Zero no Tsukaima wersja polska Tom 3 Rozdział 8

From Baka-Tsuki
Jump to: navigation, search

Rozdział 8 – Laboratorium Colberta[edit]

Pan Colbert miał czterdzieści dwa lata. W służbie akademii był od dwudziestu lat. Był magiem o pseudonimie „Płonący Wąż”. Jego hobby... albo dokładniej, jego życie było skoncentrowane wokół badań i wynalazków. Gdy tylko zobaczył przedmiot niesiony przez smoki, popędził ze swojego laboratorium badawczego w dół na dziedziniec. Jego ciekawość została rozpalona.

– Ty, co to jest? Możesz mi to wyjaśniać?

Twarz Colberta promieniała, gdy patrzył na Saito, który obserwował jak myśliwiec zero był opuszczany.

– Ach, naprawdę chciałem porozmawiać o tym z tobą.

– Ze mną?

Colbert był zaskoczony. Kim dokładnie był ten młody plebejusz? Wszystko co wiedział to, że był legendarny chowańcem Gandalfrem, przywołanym przez pannę Vallière. Urodzony w Roba Aru Karie, był jedyną osobą która nazwała wynalazek Colberta „wielkim”.

– To nazywa się samolot. W moim świecie, są one wszędzie widziane jak latają.

– To lata!? Łoł! Cudownie!

Colbert zaczął patrzeć na inne części myśliwca zero z głębokim zainteresowaniem.

– Czy to możliwe, to jest skrzydło! Wygląda na to, że to nie może trzepotać jak normalne skrzydła! Co z tym wiatrakiem?

To nazywa się śmigło. Gdy się kręci to powoduje, że samolot porusza się do przodu.

Z oczami szerokimi ze zdumienia, Colbert zbliżał się do Saito.

– Rozumiem! Gdy to się kręci, to wytwarza siłę wiatru! To jest dobrze zrobione, nieprawdaż! Mógłbyś polecieć na tym dla mnie? Spójrz, moje ręce trzęsą się z ciekawości!?

Zakłopotany, Saito podrapał swoją głowę.

– Um... Aby zakręcić śmigłem potrzebuję benzyny.

– Benzyna? Co to jest?

– To rzecz o której chcę z tobą pomówić. Pamiętasz lekcję którą mieliśmy, gdzie pokazałeś nam swój wynalazek?

– Uradowany wąż?

– Tak! Musiałeś zapalić olej aby go ruszyć, prawda?

– A więc potrzebujesz olej? To jest problem łatwy do rozwiązania!

– Nie, myślę że to nie zadziała. To musi być benzyna.

– Benzyna? Hm... dobrze, mamy wiele różnych typów oleju.

Saito nagle zorientował się, że dragoni uśmiechają się do nich szeroko. Guiche wyszeptał w jego ucho.

– Przepraszam jeśli jesteś zajęty, ale jeżeli nie zapłacisz opłaty transportowej...

– Wy faceci jesteście także arystokratami, czyż nie? Przestańcie ciągle kłócić się o pieniądze.

– Hej, żołnierze są biedni, wiesz.

Saito uśmiechnął się do Colberta.

– Panie Colbert, czy mógłbyś na razie zapłacić opłatę transportową?


* * *


Laboratorium Colberta było usytuowane na małym obszarze między wieżą centralną a przeciwpożarową. Wyglądało zupełnie jak stara szopa.

– Początkowo przeprowadzałem eksperymenty w moim własnym pokoju, ale badania wytwarzały naturalnie hałas i nieprzyjemne zapachy. Niedługo potem poskarżyli się na mnie ludzie mieszkający obok.

Drewniane półki były zagracone butelkami z lekarstwami, probówkami, słoikami zawierającymi panaceum na wszystko i tym podobnymi rzeczami. Obok tego była ściana regałów wypełniona książkami. Był tam niebieski globus zrobiony z naklejonego na kuli pergaminu i różne inne mapy, jaszczurki, węże i ptaki, których nigdy wcześniej nie widział w klatkach. Piżmowy zapach, który nie pochodził ani od kurzu ani od pleśni, wypełniał cały pokój. Saito uszczypnął swój nos.

– Przywykniesz niedługo do zapachu. Kobieta jednakże nie, co jest powodem dlaczego jestem kawalerem.

Colbert usiadł mamrocząc odpowiedzi na pytania, o które nie był pytany. Powąchał benzynę, którą otrzymał ze dna baku myśliwca zero. Od położenia zaklęcia trwałości na myśliwcu zero, benzyna nie doznała jakiejkolwiek zmiany w składzie chemicznym.

– Hm... To jest zapach, którego nigdy wcześniej nie czułem. Wydzielać taki zapach, nawet będąc nie ogrzewanym? To musi być całkiem łatwopalne. Jeśli to byłoby używane jako materiał wybuchowy, to miałoby zatrważającą siłę.

Sięgnął po kawałek pergaminu obok siebie i zaczął notować.

– Jeśli sporządzę kopię tego oleju, ten „samolot” poleci?

– Prawdopodobnie... jeśli nie jest już uszkodzony.

– Interesujące! Przyrządzanie substancji jest ciężką pracą, ale spróbuję tego dokonać!

Mamrocząc do siebie, wyjął wszystkie rodzaje substancji i oświetlił swoim palnikiem.

– Nazywasz się Saito, tak?

Saito pokiwał głową.

– Powiedziałeś, że w twoim mieście rodzinnym, można je zobaczyć latające wszędzie? Technologia ziem, którymi rządzą elfy na wschodzie wydaje się daleko przewyższać jakąkolwiek technologię w Halkeginii.

Saito poczuł się nieco źle kłamiąc Colbertowi, który bardzo chętnie wspomógł go w przyrządzaniu benzyny i również zapłacił opłaty za transport.

– Panie Colbert, tak naprawdę jestem… nie z tego świata. Ten samolot, a także „Berło Zniszczenia” które unicestwiło golema Fouquet i ja, jesteśmy z innego świata.

Nagle ręka Colberta zatrzymała się.

– Co powiedziałeś?

– Pochodzę z innego świata.

Colbert wpatrywał się w Saito, a następnie wykonał kiwnięcie swoją głowa, jak gdyby był pod wrażeniem.

– Rozumiem – wyszeptał.

– Nie jesteś zaskoczony?

– Tak więc, oczywiście jestem. Ale z pewnością na to wyglądasz. Sposób w jaki mówisz i twoje zachowanie wywołują inne odczucie. Hm, to staje się coraz bardziej interesujące.

– Jesteś dziwną osobą, nieprawdaż panie Colbert?

– Jestem nazywany dziwnym przez wielu ludzi. Nawet nie znalazłem kogoś skłonnego do poślubienia mnie. Ale mam przekonanie.

– Przekonanie?

– Tak. Arystokraci Halkeginii traktują magię jako zwykłe narzędzie... jak szczotkę, oni widzą to tylko jako przydatne narzędzie. Ja nie myślę, że magia jest czymś w tym rodzaju. Czary mogłyby być używane dla czegoś więcej. Zamiast prostego trzymania się tradycyjnego używania różnych gałęzi czarów, powinniśmy eksperymentować by znaleźć inne sposoby ich wykorzystania.

Kiwając głową, Colbert kontynuował.

– Po zobaczeniu cię, moje przekonanie wzmocniło się. Kto pomyślałby że jest inny świat! To pokazuje, że zasady Halkeginii nie są absolutne! Interesujące! Taki interesujący temat! Chcę zobaczyć ten świat. Tam jest prawdopodobnie mnóstwo nowych rzeczy do odkrycia! To prawdopodobnie doda nową stronę do moich badań! Jeśli masz jakiekolwiek pytania w czymkolwiek, po prostu przychodź i rozmawiaj ze mną. Colbert Płonący Wąż zawsze będzie ci pomagać.


* * *


Na dziedzińcu Austri, Saito siedział w kokpicie myśliwca zero i sprawdzał jego części. Gdy chwycił drążek sterowy, albo nawet gdy jedynie dotknął włącznika, znaki runiczne na jego lewej ręce świeciły. Płynęły wtedy informacje do jego mózgu i mówiły mu o stanie części. Gdy przesunął drążek sterowy, lotki skrzydeł i stery wysokości na ogonie zadziałały z brzękiem. Ster na ogonie zadziałał gdy nadepnął na orczyk, poprzeczna wskazówka pojawiła się na szklanej szybie, gdy nacisnął przycisk wskaźników na tablicy przyrządów. Silniki na obu bokach kadłuba samolotu wciąż były sprawne. [1] Świecące znaki runiczne Gandalfra powiedziały jego użytkownikowi sporo. Uśmiech pojawił się na twarzy Saito.

– Partnerze, czy to może latać?

– Tak.

– Coś takiego latające... Twój świat jest dziwny.

Liczni studenci oglądali Saito w myśliwcu zero, ale szybko stracili zainteresowanie i wyszli. „Jest tylko kilku arystokratów, którzy interesowaliby się tym jak Colbert”, pomyślał Saito. Nagle pojawiła się dziewczyna, dumnie przeczesując ręką swoje jasno różowawe włosy.

Louise wpatrywała się w Saito i rzecz w której siedział. Jak gdyby była zła, wycelowała swój palec w to i powiedziała – Co to jest?

Saito wysunął swoją głowę z kokpitu i prosto odpowiedział – samolot.

Jako że nie byli w dobrej komitywie, powiedział to gdy odwracał się.

– A więc zejdź z tego samolotu – rozkazała Louise, wydymając wargi w chwili gdy opierała swoje ręce na biodrach. Zignorował ją i kontynuował badanie części myśliwca zero. Louise chwyciła koniec skrzydła i zaczęła sprawiać, że samolot chwiał się.

– Powiedziałam zejdź, czy nie?

– W porządku – wyszeptał Saito gdy wysiadał i kierował się w stronę Louise.

– Gdzie byłeś?

– Na poszukiwaniu skarbu.

– Co ty sobie myślałeś, odchodzić bez powiadamiania swojego mistrza?

Louise skrzyżowała swoje ramiona i wpatrywała się w Saito. Zauważył, że jej oczy są opuchnięte.

– Czy nie zwolniłaś mnie?

Louise skierowała wzrok w dół i mówiła głosem jakby właśnie miała płakać.

– Przypuszczam, że zasługujesz na szanse by się wytłumaczyć. Jeśli masz coś, co chcesz powiedzieć, to mów to teraz.

– Co tu wyjaśniać? Nie zrobiłem niczego. To chodzi o Siestę, prawda? Ona miała właśnie upaść, więc spróbowałem ją złapać. Wtedy też upadłem sprawiając, że to wyglądało jakbym pchnął ją na łóżko.

Prawdziwym powodem był to, że Siesta nagle zaczęła zdejmować swoje ubranie, ale ze względu na nią nie powiedział tego.

– A więc naprawdę nic się nie zdarzyło?

– Nic. Dlaczego byłaś taka zła? To był pierwszy raz, kiedy przyszła do pokoju. Jakby coś w tym rodzaju mogło się zdarzyć. Dlaczego w ogóle byłaś zła? Co ja i Siesta robimy nie jest twoją sprawą, prawda? – powiedział Saito.

„Louise myśli o mnie tylko jak o chowańcu. Jedyny powód, że traktuje mnie lepiej wynika z jej nowo odkrytego współczucia dla zwierząt”.

– To nie jest moja sprawa, ale pod pewnymi względami jest.

– Pod jakimi?

Louise spiorunowała wzrokiem Saito i jęknęła.

Szarpnęła za jego rękaw. Szeptała takie rzeczy jak „Hej, przeproś” i „Dlaczego jesteś tak spięty, zmartwiłeś mnie” ale Saito nie patrzył już na Louise. Patrzył w oszołomieniu na myśliwiec zero.

Louise doszła do swoich własnych wniosków. Wstydziła się, że zamknęła się w swoim pokoju i dąsała. Sięgnęła po śmiertelną metodę, którą chowała. To była dziewczęca tajna metoda, która zmiotłaby jakiekolwiek podejrzenie, gniew, sprzeczność i nawet fakt, że Louise wypędziła Saito. Wybuchnęła płaczem.

Wiadra łez wypłynęły z jej oczu.

– Gdzie byłeś cały ten czas! Idiota! Nienawidzę cię!
Gdzie byłeś cały ten czas! Idiota!

Pociągając nosem, wytarła płynące łzy w tył swojej ręki.

– H-Hej, nie płacz.

Panikując, Saito położył swoje ręce na ramionach Louise. Ona zapłakała nawet mocniej.

– Nienawidzę cię! Nienawidzę cię!

Kirche zbliżyła się do nich, trzymając mopa i ścierki do kurzu w rękach. Ponieważ opuścili lekcje, ich karą miało być umycie okien akademii. Ponieważ Saito nie był ani arystokratą ani studentem akademii, nie musiał robić niczego.

Guiche patrzał na Saito, który pocieszał Louise i uśmiechnął się.

– Nie możesz w ten sposób doprowadzać do łez swojego mistrza.

Kirche smutno powiedziała – Już pogodzeni? To nie jest zabawne…

Tabitha po prostu wskazała na nich dwoje i rzekła – Po deszczu przychodzi ładna pogoda.


* * *

Tej nocy...

Louise leżała w swoim łóżku, mocno trzymając swoją poduszkę. Po tym jak Saito zdjął kurtkę, Louise wsunęła się w nią, jakby ją dostała. Jak oszalała udawała, że czyta książkę. Saito rozglądał się po pokoju, w którym nie był od tygodnia lub coś koło tego. Wszędzie była porozrzucana zastawa stołowa.

– A więc byłaś nieobecna na lekcjach?

Montmorency wspomniała o tym, gdy mijali ją w korytarzu. Powiedziała Louise, że była nieobecna za długo, ale ona po prostu zignorowała ją i odeszła.

Louise nieznacznie zaskoczona, spiorunowała Saito wzrokiem.

– No i co?

– Czujesz się dobrze? – zapytał Saito, wydając się być zmartwionym.

Właśnie miała powiedzieć „Jak myślisz, czyją winą jest, że opuszczałam lekcje?” ale jej duma wzięła górę. Kładąc koc nad głową, wtuliła się w niego. Saito podrapał swoją głowę i spojrzał na stóg siana. „Więc nie wyrzuciła go”, pomyślał ciepło rzucając okiem na Louise.


Minęły trzy dni.

Colbert obudził się na dźwięk kur. Wyglądało jakby zasnął nieświadomie. Był nieobecny na lekcjach i zamknął się w laboratorium przez minione trzy dni. Przed jego oczami położona była butelka na szczycie palnika. Szklana rura wychodząca z niej, pozwalała rozgrzanemu katalizatorowi schładzać się i krzepnąć w zlewce z lewej. To był ostatni krok. Colbert powąchał benzynę, którą otrzymał od Saito i zaczął ostrożnie wygłaszając zaklęcie alchemiczne nad substancją w zlewce, skupiając się na zapachu benzyny.

Z pufnięciem uniósł się dym ze zlewki, a kolor substancji w środku zmienił się na żółtawobrązowy. Poczuł jej zapach. Wyraźny zapach benzyny doszedł do jego nosa. Colbert otworzył drzwi z hukiem i popędził na zewnątrz.

– Saito! Saito! Zrobiłem to! Zrobiłem to! Zakończyłem przyrządzać to!

Bez tchu, Colbert zbliżył się do Saito, który badał myśliwiec zero. Wewnątrz butelki po winie, którą trzymał, był żółtawobrązowy płyn. Saito otworzył nakrycie baku, które było z przodu wiatrochronu. Był tam zamek, więc zmusiło to Colberta do rzucenia zaklęcia otwierającego. Wlał dwie butelki benzyny do środka.

Dokonałem analizy składu oleju, który mi dałeś – powiedział dumnie Colbert.

– To wydawało się być zrobionym z skamieniałych mikroorganizmów, więc szukałem czegoś podobnego. Zdecydowałem się użyć skamieniałości drzew... innymi słowy węgla. Zamoczyłem to w specjalnym katalizatorze i wydobyłem podobną kompozycję. Po spędzeniu dni przy robieniu tego, rzuciłem na to alchemiczne zaklęcie. I zamieniło się w...

– Benzynę, prawda?

Colbert kiwnął głową i popędził Saito – szybko, pokręć te wiatraki dla mnie. Byłem tak podniecony, że nawet nie spałem.

Po napełnieniu zbiornika paliwa, Saito wrócił do kokpitu. Informacje jak uruchomić silnik i lecieć na myśliwcu zero, przebyły prędko do jego mózgu. Aby uruchomić silnik, śmigło najpierw musi być zakręcone. Saito wychylił swoją głowę zza wiatrochronu.

– Panie Colbert, mógłbyś zakręcić śmigłem używającym czarów?

– Myślałem, że to obróci się używając mocy ze spalania oleju?

– Aby uruchomić silnik, wał wewnątrz, najpierw musi być obrócony ręcznie. Nie mam narzędzia by obrócić śmigło, więc jeśli mógłbyś użyć czarów proszę.

Colbert kiwnął głową. Saito zaczął przygotowywać samolot.

Po pierwsze, nastawił źródło paliwa na zbiornik, w który właśnie wlał benzynę. Następnie nastawił dźwignię stosunku mieszanki i dźwignię kąta ustawienia śmigła do ich optymalnych pozycji. Saita ręce poruszały się same. Jego moc Gandalfra przeprowadziła wszystkie operacje. Otworzył klapki osłony silnika i zamknął pokrywy chłodnicy oleju. Śmigła zadudniły, ponieważ Colbert użył swoich czarów. Z oczami szeroko otwartymi, Saito nacisnął zapłon swoją prawą ręką we właściwym momencie. Jego lewa ręka trzymająca dźwignię przepustnicy, przechyliła ją nieznacznie do przodu.

Wydobył się dźwięk charkotu i silnik zaczął pracę po zapłonie od świec. Gdy tylko wycofali się, śmigła zaczęły się obracać. Kadłub samolotu zadrżał. Hamulec nie były zaciągnięty, zatem samolot zaczął się poruszać do przodu.

Colbert patrzył z poruszeniem na swojej twarzy. Po sprawdzaniu, że wskaźniki silnika działały, Saito wyłączył przełącznik zapłonu.

Wyskakując z kokpitu, przytulił się do Colberta.

– Panie Colbert, silnik ruszył!

– Tak, zrobiliśmy to! Ale czemu nie poleciał?

– Nie ma dosyć benzyny. Aby lecieć potrzebowalibyśmy co najmniej pięciu beczek.

– To dużo do zrobienia! Ale od chwili, gdy już wykonałem tak wiele, skończę to!

Po tym jak Colbert wrócił do swojego laboratorium, Saito kontynuował regulacje. Nie miał jednak jakichkolwiek narzędzi, więc czyścił części. Louise zawołała Saita, który był pozornie zaabsorbowany pracą.

– Hej, czas na obiad. Co robiłeś? Jest już ciemno.

– Uruchomiłem silnik! – radośnie wykrzyknął Saito.

Ale Louise odpowiedziała smutno.

– Naprawdę. No to świetnie. Co się dzieje, gdy masz pracujący silnik?

– To lata! To będzie latać!

– Co zrobisz, gdy to poleci? – zapytała tęsknym głosem Louise. Saito opowiedział Louise o pomysłach, które przeleciały przez jego umysł dwa do trzech dni temu.

– Zamierzam spróbować dolecieć na wschód.

– Wschód? Nie mogę ci uwierzyć. Mówisz, że kierujesz się do Roba Aru Kariie? Poważnie, nie mogę ci uwierzyć!

– Dlaczego? Właściciel tego samolotu przyleciał stamtąd. Może mógłbym znaleźć jakieś ślady jak powrócić do mojego własnego świata – odpowiedział gorączkowo Saito.

Louise nie wydawała się przejawiać jakiegokolwiek zainteresowania. Odpowiedziała tęsknym głosem.

– Jesteś moim chowańcem. Nie możesz po prostu robić co zechcesz. Za pięć dni jest także ślub księżniczki. Muszę wtedy przeczytać dekret. Ale nie wymyśliłam niczego dobrego by to powiedzieć.

Zaabsorbowany myśliwcem zero, Saito kiwnął głową jakby słuchał. Gdy już wiedział, że może polecieć, był przez to zahipnotyzowany.

Louise pociągnęła go za ucho. Była znudzona. „Nie zwrócił na mnie jakiejkolwiek uwagi odkąd wrócił, a zamiast tego wpatruje się w ten „samolot”.

– Słuchaj mnie!

– Słucham!

– Nie. Ty marzysz. Nie ma chowańca, który słucha swojego mistrza gdy patrzy gdzie indziej.

Louise zaciągnęła go z powrotem do swojego pokoju.

Otworzyła przed Saitem Modlitewnik Założyciela.

– Odczytam, co już wymyśliłam dla dekretu.

Z uroczym kaszlem, Louise zaczęła czytać swój dekret.

– W ten piękny dzień, ja Louise Françoise Le Blanc de la Vallière, modląc się o świętą obecność założycieli, przeczytam błogosławiony dekret…

A następnie, Louise zatrzymała się.

– Kontynuować?

– Tutaj muszę wyrazić podziękowania czterem gałęziom magii. To musi być poetyckie i wierszowane.

– No to zrymuj to.

Louise wydęła wargi jakby się dąsała.

– Nie mogę myśleć o niczym. Pisanie tego poetycznie jest mordęgą. Nie jestem poetą lub kimś takim.

– No dobrze, po prostu przeczytaj to, co tam napisałaś.

Ze zmartwionym spojrzeniem, przeczytała swoje „poetyckie” wiersze.

– Um, ponieważ ogień jest gorący, każdy musi być uważny.

– „Musi” nie jest poetycki. Powinnaś prawdopodobnie pamiętać o tym.

–Zamknij się. Gdy wiatr dmie, ci którzy sprzedają beczki prosperują.[2]

– Dlaczego skorzystałaś tu z tego przysłowia?

Louise, która wydawała się nie mieć jakiegokolwiek poetyckiego talentu, rzuciła się na łóżko jakby dąsając się i wyszeptała – Idę spać.

Jak teraz było w zwyczaju, przebrała się ukrywając za prześcieradłami. Po zgaszeniu lampy krzyknęła do Saito, który zanurkował już w swój stóg siana.

– Kazałam ci spać w moim łóżku, czyż nie?

Serce Saito zaczęło szybko bić.

– Naprawdę? Jest w porządku?

Louise nie odpowiedziała. Saito wsunął się do łóżka myśląc, że prawdopodobnie rozzłościłaby się, gdyby nie zrobił tego co mu kazała.

Louise jeszcze nie spała. Otworzyła swoje usta jakby chciała z nim rozmawiać.

– A więc, naprawdę zamierzasz udać się do ziem na wschodzie?

– Taa – odpowiedział Saito.

– Wiesz, że to niebezpieczne. Te elfy nienawidzą ludzi...

– Ale ludzie żyją w obszarach za ziemiami elfów, prawda? Jak miejsce zwane Roba.

– Charakter tych ludzi jest zupełnie inny. To będzie niebezpieczne.

Wyglądało jakby Louise martwiła się wypuszczeniem Saito.

– Wciąż zamierzasz pójść?

Saito pomyślał o tym krótko i kiwnął głową.

– Tak więc, mogę być w stanie znaleźć wskazówkę do powrotu do domu.

Louise poruszała się pod prześcieradłami. Właśnie kiedy zastanawiał się co ona robiła, oparła swoją głowę o jego klatkę piersiową.

– C-c-.

– Po prostu, używam tego zamiast mojej poduszki! – odpowiedziała nadąsanym i gniewnym głosem.

Louise położyła swoje ręce na jego klatce piersiowej i delikatnie powiodła po niej palcami. Elektryczność wydawała się płynąć wzdłuż kręgosłupa Saito.

– Nie zrozum mnie źle. To nie oznacza że cię lubię, albo coś takiego! – powiedziała to zakłopotanym głosem.

A następnie wróciła do swojego zwykłego zagniewanego tonu.

– Nadal zamierzasz pójść, nawet jeśli powiem nie?

Saito nie odzywał się.

– Pomyślałam, że... – wyszeptała Louise.

– To nie jest twój świat... Oczywiście pragniesz wrócić.

Włosy Louise miały piękny zapach. Odgłos jej oddechu dochodził z bliska. Oboje milczeli. Saito myślał o wielu rzeczach. Nie mówił, a Louise nie wiedziała co jeszcze powiedzieć, więc po prostu przytuliła się mocno do jego klatki piersiowej.

– Nie chcę byś wjeżdżał. Gdy jesteś przy mnie mogę spać bez zamartwiania się. Złościsz mnie... – Louise powiedziała to cichym głosem, ciągle go obejmując.

„Wygląda na to, że te opuchnięte oczy były spowodowane tym, że nie spała”, pomyślał Saito. Wkrótce, miarowy oddech Louis jak dziecka, był słyszalny koło piersi Saito. Spała głęboko. Louise była tak rozpieszczona, że jego serce biło żywiej. „Wydaje się, że ona jest niespokojna, gdy nie ma mnie w pobliżu. Oczywiście, jestem w końcu jej chowańcem.”

Wsłuchując się w jej oddech, zatopił się w myślach. Pomyślał, o ludziach których spotkał w tym świecie.

Poznał ich wielu w ciągu kilku miesięcy pobytu w Halkeginii. Byli źli ludzie, lecz także i mili.

Marteau z kuchni, który dał mu jedzenie.

Osman, który powiedział, że poda mu swoją rękę gdyby potrzebował pomocy.

Colbert, który chętnie przygotował benzynę dla niego.

Snob, często ordynarny, ale i przyjazna osoba, która miała swoje dobre strony, Guiche.

Nie człowiek ale miecz, partner na którym polegał, Derflinger.

Henrietta, piękna księżniczka.

Odważny… i nieżywy z tego powodu, Książę Wales.

Tabitha, milcząca osoba, ale ktoś, kto uratował go wielokrotnie.

Uwodzicielska Kirche, która powiedziała, że lubi Saito, chociaż mogło to być żartem.

Siesta, słodka i miła pokojówka… która prawdopodobnie darzyła go uczuciem.

I na koniec, jego mistrz obok niego, która sprawiała, że jego serce kołatało. Arogancka i nadęta, ale jedyna która od czasu do czasu okazywała dobroć, która zmiękczyłaby jego serce, Louise. Dziewczyna z jasno różowawymi włosami i dużymi czerwonawo brązowymi oczami.

„Gdy nadejdzie dla mnie czas powrotu do domu, czy będę mógł odejść od tych ludzi z uśmiechem na twarzy?”

„Będę w stanie z uśmiechem zostawić Louise?”

„Nie wiem.”

„Ale...” Saito pomyślał

„Dla ludzi, którzy byli dla mnie mili, chcę zrobić jak najwięcej mogę.”

„Co najmniej, podczas gdy jestem w tym świecie, chcę dla nich coś zrobić.”

Nie odczuwał tego wcześniej.

Na razie, Saito objął łagodnie głowę Louise.

Louise jęknęła w śnie.

Przekład[edit]

Tłumaczył: egaro


Cofnij do Rozdziału 7 z Tomu 3 - Smoczy artefakt Powrót do strony głównej Skocz do Rozdział 9 z Tomu 3 - Deklaracja wojny