High School DxD Shin.2 - Życie 1. Debiut nowego diabła (Ingvild)

From Baka-Tsuki
Jump to: navigation, search

Życie 1. Debiut nowego diabła (Ingvild)![edit]

Część 1[edit]

Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem znajomy sufit nad moim łóżkiem z baldachimem. …Więc to był sen. Najdziwniejszy, jaki miałem w życiu; ślub ze wszystkimi dziewczynami. Przez jakiś czas było wspaniale, ale nie miałem pojęcia jak opisać to, co stało się potem…

…Dwanaście par Niebiańskich Piersi… W każdym razie mówił coś takiego, ale było tam więcej piersi niż dwanaście par… W każdym razie jestem ciekawy, do kogo należały te, których nie rozpoznałem? Cóż, szukanie ich właścicielek mogłoby być trudniejsze, niż policzenie wszystkich gwiazd… W końcu na świecie jest równie wiele cycków, co gwiazd na niebie… Zaraz, o czym ja w ogóle myślę!? To pewnie z powodu tego snu obudziłem się w najgorszy możliwy sposób! Nagle spojrzałem na zegarek i spostrzegłem że jest już czwarta trzydzieści rano… Nadszedł czas.

– Ach, więc to już ta pora. Pewnie czekają na mnie na dole – mruknąłem ziewając.

– Poranny trening? – powiedział nagle jakiś głos obok mnie.

Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem szkarłatnowłosą piękność siedzącą na łóżku. Rias. Najwyraźniej się obudziła. Podczas zeszłorocznych wakacji, Rezydencja Hyoudou przeszła sporą renowację (teraz miała sześć nadziemnych pięter i trzy podziemne). Nawet mój pokój stał się bardzo przestrzenny i pojawiło się w nim wielkie łózko z baldachimem. Każdej nocy spałem w nim z Rias i Asią (często dołączały do nas inne dziewczyny, które też mieszkały w domu). Z drugiej strony Asia…

– …Su… su…

Najwyraźniej nadal spała. Powiedziałem Rias „Tak” i skinąłem głową. Tak, podczas Międzynarodowego Turnieju Królewskiej Gry, Pucharu Azazela, postanowiliśmy trenować co rano, jeśli tylko mieliśmy na to dość czasu, skoro byliśmy Drużyną Sekiryuuteia Płonącej Prawdy, która awansowała do fazy finałowej. Dziś był dzień naszego porannego treningu. Ostrożnie wstałem z łóżka, aby nie obudzić Asi i szybko przebrałem się w dresy.

– Fufufu, kiedy widzę jak przygotowujesz się do treningu, przypomina mi się ubiegły rok – powiedziała Rias.

– Mnie też. Byłaś wtedy bardzo surowa, Rias.

– Ale to pomogło, prawda?

– Oczywiście!

Tak jak powiedziała. Kiedy zostałem diabłem, zawsze budziłem się rano i przygotowywałem do ostrego, porannego treningu, który organizowała dla mnie Rias… Azazel-sensei i Tannin-ossan dali mi popalić jeszcze mocniej.

– Wy nie odbywacie porannego treningu, prawda?

„Wy” odnosiło się do jej drużyny. Od kiedy zostałem wysokoklasowym diabłem, uniezależniłem się od Rias. Wciąż byłem jednak w Parostwie Rias Gremory, chociaż teraz oboje byliśmy Królami i braliśmy oddzielnie udział w Turnieju. Rywalizujemy ze sobą, nawet jeśli jesteśmy parą. Wiele razy trenowaliśmy osobno. Po ustaleniu przedziału czasowego, postanowiliśmy robić oddzielnie rzeczy związane z turniejem (planowanie strategii, treningi). W końcu moim pierwszym przeciwnikiem w fazie finałowej turnieju będzie Rias Gremory i jej parostwo, którzy byli moimi towarzyszami. Cóż, mimo tego nadal śpimy wszyscy razem w tym samym łóżku.

– Tak, powiedziałam im, żeby trenowali indywidualnie, zanim pojedziemy na nasz ostatni obóz treningowy – odparła Rias.

– My też postanowiliśmy, że przed meczem pojedziemy na obóz treningowy – oznajmiłem.

– Słyszałam o tym od Ravel. Fufufu, więc pamiętasz.

– Mecz z Feniksem – powiedzieliśmy jednocześnie.

Zupełnie jakbyśmy mieli te same uczucia i myśli. Rozbawiła nas ta nieporadna sytuacja. Dokładnie, przypomnieliśmy sobie rzeczy które robiliśmy przed i po walce z Riserem Feneksem (przymusowym narzeczonym Rias). To było takie samo jak sen, który miałem dzisiejszego ranka. Tak więc zakończyłem przygotowania do treningu.

– Będę już szedł.

– Dobrze, widzimy się na śniadaniu.

Po wymianie porannego pocałunku z Rias, wyszedłem z mojego pokoju. Tak, mecz pomiędzy nami i naszymi drużynami niedługo się zacznie.

Część 2[edit]

Biegałem po mieście wraz z ludźmi z mojej drużyny. Jednak nie było tu wszystkich jej członków. W biegach brałem udział ja, Ravel i nowi członkowie, a także ci, którzy nie mieli zaufania do swojej wytrzymałości, jak Nakiri Kouchin Ouryuu, Ingvild i Bova. Wielu członków trenowało na własną rękę w dużej przestrzeni treningowej. Asia, Irina, Xenovia, Rossweisse-san i Roygun-san zawsze tak robiły. Bina Lessthan-shi natomiast… miała swoje własne obowiązki i nie mogła tak po prostu z nami biegać. Jednak zawsze ją zapraszaliśmy, gdy odbywaliśmy ważne spotkanie strategiczne, albo specjalny trening. Poprosiłem też, aby wybrała się z nami na obóz treningowy.

Wróćmy jednak do biegania. Półtora roku temu towarzyszyła mi Rias, która jechała na rowerze. Wtedy w ogóle nie miałem wytrwałości i zawsze dyszałem jak szalony, próbując złapać oddech. Ale teraz wzmocniłem się do takiego stopnia, że bez problemu mogłem przebiec dziesiątki kilometrów. Cóż, ostatniego lata biegałem po górach, ścigany przez ojca Bovy, staruszka Tannina, który był poprzednio jednym ze Smoczych Królów. Dało mi to duży zastrzyk wytrzymałości. Potem trenowałem z Kibą i moimi towarzyszami… Och, skoro mowa o Kibie, to już dawno z nim nie trenowałem. Cóż, to normalne, skoro jesteśmy z różnych drużyn, ale chciałbym ponownie stoczyć z nim walkę podczas treningu Drużyny DxD. Stoczyliśmy wiele pozorowanych bitew, dzięki którym nie tylko wzmocniłem moją wytrzymałość, ale też zdobyłem doświadczenie w walce z kimś, kto włada specjalną bronią. Teraz moim pierwszym przeciwnikiem była Rias i pozostali, a walka z nim była nieunikniona.

Do drużyny Rias należała ona sama, jako Król, a także Akeno-san, Koneko-chan, Kiba i Gasper, którzy byli pierwszymi członkami Parostwa Gremory. Była to część determinacji Rias w stronę turnieju. Wykorzystując moją niezależność, jako punkt zwrotny, rzuciła mi wyzwanie z tymi osobami, które poznała przede mną i Asią. Innymi słowy starym Klubem Okultystycznym. Jednocześnie było to wyzwanie dla samej Rias, która musiała odbudować swoją własną drużynę, aby dowiedzieć się, jak zwiększyć jej siłę bez Asi, Xenovi, Rossweisse-san i mnie, którzy odpowiadali za atak i leczenie. Powiedziała też, że będzie to szansa dla starych członków, aby ponownie przeanalizowali swoje zdolności. Jeśli to była prawda, to wtedy Kiba też musi to robić. …Był… najbardziej techniczny wśród wszystkich członków drużyny, nie, wśród całego DxD. Jest moim najgorszym przeciwnikiem, kimś kto był szybki i zawsze znajdował słabe punkty wroga, po czym je atakował…

Jednak to z nim najwięcej walczyłem w treningowych bitwach. Też wiedziałem jak go zaatakować. Jednak Kiba też z pewnością rozumiał moje myśli, a ja musiałem zrobić dwa kroki naprzód, aby go pokonać. Dodatkowo drużyna Rias nie składała się wyłącznie z ludzi z jej parostwa. Valerie, użytkowniczka Longinusa, która była też przyjaciółą z dzieciństwa Gaspera, a także Lint-san. Co więcej, był też jego eminencja Vasco Strada, będący najsilniejszym człowiekiem oraz Crom Cruach, najsilniejszy Smok Zła. Ta dwójka, której obawiali się nawet bogowie, byli moim największym zmartwieniem.

– Ise-sama – powiedziała nagle Ravel, kiedy tak myślałem podczas biegania.

Kiedy się odwróciłem, Ravel też obróciła głowę wstecz i spojrzała w tył. Ktoś biegł za nami, chociaż nadal znajdował się dość daleko. Była to piękność w kapturze, Elmenhilde. Dla wampirzycy czystej krwi, taki poranny maraton z pewnością był trudny. Po chwili czekania Elmenhilde wreszcie nas dogoniła, ale… wyglądała jakby cierpiała, a sapała, niczym miech.

– …Ha… Ha…

Musiałem wzmocnić jej wytrzymałość dla dobra meczu, skoro należała do mojej drużyny i rzadko biegała. Jak można się było spodziewać po księżniczce, trening był dla niej bardzo trudny. Z trenowaniem mięśni jakoś sobie radziła, ale bieganie nie było dla niej dobre i zawsze kiedy musiała to robić, przechodziła trudny czas.

– Nic ci nie jest, Elmenhilde? – zapytałem.

Przebierała jednak dalej nogami biegła bez przerwy.

– …J-ja… pokażę ci… że dam radę!

Miała natarczywą osobowość i nienawidziła przegrywać. Elmenhilde doprowadzała do końca wszystko, nawet jeśli był to maraton, w którym sobie nie radziła. Teraz radziła sobie jednak lepiej, niż za pierwszym razem. Kiedy zaczynała, nie mogła nawet przebiec zaleconej odległości i padła w połowie drogi. Teraz potrafiła to zrobić, nawet jeśli było to dla niej trudne. Jej wytrzymałość z pewnością wzrosła. Cóż, mecz w Królewskiej Grze może trwać bardzo długo, więc posiadanie dużej wytrzymałości było niezbędne. Nawet ja na początku zostałem zmuszony do wzmocnienia własnych sił. Nawet jeśli jesteś typem, który świetnie walczy, a twoje ataki zadają potężne obrażenia, to nie będziesz się do niczego nadawał, jeśli nie będziesz miał dużej wytrzymałości. Bez niej nie wytrzymasz w starciu z silnymi wrogami. Nie dałbyś też rady przed nim uciec, gdyby wymagała tego sytuacja. Kiedy Elmenhilde oddychała ciężko i biegła dalej, fioletowowłosa dziewczyna, Ingvild, radziła sobie całkiem nieźle.

– Jak tam Ingvild? Wszystko dobrze? – zapytałem, kiedy zwolniłem moje tempo, aby się z nią zrównać.

– …Kiedy mieszkałam w moim rodzinnym mieście, często biegałam po plaży… Jednak dawno tego nie robiłam, więc to nieco trudne – odparła.

Ach, więc kiedyś często biegałaś. Wprawdzie nie potrafiłem sobie tego wyobrazić, ale najwyraźniej była kiedyś bardzo aktywną dziewczyną. Powiedziała, że nie będzie się zmuszać i będzie biegała w swoim własnym tempie, skoro rzadko poruszała się z powodu tej śpiączki. Wyglądało jednak na to, że miała dużą wytrzymałość.

– Czy te rzeczy są ważne dla diabłów? – zapytała Ingvild.

– Tak. W końcu w nadprzyrodzonym świecie często dzieją się niespodziewane rzeczy. Co ważniejsze, od kiedy zostałaś częścią mojego parostwa, codzienny trening jest bardzo ważny. Półtora roku temu, gdy stałem się diabłem, też przeszedłem surowy trening pod przewodnictwem Rias.

„Zostanę Królem Haremu”. Zawsze wtedy krzyczałem takie rzeczy, gdy biegałem.

Rias mówiła, że nie pozwoli aby jej sługa był słaby.

Kiedy to powiedziałem, biegnąca obok mnie Ravel zadała pytanie:

– Czy to słowa Rias-sama?

– Tak, zawsze mówiła takie rzeczy, gdy trenowaliśmy. W sumie to nadal to mówi.

Ravel roześmiała się, gdy to usłyszała.

– To z pewnością pasuje do Rias-sama.

Wtedy Rias z pewnością zmuszała swoich podwładnych do treningu, co było rzadkością wśród wysokoklasowych diabłów. Ja też przeszedłem przez ten proces. Trening z pewnością przyniósł skutek, skoro staliśmy się tacy silni. Myślę że naprawdę miałem szczęście, skoro trafiła mi się taka rozsądna pani. Zraz, jej przyjaciółka z dzieciństwa, Sona Sitri-senpai, oraz kuzyn, Sairaorg-san, też trenowali swoich podwładnych. Zupełnie jakby trening był w czasach Rias pospolitą rzeczą dla wysokoklasowych diabłów. Gdy myślałem o takich rzeczach, mój kouhai który biegł za mną (uczeń drugiej klasy Akademii Kuou i członek samorządu), Nakiri Kouchin Ouryuu, odezwał się:

– A co z tobą, Hyoudou-senpai? Co byś zrobił gdyby twoja drużyna była słaba?

– Trenowałbym ją do upadłego!

– W takim razie mogłoby nam być ciężko – odpowiedział Nakiri, po czym przyśpieszył własne tempo i uciekł.

Ten chłopak miał chyba więcej wytrzymałości, niż cała nasza drużyna razem wzięta. Nawet taki bieg nie był go w stanie zmęczyć. Musiał trenować od najmłodszych lat, skoro urodził się w rodzinie Nakiri, która od wieków chroniła Japonię.

– Rany, ten gość myśli że nikt mu nie może dorównać tempa…! – powiedział mały smok, Bova, który leciał nad nami.

Bova zawsze uważał Nakiriego za rywala, od kiedy ten przyłączył się do mojej drużyny. Nakiri powiedział, że będzie moją pięścią, a Bova wziął na siebie rolę moich kłów. Bova trenował lecąc po niebie, z dodatkowymi ciężarami przyczepionymi do swojego ciała. Normalnie był znacznie większy, ale w swojej prawdziwej formie przykuwałby zbyt wielką uwagę. Dlatego trenował z nami w swojej zminiaturyzowanej postaci.

– Nie przegram – oznajmił Bova, po czym ruszył z większą prędkością za Nakirim.

– Tylko uważaj żeby cię nikt nie zobaczył.

– Zrozumiałem!

Mimo że znajdował się w swojej mini postaci, to każdy byłby zaskoczony widokiem smoka obwieszonego dodatkowymi ciężarami, który leciał po niebie. Wprawdzie było to mało prawdopodobne, gdyż był wczesny ranek, a ja wybrałem rzadko uczęszczaną przez ludzi trasę.

– Diabły,wampiry i smoki urządzają sobie razem poranny maraton… Po raz kolejny okazało się, że miasto Kuou to ciekawe miejsce – powiedziała Ravel.

– Masz rację – odparłem, uśmiechając się krzywo.

Po biegach wszyscy urządziliśmy sobie gimnastykę w parku. Potem przeprowadziliśmy trening mięśniowy. Ja siedziałem na plecach Nakiriego, który robił pompki.

– …Pięćset pięć… Pięćset sześć…

Nakiri robił swoje pompki pewnie i stabilnie. Półtora roku temu w tym parku sam robiłem pompki, podczas gdy Rias siedziała mi na plecach. To naprawdę przywołuje wspomnienia, gdyż sam nie mogłem nawet dojść do setki. Nie potrafiłem nie podziwiać wytrzymałości mojego kouhai, gdy porównałem go do siebie sprzed półtora roku. Tak przy okazji, to Nakiri poprosił, abym na nim usiadł. Zgodziłem się, gdyż przypomniałem sobie czasy, gdy Rias siedziała na mich plecach.

– Trenujesz tak od dzieciństwa? – zapytałem Nakiriego.

– Tak, rodzinna tradycja nakazywała abym przez jakiś czas mieszkał w górach i tam trenował. Dzięki temu zdobyłem olbrzymią wytrzymałość… Pięćset szesnaście… – odpowiedział, dalej robiąc pompki.

Więc od dzieciństwa trenował w górach… Musiał dużo biegać po stromych zboczach. To oczywiste że jego ciało było dobrze wytrenowane.

– …Jednak nie wybrano mnie na następcę rodziny dlatego, bo trenowałem… Pięćset osiemnaście… – kontynuował Nakiri.

– …Zostałeś wybrany przez swojego poprzednika, prawda?

Wiedziałem że mój kouhai Nakiri zdobył imię Ouryuu kilka lat temu. Klan Nakiri należał do Pięciu Wielkich Rodzin, które panowały nad japońskimi grupami ludzi, posiadającymi nadprzyrodzone moce. Do tych rodzin należały jeszcze klany Himejima, Kushihashi, Shinra i Doumon. Nakiri był przywódcą jednego z nich. Niektórzy z moich towarzyszy też byli z nimi powiązani. Akeno-san należała do rodziny Himejima, a Ikuse Tobio-san z Drużyny Slash Doga też był z nią spokrewniony (tym samym czyniło go to kuzynem Akeno-san). Shinra Tsubaki-senpai z Parostwa Sitri pochodziła z rodziny Shinra i to zaskakujące, że jest z nami powiązana.

Pięć Wielkich Rodzin ma swoje własne Święte Bestie, sprawując w ten sposób kontrolę nad nadprzyrodzonymi istotami, zwanymi Czterema Bogami i Żółtym Smokiem. Nakiri posiadał Ouryuu, Himejima Suzaku, Kushihashi Seiryuu, Shinra Byakko, a Doumon Genbu. Zawarcie kontraktu ze Świętą Bestią, tak jak tytuł następcy, powierzano osobie która posiadała do tego najlepsze predyspozycje spośród wszystkich członków rodziny. Panował zwyczaj, że następca przyjmował imię Świętej Bestii. Mój kouhai Nakiri też przybrał imię Ouryuu, tak jak jego poprzednik, co oznaczało że odziedziczył Świętą Bestię.

– …Pięćset dziewiętnaście… Nakiri Nakagami Ouryuu… był niesamowitą osobą… Był nawet bardziej utalentowany ode mnie… Pięćset dwadzieścia… – odpowiedział Nakiri zakłopotanym głosem.

Poprzedni Nakiri Ouryuu został obdarzony tak wielkim talentem, że uważano go za najsilniejszego w historii… Ale z powodu incydentu, który miał miejsce w przeszłości…. Nakiri zmienił nagle temat i zadał mi pytanie:

– …Tak przy okazji, czy ja… mogę być taki jak ty, Hyoudou-senpai? …Ja też chcę mocy, aby ochronić przynajmniej jedną dziewczynę przed niebezpieczeństwem i silnymi wrogami… Pięćset dwadzieścia jeden…

– Oczywiście, gwarantuję to. W porównaniu do mnie, kiedy zaczynałem, jesteś o wiele silniejszy. Ja wtedy nie byłem nawet w stanie zrobić setki pompek.

To była moja szczera opinia. Myślałem że obecny Nakiri był już dostatecznie silny. Czułem że był najsilniejszy spośród wszystkich swoich rówieśników…

– …Nadal myślę że to za mało. …Chcę mieć taką moc jak ty, Hyoudou-senpai… Chcę być w stanie pokonać każdego, czy to będzie syn Maou, czy Bóg Zła, czy nawet legendarny Smok Zła… Pięćset dwadzieścia dwa…

Nakiri miał niską samoocenę. Najwyraźniej myślał, że nadal nie jest dostatecznie silny, gdyż ludzie z jego otoczenia byli tak potężni, że mogli nawet dorównać Maou i bogom… Na nic jednak nie narzekał i kontynuował trening. Moc aby chronić przynajmniej jedną dziewczynę… byłem poruszony jego szczerością. Teraz miałem kolejnego kouhai, który polegał na mnie bardziej niż Gasper, więc postanowiłem że będę go wspierał na tyle, na ile będę mógł! Kiedy tak myślałem, grupa Ravel i Elmenhilde była wyczerpana z powodu treningu mięśniowego. Właściwie to Elmenhilde była najbardziej padnięta…

– …Ha… Ha…

– Odpocznijmy przez chwilę – powiedziała Ravel, gdy zobaczyła jak Elmenhilde ciężko oddycha.

– …J-jeszcze pięć minut…

Doprawdy, Elmenhilde nienawidziła przegrywać. Nagle usłyszałem czyjś głos:

– Ise-san i wy wszyscy! Przepraszam za spóźnienie! Jej!

Gdy się odwróciłem, Asia się przewróciła. Półtora roku temu też się to stało.

Gdy Asia-chan do nas dołączyła, przynosząc termosy, nasz poranny trening się zakończył i mogliśmy odpocząć. Asia nalała nam herbaty i gdy ją piliśmy, Ravel zdawała mi raport:

– Tak przy okazji, chodzi o nasz obóz treningowy.

– Och, racja. Jak idą przygotowania?

Ravel wyjęła z kieszeni kilka złożonych kartek i wręczyła mnie. Kiedy je rozłożyłem, okazało się że zawierały one mapę. Były też informacje dotyczące obozu treningowego, na który planowaliśmy się udać przed meczem. Mapa przedstawiała góry i otaczające ją tereny, które miały być miejscem naszego treningu. Kolejny dokument zawierał plany rezydencji, w której mielibyśmy się zatrzymać.

– Tak, kupiłam mało popularne lasy i górę pod imieniem Hyoudou Isseia… a może raczej Gremorych. Polecę im aby zbudowali tą rezydencję tak szybko, jak tylko się da – powiedziała Ravel, gdy patrzyła w dokumenty.

Asia zerknęła na dokumenty, ale słowa Ravel ją zaskoczyły.

– Będziemy trenować w górach, prawda? Zaraz, można w ogóle kupić całą górę!?

Tak, rozmawiałem na ten temat z Ravel i Rias. Aby zbudować rezydencję do celów treningowych, kupiliśmy górę i otaczające ją tereny. Nasze fundusze pochodziły z honorariów praw autorskich, przynależnych nam od „Oppai Smoka”. W tamtym czasie zgodziłem się z opiniami Rias i Ravel, że należy kupić górę, ale tak naprawdę byłem zaskoczony… Ale dla księżniczek ze szlacheckich rodów, coś takiego nie było niczym specjalnym. Jako zwykły człowiek z pewnością czułem różnicę wartość między nami, jeśli chodzi o wydawanie dużych sum pieniędzy.

– Pomyślałem że byłoby miło, gdybyśmy mogli pojechać na obóz treningowy w góry, taki jak wtedy, gdy należeliśmy do Parostwa Gremory i jakoś tak do tego doszło – powiedziałem do Asi.

Tak, przypomniał mi się obóz treningowy w górach, przed meczem z Riserem Feneksem, gdy rozmawiałem o tym z Ravel. Kiedy wspomniałem jej, że trening w dziczy mógłby być dobrym pomysłem, doszło do czegoś takiego. Nagle Ravel kaszlnęła.

– Zrobiłam to dla was i kupiłam górę. Taka inwestycja przyda się naszemu parostwu, gdyż na pewno często będziemy z niej korzystać – powiedziała, wypinając dumnie pierś.

W odpowiedzi, Nakiri i Bova powiedzieli rzeczy typu „Fajnie że mamy własną górę.”’ i „Góry są świetne.”… Gdy Bova to mówił, przypomniałem sobie jak jego ojciec, Tannin, ganiał mnie po górach. Ponieważ było to dla mnie traumatyczne wydarzenie, tego typu trening sprawiał dziwne wrażenie. Ale jak się spodziewałem, obóz treningowy w górach był najlepszą formą ćwiczeń. Zastanawiałem się jednak, czy wpływ na to miało to, że czytałem tyle shounenów?

Tak więc kupiłem górę porośniętą lasami w pewnej prefekturze. Obecnie rezydencja, w której mieliśmy mieszkać podczas treningu, była budowana przez osobę ze świata ludzi, powiązaną z Rodem Gremory. Gdy wyjaśnienia dotyczące obozu treningowego dobiegły końca, Ravel coś sobie przypomniała i klasnęła dłońmi.

– Jest jeszcze jedna ważna sprawa, zanim pojedziemy na obóz treningowy.

Skinąłem głową, gdyż wiedziałem o czym mówiła.

– Racja – przyznałem. – Ingvild, możesz tu do nas przyjść?

– O co chodzi, Ise? – zapytała fioletowowłosa dziewczyna, przekrzywiając uroczo głowę.

– Postanowiono, że nadszedł czas twojego debiutu – powiedziałem.

Tak, postanowiono że Ingvild wykona swój pierwszy diabelski kontrakt…

Część 3[edit]

Tej nocy…

Wszyscy członkowie Parostwa Hyoudou Isseia zebrali się w naszym biurze, które było też naszą kwaterą główną. Na podłodze znajdował się magiczny krąg, wokół którego zebrały się dziewczyny oraz ja. Dzisiaj miała mieć swój debiut nowa członkini parostwa, Ingvild! Od niedawna była moją podwładną, ale jej pierwszy diabelski kontrakt musi zostać zawarty, skoro jest teraz prawdziwą diablicą. Ja też zacząłem moją diabelską pracę wkrótce po tym, jak zostałem diabłem… Cóż, chciałem spełnić moje marzenie i zostać Królem Haremu, więc jeździłem na rowerze i wykonywałem moją pracę. Aby pomóc mojej Królowej w jej debiucie, Ravel przykucnęła przed magicznym kręgiem i kontynuowała przygotowania. Xenovia poczuła nostalgię, gdy to zobaczyła.

– To mi przypomina mój debiut. Wprawdzie dla wojowniczki Kościoła wykonywanie diabelskiej pracy było nie do pomyślenia, ale byłam w stanie ją wypełnić.

– Ja też denerwowałam się moją pierwszą pracą – powiedziała Asia.

– Myślę że sprawnie poradziłam sobie z pierwszym kontraktem. Myślę że to dzięki instrukcjom Rias-san – dodała Rossweisse-san.

Wszyscy opowiadali o swoich debiutach. Podczas wykonywania diabelskiej pracy, klient wzywa nas poprzez ulotkę z magicznym kręgiem, za pomocą której teleportowaliśmy się do niego. Jednak tym razem teleportacja miała się odbyć poprzez magiczny krąg umiejscowiony w naszej kwaterze głównej… Ja przez długi czas nie byłem się w stanie teleportować, gdyż miałem mało demonicznej energii! Mogłem to robić dopiero od niedawna, ale nadal byłem zły, gdy przypominałem sobie tamte czasy… Nie miałem wtedy innego wyboru i musiałem jeździć do klientów na rowerze. …Nadal to jednak robiłem, gdyż za bardzo weszło mi to w nawyk. Moi stali klienci, Morisawa-san i Mil-tan, lubili gdy przyjeżdżałem do nich na rowerze. Sądzę jednak że to niemożliwe, aby ktoś z krwią Maou Lewiatana nie był się w stanie teleportować, ale…

– Mamy problem… – powiedziała Ravel z zakłopotaną miną.

– C-co się stało? Czy Ingvild ma za mało demonicznych mocy? – zapytałem ze zmartwieniem.

Byłem zmartwiony, gdyż była to jej pierwsza praca, od kiedy została moją podwładną. Może przesadzam, ale skoro wziąłem za nią odpowiedzialność, to chciałbym to robić do końca. Z tego powodu zacząłem się martwić. Ravel spojrzała na nas.

– Wprost przeciwnie. Obawiam się, że istnieje duża szansa, że jej aura może eksplodować po tym, jak teleportuje się na miejsce, gdyż jej demoniczna moc jest zbyt duża i nie może jej kontrolować – powiedziała.

—.

…Więc to tak. Jest moim przeciwieństwem! Nie mogła się teleportować, ponieważ jej demoniczna moc była zbyt wielka. …Potomkini prawdziwego Maou naprawdę była straszna. Nawet Vali, który dziedziczył krew prawdziwego Lucyfera, posiadał szaleńczy talent. Właściwie Ingvild może zacząć swoją diabelską pracę , ale musi się nauczyć jak kontrolować swoją moc. …Nie ma innego wyboru. Najważniejsze obecnie było, aby udać się do klienta i wykonać zleconą przez niego pracę.

– Zrozumiałem. A więc tym razem pojadę razem z Ingvild. Znam się już przecież teleportacji – powiedziałem do Ravel.

Ravel zgodziła się na moją propozycję.

– …Nie wiem dokładnie o co chodzi, ale przepraszam, Ise – przeprosiła Ingvild.

Uśmiechnąłem się, aby załagodzić sytuację.

– Nie martw się. I tak jesteś lepsza ode mnie, kiedy zaczynałem. Wiesz że jeździłem do klientów na rowerze?

Tak więc teleportowałem się z Ingvild za pomocą mojej demonicznej energii. Naszą dwójkę pochłonęło światło magicznego kręgu i ruszyliśmy do miejsca przeznaczenia. Gdy światło zgasło, okazało się, że znajdujemy się w jakimś pokoju. Podłoga była zrobiona z drewna i stało tu kilka pudeł. Najwyraźniej właściciel był w samym środku przeprowadzki, gdyż w otwartych pudłach widziałem różne przedmioty codziennego użytku. Nagle ktoś się przed nami pojawił. Niesamowita piękność ubrana jak czarownica! Miała blond włosy i niebieskie oczy! Jej piersi też były wielkie! Włoska piękność mająca około dwudziestu lat, uśmiechnęła się, gdy na mnie spojrzała.

– Dobrze wyglądasz, Oppai Smoku-kun.

To była Lavinia Reni-san! Należała do Drużyny Slash Doga, której przewodził Ikuse Tobio-san! Posiadała też Longinusa, Ostateczny Upadek. Moja koleżanka z klasy, okularnica Kiryuu Aika, a także mój stały klient, Mil-tan, uczyli się od niej magii! Tak, pierwszą klientką Ingvild była Lavinia-san.

– Dobry wieczór, proszę, dobrze się nami dzisiaj opiekuj – pozdrowiłem ją.

Lavinia-san spojrzała na Ingvild, która stała obok mnie.

– Dziękuję że przyjechaliście mi pomóc.

– Ach… tak. Tak jakoś… – wybełkotała Ingvild.

Musiała być naprawdę zdenerwowana spotkaniem ze swoją pierwszą klientką.

– To jest Lavinia Reni-san, czarodziejka która się nami często opiekuje. Uhm, Lavinio-san, to moja nowa podwładna, Ingvild – przedstawiłem Ingvild Lavini-san.

– Tak, słyszałam o tobie. Cieszę się że na moje wezwanie odpowiedziała taka śliczna dziewczyna – Lavinia-san też się z nami ciepło przywitała.

– Ach, racja. Dziękuję że opiekujesz się Kiryuu i Mil-tanem – podziękowałem jej za opiekę nad koleżanką z klasy i moim stałym klientem.

– Oboje szybko się uczą, a dodatkowo są bardzo interesujący.

– I-interesujący? – zapytałem z zaciekawieniem.

– Aika chce się nauczyć miłosnej astrologii i magii. Powiedziała, że w przyszłości może się to okazać bardzo opłacalne. Z drugiej strony Mil-tan chce się nauczyć latania. Ale na belce, nie na miotle – odparła z zachwytem Lavinia-san.

A to ci wiadomość. Cholerna Kiryuu, uczy się magii powiązanej z miłością, gdyż wygląda obiecująco, hmm… Cóż, to prawda że takie rzeczy są popularne wśród dziewczyn, ale… z pewnością ma zmysł do interesów. Z drugiej strony Mil-tan…

– Leć do nieba, nyooooooooooooooooooooo! Oryaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa!

Potrafiłem sobie łatwo wyobrazić, jak pełen ekscytacji leci na kłodzie drewna, którą obejmuje swoimi wielkimi ramionami! Jestem pewien że połączyłby swoją nadludzką siłę z magią… Jednak Lavinia-san jest niezwykłą osobą, skoro zgodziła się uczyć tych dwoje magii… Nie, tych dwoje zostało jej uczniami właśnie z powodu jej delikatnej osobowości…

– Uhm, więc co właściwie… powinnam zrobić? – zapytała Ingvild Lavinię-san, gdy byłem cały zamyślony.

– Właście to jestem w środku rozpakowywania rzeczy. Dlatego chciałabym, żebyś mi pomogła – odparła Lavinia-san.

Więc to po to nas wezwała.

– Czy to pani wprowadza się do tego mieszkania…? – zapytała Ingvild w trakcie pracy.

Lavinia-san pokręciła głową.

– Nie, osobą która będzie tu mieszkać, jest….

I wtedy pojawił się ten ktoś.

– Hyoudou Issei?

Do pokoju wszedł srebrnowłosy młodzieniec. Vali Lucyfer. Mój przeznaczony rywal, jeden z Dwóch Niebiańskich Smoków, a także przywódca swojej własnej drużyny, składającej się z nieustraszonych wojowników. Geniusz będący poza normalnymi standardami pojmowania, w żyłach którego płynęła krew prawdziwego Maou Lucyfera i który posiadał Longinusa, Boski Podział. Zawsze był krok przede mną i był kimś, kogo najbardziej chciałem przerosnąć. Najwyraźniej Vali nie spodziewał się mnie tutaj.

– Zgadza się. Chciałam aby któraś z podwładnych Oppai Smoka-kun pomogła nam przy twojej przeprowadzce, Va-kun – powiedziała Lavinia-san.

Tak jej żądanie brzmiało „Pomóżcie nam w przeprowadzce Va-kuna”. Dla Valiego, Lavinia-san była starą przyjaciółką. Traktowała go też jak młodszego brata, a on darzył ją olbrzymim szacunkiem.

– Więc zamieszkasz w tym mieście, Vali – powiedziałem.

– Słyszałem że dzieją się tu ostatnio różne podejrzane rzeczy, więc mój przybrany brat i członkowie drużyny polecili, abym miał na nie oko – odpowiedział Vali krzyżując ramiona.

Ach, więc to tak. To prawda że nieznane diabły wywołały w mieście kilka incydentów, więc posiadanie w mieście Valiego było dobrym pomysłem. Normalnie nie wiedziałem jednak, gdzie ten gość w ogóle mieszka, więc to dobrze, że znałem jego aktualny adres. Należeliśmy do antyterrorystycznej Drużyny DxD. Tak przy okazji, jego przybranym bratem był obecny przywódca Północy, Widar-san. Wydarzyło się wiele rzeczy i Vali został adoptowany przez poprzedniego przywódcę bogów Północy, staruszka Odyna. Rozpakowywanie trwało dalej, ponieważ właściciel mieszkania także był obecny. Ingvild i Lavinia-san wypakowały zastawę stołową i włożyły ją do szafek. …Jednak dziwne to było, pomagać rywalowi przy przeprowadzce. Kiedy tak myślałem, do pokoju weszła kolejna osoba.

– Vali, kupiłam kilka rzeczy, które mogą się okazać przydatne.

Osobą która to powiedziała, była białowłosa dziewczyna, Minagawa Natsume-san. Była też członkinią Drużyny Slash Doga. Jak się można było spodziewać, była piękna i miała wielkie piersi! Gdy zobaczył mnie i Ingvild, natychmiast nas pozdrowiła:

– Ara, Oppai Smok-kun! Jak się masz!? Ach, uhmm, a ty jesteś nowa? Jestem Minagawa Natsume. Studiuję i należę do Drużyny Slash Doga! Miło cię poznać ślicznotko.

– Ach, tak.

Minagawa-san uścisnęła dłoń Ingvild. Ta osoba z pewnością była wylewna. Była też fanką programu „Oppai Smok”. Vali uniósł brew gdy ją zobaczył.

– …Powiedziałem że sam sobie dam radę z przeprowadzką… Pomyśleć, że poprosicie o pomoc nawet Hyoudou Isseia…

Minagawa-san pogłaskała z rozbawieniem Valiego po głowie.

– Cóż, wiesz że to twój przeznaczony rywal, więc musisz zrobić przynajmniej tyle. Tobio i pozostali też niedługo przyjdą.

– Ikuse Tobio? Dlaczego? – zapytał Vali odsuwając dłoń Minagawy-san.

– Powiedział że przyrządzi świetną sobę.

Vali uśmiechnął się, gdy to usłyszał.

– …Soba, huh. Umu.

Minagawa-san roześmiała się, gdy to zobaczyła.

– Naprawdę lubisz wszystkie rodzaje makaronów, hę.

– Od dawna tak jest? – zapytałem, gdyż mnie to zaciekawiło.

Minagawa-san skinęła głową.

– Racja. Kiedy tylko spuściliśmy go z oczu, od razu zajadał się ramen. Jednak jedzenie przygotowywane przez Tobio traktuje jako wyborny posiłek. Z pewnością ma niezły apetyt.

– He he he he he – zarechotałem, bo nie mogłem już dłużej wytrzymać.

W końcu to naprawdę zabawne, wyobrażać sobie jak Vali robi coś takiego! Twarz mojego rywala poczerwieniała.

– Minagawa Natsume! Nie opowiadaj o takich bezużytecznych rzeczach! – zaprotestował.

– Dobrze już, dobrze.

Minagawa-san musiała się już do tego przyzwyczaić. Gdyby Vali miał rodzeństwo, byłby uroczym młodszym bratem, ale pomimo tego był strasznym przywódcą. Cóż, z pewnością się zmienił, w porównaniu do momentu, gdy spotkałem go po raz pierwszy. Sądzę że głównym tego powodem była śmierć osoby której najbardziej nienawidził, Rizevima. Nagle pojawiła się kolejna osoba.

– Ach, witajcie, przyszłam wam pomóc.

Blondynka w kapeluszu i szatach czarownicy. Le Fay Pendragon. Należy do Drużyny Valiego, a także mieszka w Rezydencji Hyoudou. Zawarła też ze mną magiczny pakt, co czyniło nas powiązanymi ze sobą.

– Nawet Le Fay jest tutaj? – zapytałem.

Le Fay uśmiechnęła się w odpowiedzi.

– Tak, jako jedyna załatwiłam moje sprawy.

– Kuroka nie przyjdzie?

Le Fay uśmiechnęła się krzywo.

– …Kuroka-san… śpi sobie w domu.

Tak, oto cała ona. Jest taka leniwa. Kuroka jest jedną z moich przyszłych żon, a także członkinią Drużyny Valiego. Le Fay podeszła do Lavini-san.

– Ach, Lavinia-san! Ta magiczna księga którą od ciebie pożyczyłam jest wspaniała! – powiedziała z uśmiechem.

– Miło mi to słyszeć.

– Nie mogę wyrazić jak się cieszę, że przeczytałam tajną filozofię napisaną przez Heinricha Corneliusa Agrippy, według interpretacji Grauzauberera, opatrzonej komentarzami samego Mefistofelesa! Tak przy okazji….

– To jest…

Najwyraźniej Le Fay i Lavinia-san zaczęły rozmawiać w swoim własnym żargonie. Obie były czarodziejkami, ale należały do innych organizacji. Lavinia-san do Grauzauberer, której przewodził legendarny diabeł Mefistofeles, a Le Fay do Złotego Brzasku. Wyjaśnię szczegóły kawałek po kawałku. W mieszkaniu Valiego nagle zrobiło się tłoczno, a on sam wyglądał na zmęczonego i westchnął.

– Nie chciałbyś mieszkać w takim miejscu, ponieważ może się tu zaroić od ludzi których znasz, prawda? – zapytałem.

Vali nie był w końcu zbyt społeczną osobą. On jednak przyłożył dłoń do czoła i zmrużył oczy.

– Cóż, właściwie to mi to nie przeszkadza. Tak przy okazji… – powiedział przenosząc wzrok na Ingvild, która była zajęta pracą. – Posiada nowego Longinusa i jest potomkinią poprzedniego Lewiatan, hmm?

Patrzył z zainteresowaniem na Ingvild, skoro była potomkinią poprzedniego Maou oraz użytkowniczką Longinusa.

– O czym myślisz? – zapytałem.

– …Jeśli jest taka jak ja, jej moc i talenty są na innym poziomie niż u normalnych diabłów. Kwestią jest także to, czy nie dopuścisz aby jej moc wymknęła się spod kontroli – odparł Vali.

…Miał rację, talenty Ingvild są naprawdę straszne. Teraz, skoro jest moją podwładną, odpowiadam za to, aby ją należycie poprowadzić. Jak Azazel-sensei, który musiał nauczyć Valiego opanowania jego mocy. Zaraz, przecież Vali się zbuntował, więc Azazel-sensei nie uczył go jak należy… Czy Ingvild też będzie miała buntowniczą fazę? Hmm… Będę musiał ciężko pracować, aby do tego nie doszło.

– Zamierzasz ją wykorzystać? – zapytał nagle Vali.

Chodziło mu o to, czy dołączę niedoświadczoną Ingvild do mojej turniejowej drużyny.

– Jeszcze nie podjąłem w tej sprawie decyzji.

To była prawda. Musiałem jeszcze przedyskutować to z moimi towarzyszami i Ravel. Skoro chodzi o mecz turniejowy, to ważna jest opinia każdego członka drużyny. Vali roześmiał się.

– Mecz odbędzie się niedługo. Ja będę tylko widzem, chociaż moja rozgrywka odbędzie się ostatnia – powiedział.

Jego drużyna stoczy ostatni mecz w finałach. Ich przeciwnikami będzie Drużyna Podróży na Zachód, do której należeli pierwsi Son Wukong-jiisan, Zhu Bajie, Sha Wujing oraz bóg posiadający najsilniejszą moc bojową, Wojenny Bohater Nezha. Ponieważ bez trudu wygrywali jeden mecz za drugim, Drużyna Valiego nie wygra tego starcia używając konwencjonalnych metod. Zaraz, wszystkie drużyny z finału są silne, więc nikt nie wygra używając zwykłych metod. Moim pierwszym przeciwnikiem będzie przecież…

– Twój mecz będzie trzeci, hę. Twój przeciwnik… wprawdzie będzie to twoja narzeczona, ale nie będziesz się powstrzymywał, prawda? – zapytał Vali.

– Oczywiście. Rias i reszta znienawidziliby mnie, gdybym im dał wygrać. Są w końcu tego typu ludźmi.

Moją przeciwniczką będzie Rias i reszta jej parostwa. Nadal byłem jego częścią, nawet jeśli uzyskałem niezależność. Są moimi cennymi towarzyszami. I ja też… Nie ponieważ jestem Pionem Rias Gremory przez całe życie…

Shin High school DxD Volume 2 illustration 1.jpg

Vali roześmiał się, kiedy to usłyszał.

– Mnie to wystarczy. Właśnie to czyni was takimi ludźmi. Zwycięż, Hyoudou Isseiu. To będzie okazja abyśmy zakończyli to, co kiedyś zaczęliśmy.

Chodzi mu o to, kiedy walczyliśmy ze sobą po raz pierwszy, w trakcie ataku terrorystycznego Brygady Chaosu, gdy trwały rozmowy pokojowe między Trzema Frakcjami. Jednak nasz pojedynek aż do dziś pozostał nierozstrzygnięty. Racja, finałowy mecz pierwszego turnieju będzie najlepszy, jeśli będę mógł walczyć z tym gościem.

– Ty również. Nie daruję ci, jeśli dasz się pokonać Sun Wukongowi-jiisan.

– Hmph. Wezmę to pod uwagę.

Roześmieliśmy się obaj odważnie, mając nadzieję, że stoczymy ze sobą mecz.

– Przestańcie już obaj gadać i bierzcie się do roboty – powiedziała nagle do nas Minagawa-san.

Tak oto Vali i ja zostaliśmy zmuszeni do pracy przy rozpakowywaniu.

– Hej, czy ty nie masz czasem zbyt dużo rzeczy? Nie jesteś chyba typem człowieka, który podróżuje z dużym bagażem, prawda? – zapytałem.

– Cóż, gdy powiedziałem że zamierzam tu zamieszkać, Lavinia i reszta dziewcząt nakupiły mi mnóstwo niepotrzebnych gratów… Wygląda też na to, że są tu także moje stare rzeczy… – powiedział Vali, kładąc dłoń na czole.

Ach, więc siostry zaopiekowały się rzeczami swojego młodszego brata, hę. Kiedy otworzyłem pudło, zobaczyłem w środku wielkiego pluszaka, wyglądającego jak biały smok… Czy to też własność Valiego? Tak oto nasza praca powoli dobiegała końca….

– Wróciliśmy!

Kilka godzin później ja i Ingvild wróciliśmy do biura, po tym jak posprzątaliśmy i zjedliśmy posiłek z Tobio-san.

– Witajcie! – dziewczyny z naszego parostwa przywitały nas po powrocie.

– I jak było? – zapytała Xenovia.

Ingvild pokazała wszystkim pluszaka, którego trzymała.

– Dostałam coś takiego.

W nagrodę za wykonanie pracy, otrzymała pluszaka, wyglądającego jak biały smok. Wprawdzie wezwała ją Lavinia-san, ale Vali dał jej nagrodę, uważając, że pomagała przy jego przeprowadzce. To zaskakujące że dał nam coś, co najwyraźniej należało do niego od dawna. Ingvild uśmiechnęła się i przytuliła mocniej pluszaka.

– Fufufu, to słodki biały smok.

– Tak, jest słodki! Zastanawiam się, czy przedstawia Białego Cesarskiego Smoka?

Asia patrzyła z entuzjazmem na pluszaka, którego dostała Ingvild. Rossweisse-san roześmiała się, widząc że Ingvild z sukcesem wypełniła swoją pracę.

– Twoja pierwsza praca najwyraźniej zakończyła się ładnie i najwyraźniej nikt ma żadnych skarg.

– Tak. Cóż, są rzeczy w tym kraju, do których Ingvild musi się przyzwyczaić, więc myślę że będzie najlepiej, jeśli na razie pozwolimy jej wykonywać prace zlecone przez naszych znajomych.

Miałem wielu ludzi w parostwie, którzy mieszkali w Japonii od niedawna, albo dopiero co stali się diabłami. Na przykład Ravel, która była diablicą czystej krwi i ciężko było jej przyzwyczaić się do normalnego życia po trafieniu do Akademii Kuou. Dlatego ważne było, aby wszyscy mający doświadczenie, wspierali Ingvild. Najważniejsze było, aby przyzwyczaiła się do tego kraju i miasta. Jednocześnie Ingvild uczęszczała do drugiej klasy Akademii Kuou. Koneko-chan i Ravel, a także Gasper, Nakiri i pozostali, także wspierali ją w szkolnym życiu.

– Skoro praca Ingvild-sama dobiegła końca, to porozmawiajmy o następnych wakacjach – powiedziała Ravel.

– Ach, rozumiem, więc to tak, hę.

Ravel skinęła głową.

– Tak, chodzi o ważne przedstawienie Oppai Smoka, w którym wezmą udział Ise-sama i pozostali.

Moje szkolne życie, diabelska praca, obowiązki DxD, przygotowania do turnieju, no i oczywiście występy Oppai Smoka! …Bycie Sekiryuuteiem to naprawdę ciężka praca.

Cofnij do Prologu Powróć do strony głównej Przejdź do Rozdziału drugiego