wrogów przed wspinaczką, jednak nikt nie mógł przewidzieć, że będzie je forsować ktoś na tyle silny, że dałby radę podciągnąć się na tak małej powierzchni, jaką stanowiły cegły na prawie gładkiej ścianie. Zresztą dla Bastiana taka wspinaczka była łatwiejsza od pokonywania kruchych klifów w górach, a poza tym uznał to za dobry materiał do książki.

Jeżeli jednak pominąć pobudzenie spowodowane bliskością Elise, sytuacja wyglądała następująco.

Ściany fortu Gray Bridge były dobrze zaprojektowane do obrony przed przeciwnikami, dzięki czemu równie skutecznie broniły przed dostaniem się do środka, jak i wydostaniem się z twierdzy. Z drugiej strony dowództwo także pogrążyło się w chaosie - większość żołnierzy otrzymała jedynie rozkaz, by bronić twierdzy. Ledwie mała grupka wiedziała, że ma zatrzymać uciekinierów. Tak więc sieć bezpieczeństwa twierdzy była cała w lukach i nie miała szans w starciu z tak silnym przeciwnikiem. Straż przyboczna Margaret skupiła się na gaszeniu płonącej karocy; nawet nie zauważyli, że księżniczka znalazła się w niebezpieczeństwie. Zresztą właśnie dlatego Oswald nawet nie brał ich pod uwagę przy tworzeniu swoich sił zbrojnych.

Bastian pokonał strażników na szczycie muru, właściwie to ich z niego zepchnął (jeżeli mieli szczęście, przeżyli upadek). Chłopak jednak nie mógł się tym przejmować, skoro jego życie wisiało na włosku. Oni też byli żołnierzami, wyszkolonymi, żeby zabijać, tak więc powinni być przygotowani na śmierć.

W normalnych okolicznościach w świetle księżyca majaczyłyby co najwyżej sylwetki postaci, jednak płonąca wieża działała jak wielka pochodnia i nawet miasto u stóp góry rysowało się wyraźnie.

- Wiedziałem, jednak musimy pokonać ten most.

- Jak to zrobiłeś, kiedy przebijałeś się do środka?

- Walczyłem jeden na jednego z tym rycerzem, Glendą. Doszliśmy tak do samej bramy, po czym zepchnąłem ją do rzeki i wdrapałem się po ścianie. Nie sądziłem tylko, że nas dogoni. Nie była mokra, więc pewnie nie spadła na samo dno wąwozu.

- Rzeka...

- Sądzisz, że wskoczenie do niej będzie lepszym wyjściem niż przekroczenie mostu?

- Przecież to by nas zabiło!

- Racja. Skok by podziałał, ale teraz...

Z powodu obfitych deszczy w ostatnich dniach rzeka przybrała na sile, dodatkowo znajdowała się daleko w dole i trudno było dostrzec jej szczegóły w ciemnościach, tak więc istniała duża szansa, że trafią na kamienie.

- Ale... przerażające.

Bastian się obejrzał. Żołnierze byli zajęci gaszeniem pożaru fortu, tak więc pościg mieli na razie z głowy. Chłopak wyczuwał jednak obecność wojskowych dookoła, którzy z jakiegoś powodu nie atakowali, a jedynie stali, wstrzymując oddech.

- Czekają, aż wejdziemy na most?

- Możliwe.

W tym momencie ziemia się zatrzęsła, a brama fortecy otworzyła. Bastian już pokonał ścianę, więc nie miało to dla niego znaczenia poza zatrzymaniem pościgu, jednak pojawił się w niej rycerz w białej zbroi.

Oswald krzyknął:

- W końcu dotarłeś do murów! Musisz teraz jedynie pokonać most. Tylko że to niewykonalne, bo padniesz pod gradem kul! - Bastian oczywiście wiedział, o czym mówi. - Jednak strzelanie do uciekającego jest wbrew honorowi! Co ważniejsze, nie mogę pozwolić, byś nadal po nim deptał, niszcząc mój wizerunek w oczach pięknej księżniczki Margaret.

Bastian objął mocno Elise. Taktyka przyciągnięcia uwagi przeciwnika z jednej strony, po czym zaatakowania go od tyłu była w końcu powszechnie znana. Dlatego zaczął rozglądać się za wrogimi siłami.

- Nic... Nie planują nas zaatakować?

- B-Bastianie?!

Elise nie miała nic przeciwko temu, że cały czas ją niósł, jednak to nagłe, mocne objęcie przez Bastiana strasznie ją zażenowało, a widok zarumienionej Elizabeth zawstydził i jego, przez co odsunęli się od siebie.

- Ech, zostań blisko. Jest wystarczająco jasno, żeby mogli nas zauważyć.

- D-Dobrze.

Poprawiła sukienkę. To nie był dobry czas, żeby zachowywać się jak para gołąbków.

Bastian krzyknął do Oswalda:

- Jestem! Czego chcesz?!

W ten sposób ujawnił swoją pozycję, ale chwilę wcześniej pokonał kilku żołnierzy, więc i tak wiedzieli, gdzie się znajduje. Dlatego właśnie pokazał się wrogi dowódca.

- Skoro na szali leży moja reputacja, wyzywam cię na pojedynek! Po wielkim ciosie, który nam zadałeś, stałbym się pośmiewiskiem, gdybym polegał na naszej przewadze liczebnej oraz terenie!

- Zgłupiałeś?! Co my możemy z tego mieć?

- Jeżeli wygrasz, puszczę cię wolno, a nawet odeskortuję do stolicy.

- Co takiego?!

- Czy takie warunki ci odpowiadają? Nawet jeżeli nam umkniesz, nie dasz rady dotrzeć do stolicy na czas. Doskonała propozycja, nieprawdaż?!

- I mam ci uwierzyć?!

- Me słowo w rzeczy samej jest niewiele warte. Jednak to obietnica złożona przez świętą księżniczkę Margaret!

Bastian nie słyszał słów żołnierzy, ale wyczuł, że w twierdzy nagle zawrzało.

Księżniczka prawdopodobnie obserwowała całe zajście.

- Pozwól mi to przemyśleć! - Po tych słowach spojrzał na dziewczynę u swego boku. - Elise, jaką osobowość ma Margaret? Odniosłem wcześniej wrażenie, że nie traktuje tego wszystkiego poważnie.

Członkowie rodzin królewskich często ukrywali swoją tożsamość, chcąc wyjść anonimowo na miasto, jednak po raz pierwszy ktoś powitał go „jahooo”.

Elise odpowiedziała niepewnie:

- Prawdę mówiąc, to dziwniejsza osoba, niż sądziłam. Nie mam pojęcia, co chodzi jej po głowie. Nawet pozycja królowej niewiele dla niej znaczy, póki jest szczęśliwa. O tym całym Oswaldzie nie mogę nic powiedzieć.

- Czyli ta propozycja może być prawdziwa?

- To może być pułapka.

- Nie sądzę. Naszą jedyną drogą jest most, który musielibyśmy pokonać pod ostrzałem żołnierzy. Jakiej innej pułapki by potrzebowali?

- Zgodzisz się?

- Tak.

Elise nagle się na niego rzuciła.

- Nie idź!

- Heee? Czemu?!

- Zabierz mnie ze sobą. Proszę. Ni-Nie chcę więcej patrzeć, jak staje ci się krzywda.

- Na to nic nie poradzę. Nie ma tu żadnego bezpiecznego miejsca w zasięgu wzroku.

Po krótkim przemyśleniu sprawy doszedł do wniosku, że gdyby zostawił tu Elise, nie miałaby szans, jeśli znienacka zaatakowaliby ją żołnierze. Być może taki właśnie cel przyświecał całej tej sytuacji.

- Elise, idziemy! Dokopię temu białemu rycerzykowi i jutro udamy się do stolicy!

- Dobrze!


================================================


Zeszli z murów, stając przed Oswaldem. Za nimi płonęła forteca, a za jej otwartą bramą czekali żołnierze wyposażeni w nową broń. Księżniczka Margaret też prawdopodobnie obserwowała całe zajście z ukrycia. Nie mieli szans uniknąć pocisków, gdyby spróbowali przebiec ten dystans. Gdyby Bastian dysponował koniem, mógłby spróbować sforsować drogę z Elise na rękach, jednak...

- Naszą jedyną opcją jest pokonanie cię i zmuszenie Margaret do dotrzymania słowa.

- Przez cały ten czas broniłeś Elizabeth. Muszę ci pogratulować dotarcia aż tak daleko.

Oswald był spokojny. Bastian wyczuł, że pewność siebie jego przeciwnika nie wzięła się znikąd, i sięgnął po swój sztylet.

- Naprawdę nie chcę tego używać...

- Czy to Vite Espace Trois? A więc naprawdę jesteś księciem Bastianem.

- Przestań w końcu. Nie wiem, co to takiego.

Bastian poprawił okulary, po czym kazał Elise się cofnąć.

Jeżeli ich przeciwnicy odwołają swoje słowa... Jeśli otworzą ogień, Oswald także zginie pod gradem pocisków, tak więc mógł jedynie liczyć na dobrą wolę Margaret.

- Nadchodzę.

Bastian zaszarżował.

Oswald w tym samym czasie wyciągnął miecz, nadający się bardziej do pchnięć niż standardowo do cięć, po czym stanął w pozycji do walki. Jego ostrze wyglądało, jakby mogło się złamać od pojedynczego uderzenia o pancerz, jednak Bastian miał na sobie jedynie szkolny mundurek.

Kiedy chłopak dobiegł do przeciwnika, wyprowadził kopnięcie. Takie rozpoczęcie walki gwarantowało zaskoczenie rywala i mogło zapewnić zwycięstwo w pierwszym ciosie, jeśli udałoby mu się złamać nogę w kolanie swojego oponenta. Nawet gdyby nie doszło do takiego urazu, na moment ograniczyłoby to ruchy wroga. Nie wspominając już o tym, że atak z zaskoczenia był kluczowy w tej walce, gdyż mieczem można o wiele łatwiej przejąć inicjatywę.

Jednak Oswald zachował spokój.

- Tutaj?

Po czym wyprowadził szybki cios. Bastian się uchylił, ale i tak oberwał w bok.

- Ghhh!

- Och, zrobiłeś unik. Co powiesz na to?

Zanim Bastian odzyskał równowagę, w jego stronę został wyprowadzony kolejny atak, który na szczęście dał radę zablokować sztyletem. Nie poczuł przy tym, że w cokolwiek uderzył.

Oswald, wycofując swoje ostrze, powiedział:

- Chociaż to nowoczesny stop, ostrze jest cienkie i wolałbym uniknąć bezpośredniego starcia z elfim srebrem.

- Serio? Cholera... Jesteś szybszy ode mnie?

Najpierw Oswald uniknął kopnięcia, a następnie wyprowadził cios, przed którym Bastian nie dał rady się uchylić. Oczywiście na Belgarianina zapewne miały wpływ zmęczenie i odniesione rany, jednak bez cienia wątpliwości można było stwierdzić, że rycerz Margaret posiada doskonałe wyszkolenie.

- Muszę odnieść zwycięstwo dla dobrego imienia mej pani, nie mogę się hamować.

- Interesujące!

Bastian, nie chcąc przegrać w walce na szybkość, zrobił krok do przodu i wyprowadził zamach, jednak w tym samym momencie ostrze Oswalda znalazło się tuż przed jego twarzą, o włos mijając nos. Celem chłopaka była ręka jego oponenta, jednak ponieważ ten wycofał ją po wyprowadzonym ciosie, atak jedynie drasnął ramię wroga. Nie tracąc impetu, Bastian wyprowadził uderzenie lewą ręką, jednak i ono zostało zablokowane, tym razem przez lewą rękę przeciwnika.

W przeciwieństwie do prostych pchnięć Bastiana ruchy Oswalda wyglądały, jak gdyby zataczał koło, zupełnie jakby...

- Przewidujesz moje ruchy?!

- Chociaż wasza wysokość ma nadludzką szybkość i siłę pozwalającą kruszyć skały, porusza się jak całkowity amator.

- Co? Amator?!

Bastian wyprowadził kolejne cięcie i ponownie kopnął, jednak raz jeszcze jego ataki zostały sparowane.

- Ku...

Podobne uczucie miał jedynie podczas starć z dziadkiem Eddiego. Z jego punktu widzenia inni przeciwnicy poruszali się jak muchy w smole, więc nie musiał odczytywać ich posunięć. Dostosowywał swoje działania do ruchów ich mięśni oraz oczu, w ten sam sposób unikał wystrzelonych kul. Jednak aktualny przeciwnik Bastiana był wyjątkowo silny, nie robił zbędnych ruchów, przewyższał go szybkością, a w dodatku przewidywał każdy jego cios, czyniąc jego ataki kompletnie nieskutecznymi.

O nie, on jest naprawdę silny!

Wszystkie wcześniejsze walki były dla Bastiana dziecinną zabawą, teraz jednak Oswald prawie pokonał go ledwie kilkoma ciosami. Rany chłopaka otwierały się coraz bardziej, a ciało stawało się cięższe. Całe to starcie można porównać do wykorzystania najkrótszej drogi na swojej ulicy i obrania okrężnej trasy w nieznanym mieście. Biegł z pełną szybkością, jednak trafił na zbyt wiele ślepych zaułków i ostatecznie dotarł do celu o sekundę za późno.

Musiał jakoś odzyskać inicjatywę, jednak wszystkie jego ruchy były blokowane, a ciosy parowane, przez co z czasem jego sytuacja jedynie się pogarszała. Oswald potrafił odczytać każdy jego ruch, ale jak on to robił? To dlatego, że Bastian używał sztyletu o ograniczonych możliwościach ataku? Ale czemu były ograniczone? Oczywiście dlatego, że przeciwnik uderzy pierwszy dzięki większemu zasięgowi. Tylko co się stanie, jeśli trafi?

- Nie boję się ciebie!

- Cóż, pora to kończyć.

- Kukuku, pozwól, że pokażę ci moją prawdziwą siłę! Moc ciemności, drzemiącą w mym ostrzu!

- Więc zmierzę się z prawdziwą siłą księcia Bastiana czy mocą ciemności?

- Jednym i drugim!

Bastian przyjął pozycję do walki, wstrzymał oddech, a następnie ruszył z pełną szybkością.

- Hiaaaa!

- Głupota.

Zgodnie z oczekiwaniami Bastiana jego przeciwnik postanowił przyjąć natarcie i gdyby Belgarianin kontynuował atak, zostałby posiekany na drobne plasterki.

- I co z tego?!

Chłopak nie przerwał szarży.

Oswald wykorzystał okazję, żeby uniknąć natarcia, i sztylet minął go na bezpiecznej odległości, ale nie to było celem Bastiana. Dopiero po chwili do rycerza dotarło, co się dzieje.

- Co?

- Odetnę ci rękę!

Oswald zrobił krok w przód, zatapiając ostrze w ciele Bastiana, ten jednak w tym momencie wyprowadził cios Vite Espace Trois.

Most zalała fontanna krwi.

- Co powiesz na to?!

- Khhh, głupota...

Cięcie było zbyt płytkie, żeby odciąć Oswaldowi rękę, jednak wystarczyło, by wypuścił z niej miecz.

Bastian z kolei zyskał kolejną obficie krwawiącą ranę.

Teraz!

Z mieczem wciąż wbitym w brzuch wycofał się i chwycił Elise w pasie.

- Hiaa?! Bastianie?

- Uciekamy - wyszeptał jej do ucha.

Ruszył biegiem, a następnie zeskoczył z mostu.

- Hiaaaaaaa!

- Aaaaaaaa!

Ich krzyki rozniosły się echem w dolinie.

Zeskoczyli ze środka mostu, z dala od ścian twierdzy. Chwilę później rozległ się plusk, więc udało im się trafić do rzeki.

Oswald uśmiechnął się, dociskając ranę na ramieniu.

- Brawo, księciu Bastianie.

Podbiegli do niego żołnierze.

- Nic panu nie jest?

- Pułkowniku, jak rana?

- Jest pan cały?!

Chwilę później dołączył do nich medyk oraz księżniczka Margaret, która szła powolnym krokiem, więc dotarcie do Oswalda zajęło jej sporo czasu. Wyglądała na szczęśliwą.

- Nie wygrałeś, panie rybko.

- Jest mi niezmiernie żal, iż zawiodłem moją panią.

- To było niesamowite. Pozwolił ugodzić się w brzuch, żeby móc skoczyć do rzeki?

- W rzeczy samej. Zmieszały mnie jego słowa i dałem mu szansę.

- Oj, nie zamierzasz się tłumaczyć? Wiedziałeś już, co zamierza, ale i tak pozwoliłeś zranić się w rękę.

- Pozwól, iż wyjaśnię. Gdybym odsunął rękę, szybciej upuściłbym miecz na ziemię, co oznaczałoby moją porażkę.

W tym czasie medyk rozciął rękaw Oswalda i obmył wodą jego krwawiącą rękę.

- Pułkowniku, czy palce panu zdrętwiały?

- Cięcie nie było aż tak głębokie.

- Racja. Powinien pan dojść do siebie w kilka dni.

Margaret przyłożyła palec do rany rycerza.

- He?!

Nawet Oswald nie mógł zdusić takiego bodźca. Nagle zdrętwiał i musiał zagryźć zęby, żeby jakoś znieść ból.

Margaret radośnie obserwowała jego reakcję.

- Boli cię.

- Tak. Jednak szczęście spowodowane dotykiem pięknej księżniczki jest silniejsze niż ten ból.

- Jesteś naprawdę beznadziejny, panie rybo. Wszędzie dym i pył. Chcę wziąć kąpiel.

- W takim razie wracamy do stolicy?

Księżniczka obejrzała się w stronę płonącej fortecy i zaśmiała.

- Tak. To już mnie znudziło.

Po czym polizała zakrwawiony palec.


Epilog: Wojna, wojna, wojna[edit]

We śnie widział morze krwi. Czuł, że pod żadnym pozorem nie może puścić tych rąk. Ale do kogo należały? Cienie, kobiece palce, białe jak śnieg. Musiał ją bronić za wszelką cenę. Nie miał jednak już siły, by utrzymać uścisk. Przypomniał sobie jej imię... Jednak w tym momencie zniknęła w głębi morza krwi i usłyszał szept: Czemu mnie puściłeś?


– Elise!

– Hiaaa?

Siedząca przy Bastianie, zapłakana dziewczyna podskoczyła w miejscu z zaskoczenia.

Znajdowali się w jakimś pokoju. Sądząc po barwie światła wpadającego przez okno, był ranek. Bastian leżał na łóżku, cały w bandażach i opatrunkach, które zabarwiły się już na czarno od zatrzymanej krwi.

– To...

– Ba... Ty... Ty żyjesz?

– Elise... też tu jesteś? To niebo?

– Wspaniale, to naprawdę ty!

– Elise!

Para się objęła.

Haken no Kouki Altina - Volume 04 - 267.jpg

– Hmm?!

Chłopak poczuł przy sobie gładkie, delikatne ciało oraz bicie serca dziewczyny, która wiła się w jego ramionach.

– Żyjesz! Żyjesz, prawda?! Nie utonęłaś?! Nie... Nie puściłem cię?

– Bastianie... Nie... Puść, głuptasie, nie jesteśmy sami!

– He?

Ranny uniósł głowę i spojrzał w bok, gdzie stała rumieniąca się dziewczyna w okularach.

– Łaa...

Miała na sobie strój pokojówki. Posiadała czerwone włosy, które w Belgarii uznano by za oznakę pochodzenia z rodziny cesarskiej, i była mniej więcej w wieku Bastiana. Widząc spojrzenie chłopaka, zarumieniła się jeszcze bardziej, poprawiła okulary i odwróciła wzrok.

– Ni-Nic nie widziałam, możecie kontynuować!

– He... Kontynuować?

– Głupistian! Jakie bezwstydne rzeczy chciałeś mi zrobić?! – Elise z krzykiem energicznie wymachiwała rękoma.

No tak, obejmuję ją.

Niechętnie wypuścił dziewczynę z objęć.

– Chyba przed chwilą nazwałaś mnie jakoś inaczej...

– To imię idealnie do ciebie pasuje! Robić coś tak bezwstydnego chwilę po przebudzeniu się! Serce mi mało nie stanęło z zakłopotania! Myślałam, że... że w końcu mam szansę ci pomóc. – Elise nagle się zarumieniła, pokojówka zareagowała w ten sam sposób.

– Co się dzieje?

Zagubiony Bastian podrapał się w głowę, a w tym czasie pokojówka podała mu wodę.

– Proszę wypić.

– Dziękuję!

– Nazywam się Shia. Pracuję jako służąca w domu Tiraso Laverde, odkąd skończyłam dziesięć lat. Obecnie mam siedemnaście.

– Czyli więcej od nas. Ja jestem Bastian, uczeń z Belga...

Elise nagle mu przerwała.

– Pozwól, że ja cię przedstawię. Bastian jest trzecim synem rodu markiza z Belgarii. Przyjechał tu się uczyć. W Gray Bridge niestety zaatakowali nas bandyci.

– Ach, rozumiem.

– Co prawda, trochę za późno, ale sama też się przedstawię. Jestem Elise Archibald. Opuściliśmy szkołę w Applewood, żeby dotrzeć na pogrzeb mojej matki, a podczas naszego powrotu... Dzieci w rzeczy samej nie powinny podróżować same.

Łże jak z nut – pomyślał Bastian.

Shia, wydająca się szczerą dziewczyną, niczego nie podejrzewała i słuchała wszystkiego z zainteresowaniem.

Bastian powiedział:

– Ach, pamiętam, że wpadliśmy do rzeki. Dziękuję za ratunek.

Elise nagle się zezłościła.

– Chyba nie skoczyłeś do niej z myślą, że nie przeżyjesz?!

– Eee, nie...

Prawdę mówiąc, dla niego nie miało to znaczenia, póki Elise była bezpieczna. Gdyby jednak powiedział to na głos, rozgniewałby ją jeszcze bardziej.

– Dryfowaliśmy w dół rzeki. Na szczęście nic nam się nie stało, chociaż Bastian stracił przytomność i wypił sporo wody. To było bardzo niebezpieczne, mieliśmy wiele szczęścia.

– Czemu?

– Powóz rodziny Tiraso Laverde przejeżdżał przy rzece i był w nim lekarz. To dzięki niemu wciąż żyjemy.

– Haaaah...

Mało tu szlachciców, a jeszcze mniej dobrych medyków. Naprawdę miałem szczęście.

– Gdyby rana brzucha była chociaż trochę głębsza, mógłbyś z tego nie wyjść.

– Ach... Zawdzięczam to mojej książce. Właśnie! – Bastian sprawdził swoje ciało, poza bandażami nic tam nie było. – He? Gdzie ona jest? Gdzie mój przyszły bestseller?!

– Jeśli o to chodzi...

Elise spojrzała w jej stronę. Leżała na łóżku, przy krześle, a raczej to, co z niej zostało. Większość stron książki się rozpadała, inne były podarte, w dodatku została przebita przez ostrze oraz nasiąknęła wodą i krwią.

Bastian na ten widok zaczął się trząść.

– Super! Nie wygląda na przeklętą?! Niesamowite, nie?!

– Twoja osobowość naprawdę mnie poraża.

– Ale to naprawdę fajne! No powiedz, co myślisz?

– Tak... Jest przemoknięta do cna, kilka stron całkowicie się rozmazało. Trudno nazwać ją książką.

– Prawda.

Wskoczył do rzeki, więc nic nie mógł poradzić na taki stan swojego dzieła.

Elise zwiesiła głowę.

– Przepraszam, wszystko przeze mnie.

– W porządku, to tylko trochę wody.

– Ale...

– Wciąż żyję, a to znaczy, że mogę napisać moje dzieło od nowa. Prawdę mówiąc, mam teraz kilka nowych pomysłów, więc napiszę jeszcze lepszą książkę! – krzyknął energicznie.

Elise miała świece w oczach.

– Kiedy skończysz... Proszę... daj mi ją przeczytać.

– Oczywiście!

– Nieważne, jak nudna będzie.

– Nie mów takich rzeczy z płaczem! Nie chcę przecież, żeby była słaba i nudna! Musiałaś to powiedzieć w taki sposób?!

– Łączy was bardzo silna więź. O ile dobrze pamiętam, jesteście narzeczonymi, tak?

– ...?!

Bastian bez namysłu spojrzał na Elise, a ona odwróciła głowę, ale zdążył zauważyć, że czerwieni się aż po uszy.

Nie mów takich rzeczy, jeśli masz się tak wstydzić!

Jednak w taki sposób łatwiej jej było wyjaśnić, dlaczego podróżuje z belgarskim szlachcicem. Podobnie postąpiła wcześniej, przy brodatym woźnicy.

Shia wyjaśniła, że rodzina, której służy, ma powiązania z oboma krajami.

– Laverde to belgarski ród, jednak pierwotnie pochodził z małego kraju na południu. W razie wybuchu wojny ich majątek mógłby zostać zajęty, jednak mimo to postanowili założyć oddział rodzinnego biznesu w Wielkiej Brytanni.

– Hmmm. To znaczy, że jeden z głównych rodów szlacheckich Belgarii ma swoją gałąź rodzinną w Brytanni?

– Dokładnie tak. Handlują z oboma krajami, a teraz nadarza się ku temu idealna okazja. Tak powiedział mój pan.

– Właśnie, muszę się z nim przywitać.

– Nie możesz jeszcze wstawać. Ja to zrobię, ty leż i odpoczywaj.

– Niech będzie.

Witanie się z kimś, będąc całym we krwi, bez wątpienia nie sprawiłoby dobrego wrażenia.

Shia wstała.

– Skoro tak rozpiera cię energia, pewnie zgłodniałeś. Lekarz powiedział, że powinieneś teraz dużo jeść. Przynieść ci coś?

– Dziękuję, byłbym wdzięczny.

– Przyjemność po mojej stronie.

Shia wyszła z pokoju. Kiedy tupot jej kroków w korytarzu się oddalił, Bastian zacisnął pięści.

– Elise, przepraszam.

– Nie masz za co.

– Ale który dziś jest?! Gdzie jesteśmy?!

– Dwudziesty czwarty. To posiadłość rodu Tiraso Laverde na wzgórzach Smiles, leżących na południe od Gray Bridge.

– Spałem zbyt długo...

– Cudem w ogóle przeżyłeś. Przy tak ciężkich ranach powinieneś zwijać się teraz z bólu.

– To nic takiego.

– Najważniejsze, że z tego wyjdziesz.

Elise miała bardzo łagodny głos. Czemu nie mógł spełnić jej marzenia? Bastian przeżył pierwszą porażkę w swoim życiu. Zawiódł, czuł się bezużyteczny.

– Powinienem... odeskortować cię... do stolicy.

– Trudno.

– Ale tak ciężko pracowałaś!

– Ja powinnam powiedzieć to o tobie, Bastianie. Zawiedliśmy, ponieważ zasugerowałam, żeby udać się do Gray Bridge. Tak się starałeś, żeby mi pomóc... i tamci rycerze... – Głos Elise się łamał, a po policzkach spłynęły jej łzy. – Ja... Ja... Królowa mnie prosiła... A ja nawet straciłam pierścień...

– Ja...!

– Ta... Tak bardzo... Dałam z siebie wszystko... Ach.... A nic... Nic nie osiągnęłam!

Para objęła się mocno, po czym oboje zaczęli płakać.

– Elise, przepraszam...

. – Ni-Nie... To ja...

– To dlatego... że przegrałem...

Co by się stało, gdyby wygrał pojedynek z Oswaldem? Gdyby lepiej rozumiał sytuację w Wielkiej Brytanni? Gdyby dokładniej powęszył przed udaniem się do Gray Bridge? Zbierały się w nim wyrzuty sumienia. Elise także się obwiniała. Miała tylko jedno życzenie, jednak zawiodła wielu ludzi i straciła tak wiele.

Oboje zawiedli.


Kiedy w końcu się uspokoili, usłyszeli pukanie do drzwi.

– Tu Shia.

Cały ten czas czekała na korytarzu?

Bastian wytarł łzy i spróbował powiedzieć spokojnym głosem:

– Proszę wejść.

Pokojówka niosła ze sobą tackę, a zapach jedzenia wypełnił pokój.

– Panie Bastianie, oto gotowany kurczak oraz ziemniaki. Mam nadzieję, że będą panu smakować. Przyniosłam także porcję dla panienki Elise.

– Dziękuję.

– Proszę się rozweselić.

Na tacy była także gazeta.

– To...

– Ach, pan powiedział, że skoro spałeś przez cztery dni, pewnie chcesz przeczytać.

– Dziękuję.

Wiedział, że nie zobaczy tam szczęśliwych informacji, jednak musiał sprawdzić. Elise oparła się o jego ramię, żeby też móc przeczytać.

„Rok 42, 23 kwietnia. Koronacja nowej królowej, Margaret Steelart.

Jej wysokość powiedziała:

– Dla utrzymania stabilności oraz rozwoju naszego narodu obiecuję skupić się na polityce zagranicznej”.

Bastian po przeczytaniu tych słów po prostu trzymał gazetę w rękach, nie mogąc zaakceptować faktów.

W tym momencie ktoś otworzył drzwi bez pukania.

– Shia, złe wieści!

– Co się stało?!

– Wojna! Armia wymaszerowała!

Shia otworzyła szybko okno. Na zewnątrz znajdował się wielki plac. Wszyscy zebrani tam ludzie, od lokai, ogrodników po innych pracowników czytali te same wiadomości.

– Wojna! Nachodzi wojna!

– Ach, w końcu! Wypowiedzieliśmy wojnę Belgarii!

– Nadchodzi wojna!


================================================


Rok 42, dwudziesty trzeci kwietnia.

Wielka Brytannia wypowiada wojnę Cesarstwu Belgarii. Tego samego ranka otworzono ogień w stronę wybrzeża Chaineboule, leżącego w regionie Trouin.

W odpowiedzi Cesarstwo Belgarii wysłało drugą armię, rozpoczynając pierwszą bitwę pomiędzy tymi krajami. Starcie pod Chaineboule pokazało światu siłę nowej broni oraz armat Wielkiej Brytanni.



Koniec tomu czwartego.


Wróć do strony głównej